Aktualny język artykułu: PL

Zaklinacz pasków. Wystawa Leona Tarasewicza w warszawskiej Zachęcie

Leon Tarasewicz rozwiązuje w praktyce teoretyczny dylemat, który niejednemu spędza sen z oczu - czym jest malarstwo, czy jest sens je dalej uprawiać, a jeśli tak, to co malować na obrazach?

W odpowiedzi na te pytania Tarasewicz maluje. Co maluje? Nic. Kładzie kolory na płótnie, a ostatnio i na ścianach, co złośliwie określa się mianem tapety. Tematów na tapecie nie więcej, a nawet mniej. Dziesięć lat temu można było na jego obrazach rozpoznać pieńki, gałęzie, ptaki, drzewa, góry. Teraz widać już tylko paski.

W XX wieku okresy zachwytu dla abstrakcji występują na przemian z okresami jej potępienia, co przypomina trochę pasiastą kompozycję z obrazu Tarasewicza. Obrazy bez treści łatwo poddają się manipulacjom ideologicznym. Raz widzi się je jako symbol wyzwolenia (od figuracji), innym razem abstrakcja, zwłaszcza ta oparta na geometrycznych podziałach, uchodzi za symbol zniewolenia - ugrzęźnięcia w schemacie. Sposób rozumienia zależy od warunków politycznych, filozoficznej mody. W roku 1915 w Rosji abstrakcja geometryczna mogła być symbolem wolności. W roku 1984 w Polsce pokazywana w oficjalnych salonach kojarzyła się z konformizmem. Rzeczywistość domagała się oceny, a tu sztuka nie wyrażała nic prócz “ładu i porządku”.

Dzisiaj obserwujemy wiek XX z dystansu. Wydaje nam się, że już nie damy się oszukać. Jeśli jednak w obrazach Tarasewicza nie zobaczymy ani płaskiego schematyzmu, ani szczególnej manifestacji wolności twórczej, to cóż zobaczymy? Może się tak zdarzyć, że nie będzie to nic prócz kolorowych pasków. A co można ciekawego powiedzieć o paskach?

Od piętnastu lat - najstarszy obraz pochodzi z roku 1983, czyli rok przed ukończeniem Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie - Tarasewicz maluje obrazy, o których niewiele da się powiedzieć ponadto, że są doskonale skomponowane, piękne w kolorach, że są dowodem niespożytej energii twórczej. Widać, że są malowane z inspiracji naturą.

Tarasewicz (ur. 1957) w warszawskiej ASP studiował u Tadeusza Dominika. Jest też w jego sztuce pokrewieństwo z malarstwem Stefana Gierowskiego oraz amerykańskimi malarzami abstrakcyjnymi, jak Mark Rothko czy Barnett Newman, operującymi syntetycznymi formami w wielkiej skali. Rozmach, jaki ma Tarasewicz, to także zasługa czasu, w którym debiutował - wielkie formaty w Polsce pojawiły się wraz z falą “nowego dzikiego” malarstwa w latach 80.

Na wystawie w Zachęcie - pierwszej podsumowującej dorobek tego znanego na świecie i cenionego artysty - widać, że jego droga nie idzie jednostajnie wzwyż. Najlepiej było wtedy, kiedy szedł za swoją własną naturą, a leży w niej zapewne skłonność do powielania motywów, rytmiczności form, sugerowania nieskończoności. Może jest w tym odbicie unizmu Władysława Strzemińskiego? Patrząc na to, co artysta stworzył w ciągu dwóch ostatnich lat, można powiedzieć, że jest dzisiaj na szczycie.

Teraz maluje obrazy kwadratowe i pokryte poziomymi pasami w kilku kolorach. Bywa, że pasy znikają. Wygląda to tak, jakby przesuwały się przed naszymi oczami z potworną szybkością, która sprawia, że wszystko się zlewa w kolorową smugę, o przewadze jednego tonu i temperatury. Wewnętrzne podziały zanikają, zostaje sama przelewająca się po powierzchni oleista magma. Wyglądają tak, jakby były pastiszem malarstwa Cybisa. Są tak samo ciężkie od farb, pokryte ich tłustą, nierówną skorupą. Tyle tylko, że tę straszną pracę przetransponowania kształtów widzianych przedmiotów na obraz, która tyle przemyśleń i cierpień kosztowała Cybisa, Tarasewicz zdaje się ignorować. Dopowiada tu coś od siebie - brutalnie, ale może i słusznie - przecież nie chodziło i nie chodzi tak naprawdę o nic innego, tylko o przyjemność z nakładania kolorów na płótno i oczekiwania, co z tego wyniknie. Sen o namalowaniu świata w jeden właściwy sposób już dawno minął.

Tarasewicz, który wciąż znajduje upodobanie w pokrywaniu kolorowymi paskami powierzchni ścian i filarów (patrz zielono-żółta sala w Zachęcie), w latach 1998-99 namalował serię raczej niewielkich obrazów. Zmniejszył radykalnie format płócien, tak jakby miał świadomość, że to, co maluje, to i tak jest zawsze fragment. Fragment tego, co się widzi, i tego, co by się chciało namalować. Można więc spokojnie malować małe obrazy. I tak ogarniają one mniej więcej tyle co ogromne - czyli prawie nic.

Przyglądając się tym paskom, odkryjemy jeszcze jeden dowód na takie poczucie własnej podrzędności wobec tego, co się maluje. Zwłaszcza w malarstwie ściennym Tarasewicza widać mechaniczność położenia farby. Jest w niej pewien zamiar - mechaniczność pozwala zapomnieć o ręce malarza. To tak, jakby nie on nałożył paski na ścianę o przygotowanym odpowiednio gruncie, ale jakieś kolorowe pasma nie bardzo wiadomo skąd, przypadkiem odbiły się na ścianie.

Gdzieś tutaj należy szukać klucza do tego malarstwa. Wyraża się w nim postawa artysty wobec świata i natury. Postawa raczej podporządkowana i skromna - malarz to tylko obserwator, który nigdy nie ogarnie całości. To, co jest w stanie zrobić, to schwytać trochę koloru, a może chodzi po prostu o światło. Dla tych, co lubią wzniosłe słowa, można by to ująć tak - Leon Tarasewicz jest kimś bardzo pokornym, kto tylko ustawia swoje płótna tak, by padł na nie strumień światła biegnący przez świat.

Leon Tarasewicz. Malarstwo. Galeria Zachęta, Warszawa, kurator Aneta Prasał, do 5 kwietnia.

Dorota Jarecka. 1999/03/19