Aktualny język artykułu: PL

Ważna jest świadomość miejsca - rozmowa z Leonem Tarasewiczem

Leon Tarasewicz Ur. 1957 w Stacji Waliły. W roku 1984 otrzymał dyplom magistra sztuki na Wydziale Malarstwa Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie w pracowni Tadeusza Dominika. Swoje prace wystawiał we wszystkich ważniejszych galeriach w Polsce oraz w Szwecji, USA, Korei Płd., Holandii, Argentynie, Izraelu, Białorusi i Turcji. Laureat stypendium Fundacji Kościuszkowskiej, Nagrody Wojewody Białostockiego oraz Paszportu Polityki. Jego prace znajdują się w muzeach i kolekcjach na całym świecie.

- Waliły to odludne, dalekie miejsce...

- ...Jak willa na Ursynowie. Kiedy dojeżdżałem z Ursynowa na Akademię Sztuk Pięknych, wybijało mi na liczniku w samochodzie 20 kilometrów, gdy jadę stąd do Białegostoku - wybija 25. Mam dom w sąsiedztwie miasta, do którego można z łatwością dojechać. Białystok jako miasto, z fabrykami i przemysłem włókienniczym, tak naprawdę zaczął się rozwijać w końcu lat trzydziestych XIX wieku. Stacja Waliły powstała w celu zapewnienia transportu dla produkowanego w Białymstoku sukna. Tutaj, w tym czasie, najbardziej prężny był majątek Waliły. Nie miasteczko Gródek, a właśnie majątek w Waliłach. Stację nazwano więc - Waliły. Wieś była jakby zapleczem majątku.

- Z majątku Waliły powstał później PGR...

- Tak jak wszędzie.

- A co się stało z właścicielami Walił?

- Nie wiem do końca. W Gródku historia toczyła się trochę inaczej niż gdzie indziej. Nie było 1 września. Jak wybuchła wojna, wjechało kilku Niemców na rowerach. Potem wkroczyła armia rosyjska. Zmieniła się władza, ale ludzie nie odczuwali jakichś zasadniczych zmian. Misza Siemion (miejscowy aktywista) przyszedł do gminy, prosząc o wydanie broni, bo chce bronić ojczyzny. Razem z nim było jeszcze szesnastu innych. Powiedziano im, żeby przyszli następnego dnia, to wszystko się zorganizuje. Rzeczywiście, przyszli następnego dnia. Władze wywiozły ich, i jeszcze kilka osób - Niemców pracujących przy tartaku, Wasbacha, który był właścicielem majątku i jego żonę - do Berezy Kartuskiej. Jednak zasadniczo wojna na obrzeżu, które było poza ideologiami, wyglądała zupełnie inaczej.

- Wróćmy jednak do teraźniejszości. Interesuje mnie kwestia przywiązania do miejsca. Miejsca takiego jak Waliły, postrzeganego z perspektywy centrum jako prowincja bardzo odległa...

- Zawsze sobie zadaję pytanie, dlaczego ludzie właśnie w takich miejscach mieszkają (czy to będzie koło Krakowa, czy w kieleckim). Dlaczego właśnie w takich? Jaki jest tego sens? Co trzyma człowieka w określonej przestrzeni? Myślę, że odpowiedź jest prosta. Trzyma go cała sfera kulturowości, w której wyrasta; ten bagaż doświadczeń powiązany z konkretnymi zdarzeniami, historią. Wszystko to, co jest z danym miejscem jakoś związane. Ludzie, którzy urodzili się w industrii, w dużych miastach, przenoszą się często z miejsca na miejsce. Nie mają takiego przywiązania do określonej przestrzeni. Jest im obojętne, gdzie są. Ważne jest to, iż mają wokół siebie przyjaciół...

- Są jak wodorosty. Pan jest chyba jak drzewo?

- Oni mają już poza sobą to, co ja w tej chwili przeżywani. Człowiek związany z małymi ośrodkami - taki, który „obrósł" tym światem dzieciństwa, który ma silne kulturowe więzi - obojętnie gdzie by nie był, czuje się jak na emigracji. O wiele łatwiej jest „być" gdzieś, jeśli nie ma się świadomości miejsca, z którego się wywodzi, jeśli nie ma się świadomości zdarzeń, istnienia dziedzictwa kulturowego. Łatwiej wtedy zadomowić się w jakimś tam miejscu. Poznałem wielu artystów polskich na świecie i scenariusz naszych spotkań był z reguły podobny. Na początku każdy z nich zaczyna się chwalić, ile osiągnął. Jak dobrze żyje w porównaniu z tym, jak żył. Jakim jest światowym człowiekiem. Przy drugiej butelce pojawia się smutek, a czasami i płacz. Pojawia się wątpliwość, czy nie lepiej byłoby jednak w kraju. Może gdyby został w kraju, miałby lepsze życie i większe sukcesy. I jest problem. Zostawić swoje kości na obcej ziemi, czy wrócić? Wrócić trudno, bo na przykład dzieci są już „wykorzenione", mają inne obywatelstwo... Emigracja to jednak bardzo bolesne doświadczenie. Miałem kontakt z emigracją polską, białoruską i ukraińską. Emigracja w Ameryce to wspólnoty, najczęściej przy plebani. W tej chwili zauważam, że moje pokolenie w Białymstoku, próbuje robić coś na tej samej zasadzie. Funkcjonuje podobny mechanizm. Muszą tworzyć jakieś swoje wspólnoty. Inaczej trudno niektórym żyć. Są tacy, którzy mieszkając w Białymstoku, żyją dokładnie tak samo jak emigranci. Chociaż przypuszczam, że mass media i szkoły pociągną ich dzieci w stronę industrii.

- I uwolnią się od dylematów ojców... Istotną rolę odgrywa jednak to, co się wchłonie w dzieciństwie...

- To podstawowa rzecz. Te wszystkie kody pozostają. Myślę, że są jednak różne bariery. Ciężko byłoby wytłumaczyć Polakom, którzy wyjechali w czasie wojny do Anglii czy Ameryki - bohaterstwo wojny i powstania warszawskiego. Trudno wytłumaczyć Anglikom bądź Amerykanom istotę i ducha naszych "lat osiemdziesiątych. My, mieszkający na Białostocczyźnie wschodniej, w tym kawałku dawnego Wielkiego Księstwa Litewskiego, przeżywający problemy końca XX w., zachowujemy się tak a nie inaczej. Dla kogoś z centrum może być niezrozumiałe, dlaczego mamy takie a nie inne sentymenty, dlaczego jesteśmy do czegoś tak silnie przywiązani...

- Bywają pojęcia obce dla tych, którzy są z innego porządku kultury. Oni mają swój kod, a my mamy swój. To osobliwe, że człowiek tak bardzo przywiązuje się do miejsca, do ziemi, do dziedzictwa kulturowego, do historii... ale także do pewnej mitologii.

- Tak już został ukształtowany. Mam wielu przyjaciół w Polsce i na świecie. Okazuje się, że mieszkając razem z nimi, jakbym żył połową życia. Wiedziałem, że o pewnych rzeczach nie mogę z nimi rozmawiać. Jeśli spróbuję, nie będą mnie i tak słuchać, a jeśli mimo wszystko wysłuchają - nie będzie ich to co mówię obchodzić. Dlaczego tak się dzieje? Ich los jest po prostu inny. Ich doświadczenia są odmienne. Dziewczynę, która ma jakąś skazę urody - na przykład krzywy nos - każdy żart na temat nosa bardzo dotyka. Tych, którzy mają normalne nosy, problem nosa nie obchodzi. Podobna sytuacja ma miejsce w społeczeństwie polskim. Na co dzień mamy tu język polski i inne „przymioty" zdrowego społeczeństwa, takie, których nie było w czasach zaboru czy bolszewizmu...

- W pana przypadku coś jednak z tym „nosem" jest na rzeczy...

- To oczywiste. Nie mamy tutaj na miejscu swojego kraju, nie mamy na co dzień swojego języka. Człowiek jest jakiś upośledzony, chory... Dlatego dużą część swojego życia poświęciłem na odbudowanie tego, czego mi w tej zastanej kulturze brakowało, czego nie dała mi szkoła.

- Rozumiem, że mówi pan teraz o swojej białoruskości. Nikomu nie zależało na tym, żeby tę białoruskość w panu pielęgnować?

- Nikomu. Postawiono na centralizm, Na ujednolicenie kultur, na polskość. Dla mnie, jako twórcy, elementarną rzeczą jest umiejętność poruszania się po stałych bazach kulturowych, „niepoprzewracanych" propagandowo, „nieoszukanych". Tylko wtedy można współtworzyć wartości we wspólnym kraju. Tak się składa, że w tej chwili tym krajem jest Polska. Państwo w którym można wspólnie z innymi, także z tymi spoza jego granic, tworzyć pewne idee.

- Jest to dziś chyba tendencja ogólnoświatowa, nie tylko jeśli chodzi o kulturę, ducha, ale także przemysł, ekonomię...

- Ważne jest czy będziemy działać jak partnerzy, którzy wspólnie formułują współczesne wartości, czy też staniemy się tymi, którzy kupują puszkę coca-coli. Chodzi o to, żeby być partnerem, a nie tylko konsumentem, który się podporządkowuje.

- Macie przecież tutaj wspólnotę białoruską. Jest grupa ludzi, z którymi się pan spotyka, przyjaźni, współtworzy z nimi tożsamość białoruską...

- Tak... Jesteśmy w tej chwili na trzecim etapie naszej ewolucji społecznej. Jest takie powiedzenie żydowskie: Pracuję po to, żeby mój syn był inżynierem, wnuk lekarzem, a prawnuk - artystą. Społeczeństwo, które nie ma tych czterech pokoleń, jest w jakimś sensie upośledzone. Znam ludzi z pokolenia poprzedzającego moje. Są to dzisiejsi pięćdziesięciolatkowie, którzy sprawują ważne dla nas na Białostocczyźnie funkcje. To pokolenie inżynierów: Mikołaj Aleksiejuk, Mikołaj Buszko, Michał Bajko, Eugeniusz Czykwin, Bazyli Leszczyński, Anatol Odziejewicz... Oni wszyscy są z tego właśnie pokolenia. Bardzo do siebie podobni... Kiedyś przyszła mi do głowy następująca myśl. Gdybym w latach siedemdziesiątych czy osiemdziesiątych obudził się po dobrej wódce w jakimś pokoju, trudno byłoby się zorientować, gdzie się znajdujemy. Wszędzie było jednakowo. Te same boazerie, takie same książki, regały, obowiązkowo palma, wersalka, dwa fotele z bieżnikami, dywan. Nawet reprodukcja na ścianie podobna... Niedźwiedzie Szyszkina, albo pejzaż ze zbożem i sosnami, ewentualnie Przyleciały gawrony lub kopia ikony. Niezależnie od tego czy to jest Hajnówka, Bielsk Podlaski, Białystok czy też Warszawa. Nasze pokolenie, wchodzące w dorosłość wraz z solidarnościową rewolucją, jest już nieco inne. To pokolenie historyków. Choćby ci, którzy coś dziś robią w polityce: Wappa, Łatyszonek albo dziennikarze: Wawrzeniuk, Iwaniuk, Horuży. Oni stanowią jakby odpowiednik lekarzy z anegdoty. Piękne i pozytywne jest to, że zajmując się historią, formują świadomość. Z drugiej jednak strony to trochę ogranicza. Historyk zawsze będzie analizował przeszłość i budował przyszłość na podstawie tego, co było. W ten sposób każda idea będzie w jakiś sposób spóźniona. Najbardziej negatywne w naszym pokoleniu jest to, że każda nowa idea, która nie przystaje do standardu, jest atakowana, nieakceptowana. Brakuje tego jednego pokolenia, które by wyszło z własną propozycją. Pokolenia kreatywnego. Najbardziej kreatywne jest najczęściej pokolenie czwarte. To pokolenie atakujące. Bardzo wiele ciekawych xztZT)j rodzi się w tym właśnie pokoleniu. Następne pokolenie, piąte, to pokolenie epigonów, „wybrzydzaczy", znudzonych, nihilistów... Czasami, bazując na innych środowiskach, ktoś rozwija się szybciej, indywidualnie, niezależnie od uwarunkowań pokoleniowych. Przykładem może tu być Sokrat Janowicz, ale także i ja. Ze mną było tak, że od podstawówki miałem oparcie o Warszawę. Była więc inny baza. Dużo czynników zewnętrznych. Jednak pewnych spraw się nie przeskoczy, jeśli chodzi o mechanizm społeczny, traktowany jako całość. Rzeczą podstawową jest świadomość Historii, świadomość kultury... tego kawałka ziemi. Warszawa była centrum, a te tereny tutaj zawsze „ciążyły" w stronę Wilna. Po wojnie Białystok nie przejął roli Wilna, tym bardziej, że musiał „odchorować" postimperialną chorobę. Teraz powinien przestać robić fikcję, tworzyć „na siłę" miejskość. Nauczyć się akceptować inność i korzystać z niej. Inność to przecież karta przetargowa, skutkująca pozytywami. Dojdzie do tego wcześniej czy później. Zresztą są już tego pierwsze symptomy. To, co się ostatnio odbywa w Białymstoku, bardzo szybko przedostaje się za sprawą mass mediów, na płaszczyznę ogólnopolską. Każdy debilizm zdJZTyndi być śmieszny i odwrotnie. Każde pozytywne działanie nabiera wartości. Chociaż właściwie to Gródek, a nie Białystok, był początkiem cywilizacji tych terenów. Najpierw Chodkiewicz ściągnął do Gródka mnichów, robiąc z niego gród. Potem w 1500 roku mnisi weszli do Supraśla a Grzegorz Chodkiewicz podpisał akt lokalizacji Zabłudowa w Bielewiczach. Jego drukarze: Iwanów i Fiedorow - wydrukowali pierwszą w tych terenach książkę...

- Sugeruje pan, że kiedyś prowincją był Białystok...

- Obszar Walił i Gródka znajdował się na trasie pomiędzy Wilnem a Krakowem. Przeniesienie stolicy z Krakowa do Warszawy spowodowało, że droga poszła przez Kuźnicę i Gródek pozostał na boku. Jego funkcję przejął Zabłudów, który znajdował się na trasie między Bielskiem (miastem wojewódzkim), a Knyszynem (miastem królewskim). Dopiero Braniccy podnieśli Białystok do rangi rezydencji i był on rezydencją właściwe do końca XIX wieku, do czasów, kiedy powstało miasteczko robotnicze z przemysłem włókienniczym. Z czasem Białystok stał się jedną z sypialni Warszawy. Brak inwestycji w terenie doprowadził do „meksykanizacji" tego miasta. Białystok ściąga wszystko do siebie, co najprawdopodobniej spowoduje wyludnienie przyległych miejscowości. Myślę, że jak otworzą dla ruchu osobowego przejście graniczne w Bobrownikach (Jeg° otwarcie jest konsekwencją określonej polityki lat dziewięćdziesiątych Białoruskiego Zjednoczenia Demokratycznego), teren gminy Gródek wróci do poprzedniego rytmu. Jak się patrzy na dzisiejszy rytm tych stron, to jest on jednak typowy dla prowincji. A wiem, że kiedyś było zupełnie inaczej. W Gródku nauczano filozofii. Studiowano Schopenhauera, Kanta... Trudno uwierzyć, że - jeszcze zupełnie niedawno - czymś takim ktoś się tu zajmował.

- Czy są jakieś dokumenty, które by to potwierdzały?

- Są wspomnienia zebrane przez Misze Siemiona (tego samego, który chciał bronić państwa polskiego), wspomnienia Żydów z Gródka. Wydaje mi się, że gdy wytworzy się środowisko intelektualne, zdolne do formułowania współczesnego myślenia, nie będzie mowy o żadnej prowincji.

- Prowincja, poza aspektem terytorialnym, istnieje także w sensie duchowym. Można być zatem prowincjuszem w Nowym Jorku. Tak samo, jak można być człowiekiem światowym w Waliłach.

- Tak. Moja sytuacja jest dość szczególna. Mieszkam wprawdzie w Waliłach, ale funkcjonuję w oparciu o kontakty z ludźmi z różnych rejonów Polski. Waliły to wschodnia Białostocczyzna. A teren wschodniej Białostocczyzny to miejsce spotkania wywodzącego się z Bizancjum prawosławia, które przejęło kulturę grecką i katolicyzmu, wywodzącego się z Rzymu. Tutaj, w Gródku, doszło do spotkania tych dwóch kultur. Mamy parafię misyjną katolicką, kościół, a zaraz obok cerkiew. Ci, którzy spotykają się w tym miejscu, nastawieni są do siebie nieufnie, będąc - o dziwo - wyznawcami jednego Chrystusa, spadkobiercami kiedyś wspólnego Cesarstwa Rzymskiego, bo Bizancjum, to także Cesarstwo Rzymskie..

- Podobnie jest z judaizmem i chrześcijaństwem. Te same źródła, a dogadać się trudno.

- Proszę popatrzeć. Mnisi prawosławni z Supraśla sprowadzili sobie Nektariusza, który im namalował freski. Gdy dziś zapytamy: jakie to są freski, większość powie, że to prawosławne ikony... (nie: katolickie, polskie, europejskie, lecz właśnie prawosławne). A tak naprawdę to ikony z Serbii. A Serbia była prowincją Cesarstwa Rzymskiego. Rzadko się zdarza, by na terenach polskich mieć malarstwo z Rzymu, które inspirowane było malarstwem Grecji. Mamy tu znów skrzyżowanie pewnych idei prowincji... Ta rosyjskość w pojęciu dzisiejszym, ta paranoja, która nakazuje myśleć o prawosławnych jako o „ruskich" jest idiotyczna. Przecież tereny, kiedyś we władaniu Wielkiego Księstwa Litewskiego, będące własnością Chodkiewiczów, znajdowały się w stanie wojny z Moskwą. Moskwa wróciła do nas w momencie ustalenia granicy nad Narwią. Nasze korzenie są w Bizancjum, nie w Moskwie. Podobnie jest, jeśli chodzi o idee...

- W żywiole polskim nastąpiło jednak pewne przesunięcie. Doszło do utożsamienia ducha prawosławnego z duchem rosyjskim, moskiewskim. Tak to jest odbierane do tej pory.

- A wynika to w dużej mierze z ignorancji. Wiem, że gdyby wprowadzono do szkół historię i kulturę Białorusi, okazałoby się, iż jest więcej elementów wspólnych, niż tych, które dzielą. A co jest jeszcze bardziej paradoksalne - większość polityków, ludzi związanych z kulturą białoruską, było katolikami, nie zaś prawosławnymi. Trzymanie w niewiedzy... budowanie napięć to, moim zdaniem, działania zamierzone. Białystok nie jest tu odosobniony. Identyczną sytuację mamy w Przemyślu czy Łodzi. Wszędzie są podobne mechanizmy. To doraźne instrumenty, które dają władzę...

- Ale mimo to ludzie jakoś sobie radzą. Żyją, tworzą, budują...

- Tak. Budują. Spójrzmy choćby na Gródek. Tutejsza cerkiew to przykład architektury, która nie ma nic wspólnego z tym terenem. Tak jak i wiele innych powstałych niedawno budynków, wzorujących się na architekturze centralnej Rosji. Nie pasujących do tego, co było tu na miejscu, przed 1939 rokiem. W podobny sposób zresztą twórzmy się kopie kościołów, które mają więcej wspólnego z halą sportową niż z architekturą Rzymu.

- Może bierze się to z jakiegoś przeświadczenia, iż należy pielęgnować tradycję także w sensie wzornictwa. Iść tropami, które kiedyś zostały wytyczone... przez najlepszych.

- Oczywiście. Ale wie pan, każdą epokę określa się na podstawie tego, co stworzyła. Gdy widzę w Białymstoku pomniki, a każdy z nich jest „dziewiętnastowieczny"; jeśli widzę budynki będące kopiami barokowych kościołów, cerkwie, które są jak powielone stemple caratu - to utwierdzam się w przekonaniu, że jeszcze nie „urodziło" się to kreatywne pokolenie, stwarzające własne „ja".

- Zatem nie ma nowej sztuki, jest tylko odwzorowywanie, naśladownictwo?

- Kiedyś napisałem w jakimś tekście, że nikt później tak nie malował jak Nektariusz. Tadeusz Dominik odpowiedział mi na to spostrzeżenie w następujący sposób: „I na razie nie będzie, bo nie ma takiej wiary". Coś w tym jest. Tu, gdzie mieszkam, zderzają się ze sobą żywioły dwóch prowincji: Wschodu i Zachodu. Kiedyś, w latach siedemdziesiątych, gdy pojawił się jakiś napis rosyjski na murze, wprawiał w ogólne zdenerwowanie wszystkich dookoła. Kojarzył się bowiem z komunistyczną władzą i tym wszystkim, co niósł za sobą Związek Radziecki. Pewnej nocy, dwa czy trzy lata temu, przyjechałem z Rygi, gdzie coś malowałem. Miałem wtedy to poczucie odległości, jaką pokonywali kiedyś Chodkiewicze, podążając na Inflanty i z powrotem. W nocy wylądowałem na dworcu w Białymstoku i, ku mojemu zdziwieniu, zobaczyłem wkoło same rosyjskie napisy...

- Kiedyś to była ideologia i może dlatego tak drażniła. A dziś...

- Dziś mamy inną - ideologię pieniądza. Te napisy nikomu już nie przeszkadzają, bo są reklamami przyciągającymi klienta, którym jest homo sovieticus mówiący po rosyjsku. Jednak jeśli na murze pojawiłby się napis po białorusku -o, wtedy wadziłby niejednemu! A przecież bardziej niż białoruskość polskiej racji stanu zagraża rosyjskość! Myślę, że od dawna Polacy nie mieli takiego dystansu do Rosji, jak w tej chwili. Widzimy tę „żywą wojnę", która się gdzieś tam toczy i wywołuje różnego rodzaju obawy i skojarzenia. Dlatego ciekawy jest ten styk różnych żywiołów, różnych prowincji...

- Proszę zauważyć, że mass media eksponują wypowiedzi Łukaszenki, które w oczach demokratycznej Europy czynią z niego postać raczej groteskową.

- Tak, oczywiście. My też, a mało brakowało, mielibyśmy w Polsce kosoś takiego. Nazywał się Tymiński. Na Białorusi jego odpowiednikiem był także Pruszyński. To jest taki polityczny folklor!

- Cóż, demokracji trzeba się uczyć przez kilka pokoleń. Chciałbym jednak odejść od spraw ogólnospołecznych i zapytać pana o prywatność. Rozumiem, iż nie czuje się pan prowincjuszem, jako że nie ma ku temu powodów. Mieszka pan jednak w Waliłach...

- Wiele znanych osób mieszka na prowincji np. Wojtek Siemion w Petrykozach, Karolina Wajda w Głuchach, Andrzej Strumiłło na Suwalszczyżnie. To są jednak miejsca niezbyt odległe od centrum. Moja sytuacja jest nieco inna. Mieszkam dalej. Osoby z zewnątrz, które nie mają ze mną do czynienia na co dzień, często w różny sposób wykorzystują argument Walił. Osoby mi bliskie są w stanie przyjąć jako naturalne, że tu mieszkam. Mogłem w końcu pozwolić sobie na to, aby z Walił nie wyjeżdżać. Nie jest to więc sprawa powrotu. Nigdy stąd tak naprawdę nie wyjechałem i nie chciałem wyjechać.

- Czy w pana przypadku prowincja w sensie przestrzennym ma w ogóle rację bytu?

- Wydaje mi się, że nie! Mogę korzystać z internetu. Więcej, nie opuszczając Walił, mógłbym prowadzić pracownię na warszawskiej ASP. Potrzebna by była do tego kamera cyfrowa i internet. Można by było bez najmniejszego problemu robić przeglądy i prowadzić rozmowy ze studentami. Byłoby to możliwe, gdyby sprowadzić wszystko do elektroniki...

- Ale prowincja jakoś przecież istnieje, prawda?

- Jest to zjawisko intelektualne. Istnieje w sensie mentalnym. Geograficznie, przestrzennie, fizycznie - w dobie współczesnej technologii - prowincja rzeczywiście zanika... Bardzo łatwo jest natomiast wyczuwalna w sferze idei. Im dalej od centrum, tym jest głębsza. Spójrzmy choćby na malarstwo czy architekturę, im dalej od centrum duchowego, tym bardziej jest szkaradne, brzydkie, aż wreszcie „gaśnie" w jakichś urbanistycznych monstrach.

- Coś, co wychodzi z centrum, deprecjonuje się i pomniejsza na prowincji...

- Centra są bardzo zmienne. Buduje je ekonomia. Weźmy pod uwagę na przykład czasy nowożytne. Jaką wielką potęgą była Hanza. Wtedy centrum intelektu i pieniądza było Morze Bałtyckie. Do dnia dzisiejszego jest tak, że będąc w Gdańsku, Amsterdamie czy Lubece, człowiek czuje się, jakby był w tym samym kraju. Gdy zapuścimy się nieco dalej, mamy już inny świat. Wraz z odkryciem przez Marco Polo nowej drogi na Wschód, centrum przeniosło się na Południe. Dzięki temu rozwinęły się miasta we Włoszech. Wystarczyło odkrycie Ameryki, żeby cała energia powróciła znowu do Holandii. Wykształciło się mieszczaństwo. To spowodowało rozwój malarstwa w Niderlandach. Później nastąpił rozwój Francji. Powstał Wersal, którego prowincjonalną kopię mamy w Białymstoku. Jest to zresztą doskonały przykład prowincjonalnego - względem Paryża - myślenia.

- Centrum przeniesione na prowincję, pomniejszone i skarykaturyzowane...

- Dobrym przykładem kompleksu prowincji, kompleksu Bevelry Hills, są domy zbudowane w pobliżu drogi wyjazdowej z Białegostoku do Supraśla. Kiedy dziś oglądam powiedzmy wystawę malarstwa meksykańskiego w Malmo, widzę analogie do prac Gierymskiego, Podkowińskiego i innych malarzy, których twórczość nam się w określony sposób zakodowała... Identyczne wrażenie odczuwam chodząc po Rydze... Spotykam prowincjonalne przykłady idei, które funkcjonowały już gdzieś, kiedyś...

- Sztuka na prowincji karleje, deprecjonuje się. Panie Leonie, a czy bywa odwrotnie? Czy pańskim zdaniem zdarza się tak, że coś się rodzi na prowincji a karleje w centrum?

- Oczywiście. Często to prowincja zasila centra. Pewne idee mogą powstawać i powstają przecież także na prowincji. Często nie mają one jednak możliwości rozwoju w centrum. Tak jak z rośliną, która stoi w kącie, z dala od światła i nie ma szans się rozwinąć. Osoby wyjeżdżające z prowincji do centrum, korzystające z zasobów ekonomicznych tego terenu, z jego pokładów intelektualnych, mogą być dla centrum elementem orzeźwiającym, siłą napędzającą. Jest to zjawisko bardzo częste. Chagall, Rodko, Warhol... Ci wszyscy malarze skądś się wywodzą. W istotny sposób zasilili swoim talentem Paryż, Nowy Jork...

- Wspominał pan w wywiadzie, który ukazał się w Polityce o czerwonym winie. Nie wszyscy docenią smak czerwonego wina...

- Nie wszędzie istniał popyt na czerwone wino. Na inne smaki - owszem. Czasem może się tak ułożyć, że jakaś prowincja urasta do rangi centrum. Dopiero wtedy pojawia się popyt na czerwone wino... Jest taka książka o zabobonach w Polsce. Podawany był tam przykład Mazowsza, jako rejonu, w którym rodzą się dzieci, całe owłosione, z trojgiem oczu, które otwierają dopiero po dwóch tygodniach...

- W tradycji siedemnasto-, osiemnastowiecznej Mazowsze było miejscem bardzo zacofanym.

- Właśnie, a dzisiaj mamy tam stolicę. Jest to dobry przykład prowincji, która urosła do rangi centrum, także jeśli chodzi o sztukę. Myślę, że nasze spojrzenie na centra i prowincję zmieni się jeszcze bardziej, kiedy przystosujemy się wreszcie do życia w zjednoczonej Europie, kiedy okaże się, że odległości, miejsce pracy i podobne kwestie przestaną mieć znaczenie. Rewolucja technologiczna powoduje bardzo duże zmiany. Może się okazać, że wykonywać pracę można będzie bez wychodzenia z domu. Sam fakt pojawienia się w domach telewizji spowodował, że na tych małych wsiach, gdzie dotąd centralnym miejscem była ławka obok domu, życie przeniosło się przed ekrany telewizorów. Telewizja między piątą a dziesiątą wieczorem zajęła miejsce tej „ławki", bo stara się zaspokoić gusta wszystkich. Jest właściwie dla inteligenta nie do oglądania. Dopiero późnym wieczorem zdarza się coś ciekawego... Pojęcie prowincji jest bardzo płynne. Kraków na przykład. Ma tradycję, dumę, poczucie tożsamości. Ale pieniędzy to już Kraków nie ma.

- No tak. To, co wiąże się z ekonomią, przesunęło się do Warszawy, a Kraków ten swój stary krakowski obrządek, jak mówi Miłosz, próbuje pielęgnować.

- To jest ta różnica. Albo coś się pielęgnuje, albo się coś stwarza. Na przykład w czasach Polski rozbiorowej i tuż porozbiorowej pielęgnowało się idee, nie tworzyło się nowych.

- Ta pielęgnacja możliwa była przede wszystkim na prowincji.

- Tak, ale na dworach, bo pielęgnacja jest stanem uśpienia. Jest pewien zamknięty kod, który się podtrzymuje, pielęgnuje i który przy sprzyjających warunkach może się rozwinąć, tak jak nasiona roślin, które mogą przetrwać długie lata, by w pewnej chwili rozkwitnąć. Myślę, że aktualnie dotyczy to białoruskości.

- Kiedyś tak zwaną polskość pielęgnowała i przechowywała prowincja. Dzisiaj...

- Dzisiaj można mieszkać gdzie się chce. Warszawa i obrzeże Warszawy niesie za sobą identyczną kulturę, co Zaścianki czy inne peryferia Białegostoku. Białystok jest najsilniejszym producentem muzyki disco-polo, a największa ilość odbiorców tej muzyki znajduje się na Śląsku. W miastach i małych miasteczkach ludność robotnicza szuka podobnych idei. To są dowody na to, że w aspekcie terytorialnym, przestrzennym - pojęcie prowincji się rozmydlą. Od kiedy państwo przestało sterować kulturą, przestało być mecenasem kultury, najciekawsze rzeczy dzieją się poza wielkimi centrami.

- W mieście kulturę się sprzedaje, ale powstaje ona poza centrum.

- To, gdzie kultura powstaje, nie ma w tej chwili znaczenia. Ważne, żeby ją ktoś kupił.

- Czuje się, że historia, przeszłość, są dla pana ważne. A jak by się pan określił w teraźniejszości?

- Nie jestem prowincjuszem. Mam dość gruntowną edukację plastyczną popartą pobytami w muzeach całego świata. Mimo że pracuję w Waliłach, bywam ze swoimi studentami wszędzie tam, gdzie dzieje się coś ważnego. Moi studenci wystawiają swoje prace w Galerii Białej w Lublinie (a jest to pierwsza liga w Polsce). I oni też nie są prowincjonalni...

- Czy w pańskim malarstwie jest coś z ducha tego miejsca?

- Na pewno bardzo dużo. Może nie wszystko, ale wiele... Prowincja mnie wzbogaca, inspiruje. Jest podstawą. Spowodowała, że dojrzewając zdefiniowałem swoje malowanie tak a nie inaczej. Już w trakcie studiów wytworzyłem w sobie samoświadomość, inną opcję. To spowodowało, że nie poszedłem razem z całym moim pokoleniem w dzikie ekspresyjne malarstwo polskie. Okazuje się, że jeśli robisz coś po swojemu, bardzo osobiście, staje się to bardziej uniwersalne, lepiej dociera do innych. Na pewno wszystko, co robisz, jakoś wyrasta z doświadczeń dzieciństwa, z tamtych klimatów, nawet jeśli sobie tego nie uświadamiasz. Gdy spojrzy się na to co robisz z góry, wydaje się to być spójne, chociaż wiesz, że w środku jest bardzo skomplikowane, czuje się, że jedno wynika z drugiego...

- Taka magia sztuki...

- Jeśli jednak spojrzę na jakiś obraz, od razu wiem czy malował go Polak, Francuz, Niemiec czy Żyd. Czuję to, choć nie ma żadnych znaków, które by to bezpośrednio potwierdzały .'Nie do mnie należy definiowanie. Od tego są krytycy sztuki. Ja zajmuję się tworzeniem. Uważam jednak, że bardzo ważne jest, aby istniało zaplecze kulturowe. Powinno się mieć jakiś podkład. To fundamentalne w poszukiwaniu tego, co wartościowe.

Tekst pochodzi z książki: „Metafizyka prowincji”, Jan Kamiński, Wydawnictwo KARTKI