Aktualny język artykułu: PL

Wszędzie krzaczki. Nasi Wystawiają W Japonii

To zupełnie inna cywilizacja - mówią o Kraju Kwitnącej Wiśni artyści związani z Białostocczyzną - Małgorzata Niedzielko i Leon Tarasewicz.

Od 9 lipca w Muzeum Sztuki Współczesnej w Toyamie czynna jest międzynarodowa wystawa Toyama Now ’99. Na zorganizowaną po raz siedemnasty ekspozycję składa się prezentacja “Internal/External”. Znalazły się na niej prace ośmiu artystów z Polski, w tym pochodzących z Białostocczyzny: Małgorzaty Niedzielko, Leona Tarasewicza i Konrada Kuzyszyna. Małgorzata Niedzielko pokazuje w Toyamie rzeźbę “Autoportret”, a Tarasewicz - cykl monumentalnych prac: czterometrowych kolumn, zainstalowanych w sali pokrytej żółto-zielonymi pasami. Natomiast Kuzyszyn zawiózł do Japonii szafkę lekarską (praca ze zbiorów galerii Arsenał), w której umieszczone są oprawne w metalowe tuby slajdy przedstawiające powiększone detale ludzkiego ciała. Oprócz białostoczan, w wystawie uczestniczą: Izabella Gustowska, Marek Kijewski, Waldemar Wojciechowski, Piotr Kurka oraz Grzegorz Klaman. Ekspozycja potrwa do 5 września.

Jak było w Japonii?

Małgorzata Niedzielko: - Przeżyłam szok kulturowy. Najbardziej uderzający jest porządek, dokładność i niesłychana wprost punktualność Japończyków. Zegarki można ustawiać według kursów tamtejszych pociągów. Wernisaż był bardzo uroczysty (uczestniczył w nim m.in. mer Toyamy), przeprowadzony z dokładnością do minuty. Inaczej niż u nas, przy wejściu trzeba było okazać zaproszenia, a potem każdy z artystów miał wyznaczone miejsce. Na późniejszej, oficjalnej kolacji był szwedzki stół, ale podano potrawy japońskie. Podczas przyjęcia odtwarzano muzykę Chopina. Koniec rautu obwieścił specjalny dzwonek. Nasza sztuka współczesna funkcjonuje tam w “pojedynczym” wydaniu. Znani są np. Abakanowicz i Strzemiński. Takiej przekrojowej prezentacji - “Internal/External” - dotychczas nie było.

Leon Tarasewicz: - Japonia to całkowicie inna cywilizacja: optycznie, klimatycznie. Mają tam coca-colę, dwie ręce, dwie nogi, ale jakieś to wszystko małe, z krzywymi nóżkami, szybko biegające, ciągle się kłaniające. Co taki myśli, to inna sprawa, ale zawsze uprzejmy. No i te cholerne krzaczki. Po prostu wszędzie krzaczkami napisane. Jak jesteś w dużym mieście i tłok na ulicach, to zapytasz w anglosaskim języku (po białorusku nie chcą gadać) - wtedy ci odpowiedzą. Ale jak pójdziesz gdzieś z boku, to musisz narysować, co chcesz zjeść, bo inaczej miauczą i koniec. Jeszcze piwo to rozumieją, bo beer wszędzie jest birem.

Tokio to miasto science fiction, można tam kręcić filmy bez scenografii. Jak każda metropolia, koncentruje piękne kobiety. Także przebywanie w takim środowisku jest niezdrowe. Szkoda, że nie było czasu, żeby zapoznać się ze starą kulturą, pojechać do Kioto, japońskiego Wawelu. Tam się spotyka dziewczyny ubrane tradycyjnie. W Tokio wiele zrozumiałem z japońskiego sposobu myślenia. No, jak się spotka paru artystów, to wtedy oprócz erotyzmów, człowiek i o sztuce trochę porozmawia. W naszym Starym Świecie nie mamy w ogóle malarskich przedstawień deszczu. Znam tylko jedną pracę Kandinsky’ego z tym motywem. W obrazach japońskich jest tego mnóstwo. Ale okazuje się, że jak tam przyjdzie monsun, to rzeczywiście leje. W sensie filozoficznego podejścia do natury, mentalność białoruska jest bardzo bliska japońskiej.

Wyczuwa się pewien dystans w kontaktach z Japończykami. To nie tak, jak my Słowianie: siadamy, człowiek napiłby się wódki, a oni? - już skończyli. A sake to gorąca wódka smakująca jak zepsuty kompot. Japończycy wyciągnęli lekcję z klęski. Okazało się, że blokada cywilizacyjna i obstawanie wyłącznie przy własnej kulturze powoduje, że się przegrywa wojnę. Zachowując tradycyjny system, zaczęli inwestować w sztukę, edukować społeczeństwo, aby było kreatywne. Oni potrafią wszystko udoskonalić - ulepszyć samochód czy telewizor - ale nie są w stanie wymyślić nowego. Ta cywilizacja zbudowana jest w myśl zasady: masz robić to, co ci każe zwierzchnik. Żałuję, że tamtejsi twórcy nie nawiązują do tradycji. Jak typowi neofici, starają się być bardziej anglosascy czy europejscy niż Anglosasi i Europejczycy. Pełno tam wpływów. Jest pewna jednolitość - nie ma tam sztuki bez prądu, coś musi świecić, brzęczeć.

Not. Cezary Polak, 1999/07/14