Aktualny język artykułu: PL

Szerokim gościńcem przez lata. Życie i twórczość Sokrata Janowicza

1. Z i do Krynek

Początek września 1936 r. był w Krynkach już typowo jesienny. W tych stronach do dziś mało kto określa pory roku według kalendarza astronomicznego, reguluje je natura. Tu jesień przychodzi już na początku sierpnia, kiedy prawosławna Cerkiew czci pamięć św. Anny. Tutejsi mówią bez wahania: Ганна – асенняя панна (7 sierpnia). Nic to, że w dzień słońce może niemiłosiernie prażyć jeszcze przez kilka tygodni, ale jego kolor jest już inny, różowo-pomarańczowy, czyli właśnie jesienny. Lato natomiast to synonim żniw, które rzadko kiedy przeciągają się do prawosławnej Matki Boskiej Zielnej (28 sierpnia).

Przedwojenne Krynki były gwarnym i żywym miasteczkiem. Liczyły ponad 10 tys. mieszkańców. Trzy czwarte to byli Żydzi – głównie kramarze, takoż robotnicy kilkunastu fabryczek, przeważnie z branży włókienniczej. Wśród mniejszości chrześcijańskiej zdecydowanie dominowali prawosławni, katolików była ledwie garstka – wszystkiego kilkaset dusz. Wszyscy rozmawiali po prostu, czyli w języku białoruskim. Dobrze znali go nawet Żydzi – wiadomo, w celach handlowych.

Cztery lata przed wybuchem wojny w chłopskiej chacie Janowiczów przy ul. Sokólskiej, w dolinie na przedmieściu Krynek, nikomu nawet przez myśl nie przechodziło, że za kilka wiosen znów zatrzęsie się cały świat. Dobrze jeszcze pamiętano gehennę tułaczki w głąb Rosji i z powrotem, zakończonej ledwie kilkanaście lat temu. Teraz Konstanty Janowicz z żoną Aleksandrą z domu Gryko (z pobliskiej Borsukowiny) zamierzali wreszcie pożyć w spokoju, spodziewali się przyjścia na świat pierworodnego. By było jak u ludzi.

Zboża z pól zostały już uprzątnięte. Konstanty wziął do ręki cep i w stodole na klepisku zaczął młócić żyto na materiał siewny. Brzemienna Aleksandra zaś przystąpiła do kopania ziemniaków i wybierania warzyw z ogrodu. Prace przerwały bóle porodowe. Natychmiast posłano po babkę – znachorkę.

Tak 4 września 1936 r. przyszedł na świat Sokrat Janowicz. To oryginalne imię wybrała mu matka. Zetknęła się z nim w bieżeństwie, zafascynowana niezwykłą mądrością pewnego młodzieńca, który miał właśnie na imię Sokrat. Oczywiście nie miała pojęcia, że pochodzi ono od greckiego filozofa, zmarłego blisko 2500 lat temu. Po rozwiązaniu Aleksandra uparła się, by nadać synowi imię Sokrat i swego dopięła. Pop batiuszka Sawicz, gdy przyniesiono mu do ochrzczenia dziecko, zajrzał tylko do odpowiedniej księgi ze spisem dozwolonych imion. Upewniwszy się, że jest takowe, bez ceregieli nadał sakrament i wziął opłatę, nawet nie wygórowaną.

Jeśli, jak sądzą niektórzy, wybór imienia dziecku ma wpływ na jego późniejszą osobowość, to w przypadku Sokrata Janowicza to się rzeczywiście sprawdziło. Wyrósł z niego człowiek, którego do starożytnego mędrca pod wieloma względami można porównywać nie uciekając się wcale do megalomanii. Jednak w dzieciństwie nic na to nie wskazywało. Kracio, jak zdrobniale rodzice nazywali syna, ciągle chorował, zaczął chodzić dopiero gdy skończył trzy latka.

Dzieciństwo Sokrata Janowicza przebiegało pod ustawicznie zmieniającą się władzą. Nie opuszczając domu dane mu było być najpierw obywatelem Rzeczpospolitej Polskiej, potem Związku Radzieckiego (Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Radzieckiej), następnie III Rzeszy i wreszcie Polski Ludowej. Wyrastał jako półsierota, gdyż ojciec trafił do niewoli niemieckiej i pojawił się w Krynkach dopiero na wiosnę czterdziestego trzeciego, otrzymawszy urlop w obuwniczej fabryce obuwia w Dreźnie, gdzie pracował jako szewc. Kracio na widok jakiegoś nieznajomego w miejskim ubraniu i z ogoloną twarzą, którego przywiózł rozklekotaną furmanką wujek z Borsukowiny, uciekł do chaty i schował się pod łóżko.

Konstanty do Drezna już nie wrócił. Szczęśliwie udało mu się zaciągnąć do akurat organizowanych w pobliskiej Sokółce zakładów naprawczych obuwia dla wojska cofającego się spod Smoleńska. Dzięki temu syn mógł mieć w końcu ojca, który co tydzień przyjeżdżał rowerem do domu. Szewski fach kontynuował w domowym warsztacie, nie mogąc opędzić się od zamówień.

Jesienią 1943 r. Niemcy zlikwidowali w Krynkach getto, wywożąc Żydów do obozu przejściowego w Kiełbasinie pod Grodnem, a potem do krematoriów w Oświęcimiu i Treblince. Po kilku miesiącach gehenna objęła i resztę Krynek. Niemcy, wycofując się, podłożyli ogień, żeby jak najmniej dobra zostawić nadchodzącym Sowietom. Sokólska z chatą Janowiczów szczęśliwie ocalała. Kracio z matką w tym czasie ukrywali się w jedlinowych szałasach na mokradłach za Borsukowiną.

Jeszcze długo po wyparciu Niemców nie było pewności, czy Krynki pozostaną pod Sowietami, czy wróci tu Polska. Raczej skłaniano się ku temu pierwszemu. Nawet światli ludzie byli przekonani, że będzie jak za pierwszego Sowieta. Białystok zostanie w ZSRR – twierdzili profesorowie z Wilna, przenosząc swój uniwersytet aż do Torunia.

Ostatecznie do Krynek wróciła jednak Polska. Ale w okolicy długo jeszcze nie było spokoju. Nocami chodzili ludzie z byłego AK, dobierając się do kacapskiego dobra. W Krynkach zastrzelono kilku organizatorów czerwonej władzy i rozbito posterunek milicji. Wujek Kracia z chutoru Kłyszawka zginął męczeńską śmiercią, zamordowany wraz z żoną w leśnym zagajniku.

Jednocześnie odbywała się sławetna repatriacja. Na wschód wyjeżdżali prawosławni, poganiani przez „leśnych”, a stamtąd przyjeżdżali katolicy, czule witani przez księży. W Krynkach przedwojenne proporcje konfesyjne się odwróciły, prawosławni stali się mniejszością. Ale jeszcze długie lata prawie wszyscy rozmawiali po prostu. Tylko jeden z repatriantów ostentacyjnie od razu zaczął rozmawiać tylko po polsku. Okrzyknięto go przezwiskiem „Palaczyk”.

Szkolną edukację Kracio rozpoczął jako ośmioletni chłopczyk od razu od drugiej klasy, bo umiał już czytać i pisać. Po białorusku. Jesienią czterdziestego czwartego otworzono w Krynkach dwie szkoły – jedną właśnie białoruską, drugą polską. Białoruskie klasy wkrótce jednak zlikwidowano a ich uczniów przeniesiono do polskich.

Zaraz po zawierusze wojennej Janowicze postanowili przenieść się z doliny na pagórek – bliżej centrum. Konstanty skontaktował się z Żydem, który ocalał z niemieckiej pożogi i za niewielkie pieniądze nabył od niego plac ze zgliszczami przy obecnej Sokólskiej 9. Ruiny spalonej kamienicy podobnie jak całej żydowskiej zabudowy poszły na odbudowę Białegostoku i Warszawy (zgodnie z hasłem: „cały naród buduje swoją stolicę”).

Swój nowy dom Janowicze pobudowali tradycyjnie – z drewna. Budulec zgromadzili, zwożąc półlegalnie kłody z okolicznych lasów, na robociznę zarobili szewcowaniem i krawiectwem. Dom z weneckimi oknami – według niemieckich wzorów upatrzonych przez Konstantego w niewoli – stoi do dzisiaj. Syn Sokrat później go rozbudował i odremontował.

Po wojnie Krynki utraciły prawa miejskie. I chociaż nadal było tu gwarno, powstawały zakłady pracy, to wielu mieszkańców i niemal cała młodzież uznali, iż dalej nie ma im tu czego szukać i udali się do miast. Uczynił też tak Sokrat. Pomyślnie zdał egzamin do technikum mechanicznego w Białymstoku i wczesną jesienią 1950 r. odjechał furmanką z Krynek z myślą, iż na stałe tu już nie powróci. Po kilku miesiącach nauki dopadła go jednak gruźlica, przez co stracił cały rok szkolny. Kurując się w domu doszedł jakoś do siebie i wrócił do szkoły. Jednak już do technikum elektrycznego, uczulony na zapach smarów, zgrzytanie mechanizmów i bezduszność żelastwa.

Ucząc się matematyki, fizyki i ścisłych przedmiotów zawodowych, ani przypuszczał, że w niedalekiej przyszłości siądzie przy maszynie... do pisania. Po ukończeniu technikum popracował troszkę w wyuczonym fachu w kombinacie Fasty, gdy ściągnięto go do nowo zakładanej redakcji tygodnika „Niwa”. Trafił tam z „łapanki”, zdradziwszy swe białoruskie zainteresowania, próbując opublikować informator z nowinkami technicznymi i wysłać go do... Mińska. Prawdziwa Białoruś jednak wtedy ani mu się śniła. Po uszy tkwił w ruskości, której symbolem była cerkiew. O biało-czerwono-białych barwach narodowych i historycznym godle Pogoni dowiedział się dopiero przed pięćdziesiątką. W „Niwie” i Białoruskim Towarzystwie Społeczno-Kulturalnym rozbudzał i propagował białoruskość zgoła inną – raczej wiejską i w swym znaczeniu bardziej socjalną niż narodową. By nie narazić się linii programowej wszechwładnej Polskiej Zjednoczonej Partii Robotniczej, która wszak po październikowej odwilży dała mniejszościom spory margines swobody. Młodszy redaktor Sokrat Janowicz bez oporu wstąpił w szeregi PZPR, bo „takie były czasy”.

Redakcyjny kolega Kracia, Michał Chmielewski, rodem z podkrynkowskiego Południowego Ostrowia, wyswatał mu swą ziamlaczkę Tanię Chomczykówną, absolwentkę technikum budowlanego. Młodzi zamieszkali w służbowym mieszkaniu – klitce w przedwojennej kamienicy przy ul. Kilińskiego, z wychodkiem na podwórzu. Po dwóch latach otrzymali upragniony przydział dwóch pokoi z kuchnią w jednym z pierwszych białostockich bloków przy nowo wytyczonej ul. Skłodowskiej. Mieszkali tam czterdzieści lat, wychowując dwóch synów – Wiaczesława i Jarosława.

Sokrat Janowicz na etacie w „Niwie” pracował do grudnia 1970 r. Te blisko piętnaście lat dla chłopskiego syna pamiętającego przedwojenną nędzę były niby raj na ziemi. Miał przyzwoite zarobki i przywileje ówczesnej nomenklatury. Sielankę jednak przerwała intryga, zmontowana przez kolegę literata z ubeckim rodowodem. Janowicza z hukiem wyrzucono z partii i zwolniono z pracy w „Niwie”. Z powodu „wilczego biletu” 30 lat pracował tylko dorywczo, bo nikt na dłużej nie chciał go zatrudnić. By utrzymać rodzinę, pracował gdzie się dało – a to jako robotnik fizyczny przy zbijaniu desek, a to instruktor BHP i świetlicowy w domu kultury. W tych przyziemnych kłopotach niewiele pomogło mu nawet ukończenie wyższych studiów polonistycznych na Uniwersytecie Warszawskim, gdzie obronił dyplom mając już blisko czterdzieści lat.

Do samej emerytury utrzymywał się przede wszystkim z pisania książek i publicystyki. Nie zerwał nawet z „Niwą”. Dosyłał korespondencje, publikował artykuły, aż znów w latach 80. na krótko podjął tam pracę – na pół etatu jako redaktor techniczny przy nadzorze drukarskim.

Jego domowy budżet ratowały stypendia twórcze – nieraz roczne a nawet i dłuższe – oraz honoraria za wydane utwory, spotkania autorskie i publikacje prasowe. Za pieniądze zarobione na wykładach dla białoruskiej emigracji w Wielkiej Brytanii i USA wyremontował rodzinny dom w Krynkach, do którego sprowadził się z żoną w połowie lat 90., na stałe opuszczając Białystok. Wcześniej na krótko zajął się polityką. Jako przedstawiciel mniejszości białoruskiej kandydował w 1989 r. do Senatu, a potem był inicjatorem i pierwszym przewodniczącym politycznej partii Białoruskie Zjednoczenie Demokratyczne.

W ustawowym terminie, ukończywszy 65 lat, został emerytem. Nabycie prawa do emerytury gwarantowała mu przynależność do Związku Literatów Polskich. Po zmianie systemu politycznego, od początku lat 90. sam musiał jednak opłacać comiesięczne składki – prawie takiej samej wysokości co przyszła emerytura. Systematyczne niewielkie dochody miał wtedy tylko z „Czasopisa”, ile się dało pisał więc na zamówienie różnych redakcji i wydawnictw.

W 1999 r. wspólnie z redaktorem Jerzym Chmielewskim i malarzem Leonem Tarasewiczem Janowicz założył Stowarzyszenie Villa Sokrates, mające siedzibę w jego domu przy ul. Sokólskiej 9 i zaczął każdego roku organizować w Krynkach letnie Traialogi Białoruskie – międzynarodowe biesiady z udziałem pisarzy, tłumaczy i krytyków, mające na celu promocję literatury i kultury białoruskiej w świecie. Służy też temu redagowany i wydawany przez niego rocznik „Annus Albaruthenicus” („Год Беларускі” – „Rok Białoruski”) – periodyk skierowany do literackiej Europy.

Nadzwyczaj intensywne i niełatwe życie spowodowało, że Sokrat Janowicz zaczął mieć problemy zdrowotne. Najpierw – na początku lat 90. – lekarze wykryli u niego cukrzycę, a jakiś czas potem nieprawidłowości serca. Teraz codziennie musi sobie robić trzy zastrzyki insuliny, przyjmować stosy lekarstw i pozostawać pod stałą kontrolą lekarską.

Mimo to nie załamuje się, nadal jest aktywny, zawsze starając się być pogodny i życzliwy. Nie zwraca też uwagi na pojawiające się co jakiś czas oskarżenia pod swoim adresem – a to o antypolskość, a to o jakąś wrogą działalność. Pozostaje wierny białoruskiej kulturze i rodzinnym Krynkom. Wciąż jest doceniany i szanowany w Polsce, Europie i w świecie. Ukoronowaniem zasług było przyznanie mu w 2003 r. Nagrody im. Andrzeja Drawicza.

Rzeźbiarz słowa

Sokrat Janowicz jako literat zadebiutował wydanym w 1969 r. tomem „Zahony”. Zawierał on miniatury, wiersze prozą oraz opowiadania, nazwane potem przez krytyków „sokratkami. Powstawały one od końca 1959 r. i ukształtowały późniejszą twórczość literacką autora. Opisał w nich wiejsko-białoruski świat Białostocczyzny, wtedy jeszcze żywy, niezmienny od kilkuset lat. Pisarz uchwycił go w ostatnim momencie, bo dziś tylko tamte strofy są w stanie przywołać chociaż trochę owego wspaniałego i niepowtarzalnego klimatu, który gasł w oczach tłumnego pokolenia Janowicza – uchodźców ze wsi do miast.

W „sokratkach” widać ogromny twórczy wysiłek. Jak kiedyś publicznie przyznał – dał w nich z siebie wszystko. Tak dobierał słowa, by jak najgłębiej wnikały w opisywaną treść, a przy tym były niepowtarzalnie piękne. I takie jest podstawowe przesłanie całej jego twórczości. Swój manifest zawarł w jednej z najpiękniejszych miniatur poetyckich:

„Słowo białoruskie, ojczyzno moja! Mój śnie przy oknie u pachnących lip w pszczeli poranek. Puszczański szumie sosnowych okolic, radości gęsta, radości zielona. Niczym dzieciństwo – zawsze jesteś ze mną. Słowo matczyne, słowo – łzo! Trwogo wieczorów kochania, kwitnących czysto śród sadu junactwa. Szybkie spojrzenie wstydliwej czarnobrewy i bezsenności gwiaździsta. Losie wschodzący na nigdzie nie przekroczonym widnokręgu. Słowo rodzinne, mądry smutku! Szczęście nie uciszone, jaśniejące dorocznie wigilijną barwą na niebie przeznaczenia. Uczysz mnie niespiesznie żyć własnym życiem i wędrować szerokim gościńcem przez rozdane lata. Ty, jak szczery przyjaciel, nie porzucisz w biedzie.

Tobie tylko, białoruskie słowo, kłaniam się i wierzę.

Boże mój!

Religio moja!”

(przeł. Jan Czopik)

Pisanie w takim stylu wymaga przede wszystkim spokoju i skupienia. Miniaturę Фэст (Odpust) stworzył Janowicz wieczorem w łazience na... desce klozetowej. Tylko tam mógł się oderwać od gwaru dzieci i żony, przenieść się w świat poezji.

W 1973 r. „Zahony” ukazały się w polskim przekładzie pt. „Wielkie miasto Białystok”. Później część miniatur zostało też wydanych po angielsku w Londynie i po włosku w Wenecji.

Janowicz napisał dwie powieści – Ścianę i Samosieja. Ich fabuła koncentruje się wokół życia i problemów pokolenia autora – mużyków-wieśniaków osiadłych w Białymstoku w rozkwicie peerelowskiej epoki. Znajdujemy więc tam idyllę życia nowomieszczan w blokach, ale też ich strach przed srogą wszechwładną urzędniczą biurokracją, niesamowicie rozbudowaną, oraz zagubienie i niepewność jutra. Wiele tam wątków autobiograficznych – zgodnie z powtarzaną przez Janowicza zasadą, że cokolwiek by pisarz nie napisał, to zawsze i tak najwięcej napisze o samym sobie.

Obie powieści zostały napisane po białorusku, a następnie przetłumaczone i wydane po polsku. Tylko po polsku Janowicz w 1990 r. napisał Dolinę pełną losu. To również w dużej mierze książka autobiograficzna, skupiająca się na powojennych dziejach mieszkańców tytułowej doliny ulicy Sokólskiej w Krynkach. Nie jest to klasyczna powieść, raczej dłuższe opowiadanie, chociaż bez wyraźnej akcji i jednolitej fabuły.

W twórczości pisarza da się wyodrębnić specjalistyczny rodzaj literacki, jakim jest proza i eseistyka historyczna. Zapoczątkował go, wydany w 1979 r., Siarebrany Jazdok (Srebrny jeździec) – opowiadanie osadzone w okołobiałostockich realiach czasów powstania styczniowego 1963 r. Potem była gawęda historyczna Białoruś, Białoruś o tysiącletnich dziejach białoruskich. Rozszerzony i uaktualizowany jej wariant ukazał się jako wywiad-rzeka pt. Nasze tysiąc lat, napisany wspólnie z Jerzym Chmielewskim. W międzyczasie w podobnym stylu Janowicz napisał rzecz o Gródku – Duch hetmanów. W prasie opublikował też mnóstwo esejów historycznych. Wiele z nich ukazało się później w wydaniach książkowych, m.in. Terra incognita: Białoruś, Ojczystość, Пад знакамі Арла й Пагоні (pogadanki historyczne w radiu).

Sokrat Janowicz zaraz po książkowym debiucie w 1970 r. zaczął prowadzić swój dziennik. Impulsem stały się upokorzenia, jakich doznał w tamtym czasie i postanowił je zanotować dla pamięci. Tak zrodził się u pisarza nawyk regularnych zapisków. Na bieżąco odnotowywał swoje przeżycia, refleksje i – po kronikarsku – dokumentował własną twórczość i liczne wydarzenia, w których osobiście uczestniczył. Pierwszą porcję tych notatek, jak też swoje maszynopisy i korespondencję, zdeponował w Bibliotece im. Franciszka Skaryny w Londynie. Zawiózł osobiście, goszcząc w 1981 r. przez kilka tygodni w Anglii na zaproszenie białoruskiej emigracji. Obawiał się, że te prywatne zbiory mogą się dostać w ręce peerelowskiej bezpieki.

W 1987 r. fragmenty swych dzienników, z rocznym opóźnieniem, zaczął publikować w „Niwie”. Dziesięć lat później ukazały się one w wydaniu książkowym jako „Дзённікі: 1987-1995”. Zapiski z następnych pięciu lat zostały wydrukowane w periodyku „Termopile”, wydawanych od 2001 r. przez Białoruskie Stowarzyszenie Literackie „Białowieża” pod redakcją prof. Jana Czykwina.

Dopełnieniem dzienników stała się napisana w oparciu o nie autobiograficzna książka pt. „Не жаль пражытага”, drukowana wcześniej w odcinkach w miesięczniku „Czasopis”. Obszerne jej fragmenty dla nie ukazującego się już kwartalnika „Regiony” przełożył na język polski pochodzący z Wołkowyska warszawski pisarz Eugeniusz Kabatc.

Sokrat Janowicz to najbardziej znany w świecie polski Białorusin I nie tyle jako literat i publicysta, co człowiek – instytucja. Białoruska instytucja narodowo-kulturalna. Bo Janowicz ze swą pozaliteracką działalnością jest przede wszystkim strażnikiem narodowej pamięci. Sam pisarz stara się akcentować nade wszystko swój dorobek twórczy. Bo na Białostocczyźnie – także wśród Polaków – nie ma drugiego autora, cieszącego się podobnym uznaniem. Jego nazwisko widnieje w elitarnym słowniku biograficznym „Pisarze świata”.

Z tą popularnością nie idzie jednak w parze poczytność. Nie tylko dlatego, że literacko pisze Janowicz głównie po białorusku, bo jego twórczość chętnie i na bieżąco przekładają Polacy. Ale współczesny świat coraz bardziej wrogi jest każdej twórczości, kultura przechodzi stopniowo w cywilizację.

Pisarz z Krynek zdaje się tym nie przejmować. „Nie czytelnicy są dla mnie najważniejsi, tylko to, co piszę” – twierdzi. Może tak kontestować, gdyż w annały literatury wszedł już na stałe. I wystarczy mu, że jego nowy utwór przeczyta ot jakieś kilkadziesiąt osób – redaktor, korektor i garstka czytelników. A to przecież norma w dzisiejszej literaturze. I tu nasuwa się retoryczne pytanie Czesława Miłosza: „Czym jest poezja, która nie ocala narodów i ludzi?” Dla największych pisarzy i filozofów bezdyskusyjne było i jest, że dzieła, które nie nauczają, nie zmieniają świata, nie ocalają narodów i ludzi, są twórczymi porażkami.

Jednak we współczesnej białoruskiej rzeczywistości są to wyzwania ponad ludzkie siły. Dlatego Janowicza niektórzy nazywają białoruskim Syzyfem. On sam nie ukrywa, że białoruski naród jest na skraju przepaści. Pogodził się, że w nowoczesnej formie raczej już się nie ukształtuje. Przejdzie w kąt historii, wzorem wielu innych narodów, po których dziś ostał ledwie ślad gdzieś w zakurzonych archiwach. W jednym z wywiadów powiedział: „Na Białorusi mało już jest Białorusinów. Scenariusz najbardziej prawdopodobny: Białoruś jako resztówka po ZSRR, gdzie w dalszym ciągu budowane jest „świetlane jutro” zamiast porządnie wziąć się do roboty, przekształci się w rosyjską prowincję, wtedy jej los będzie losem prowincji, głuchego okręgu administracyjnego wyssanego przez moskiewskie centrum. A to jeszcze bardziej osłabi i tak kruchą tożsamość Białorusinów Podlasia, którzy zamiast małego narodu Europy staną się spolszczonymi mieszkańcami kraju z ruskimi korzeniami (o czym mało kto zresztą zechce pamiętać)”.

– Trzeba cudu, by stało się inaczej – mówił latem 2004 r. do uczestników Trialogu Białoruskiego. – Ale cuda się zdarzają – dodał, przypominając powstanie Republiki Białoruś po zadziwiającym upadku z dnia na dzień Związku Radzieckiego.

Jerzy Chmielewski