Aktualny język artykułu: PL

Świątynia natury. Leon Tarasewicz nagrodzony

Leon Tarasewicz został uhonorowany najbardziej prestiżowym wyróżnieniem przyznawanym polskim malarzom - nagrodą imienia Cybisa. Wiąże się z nią wystawa, której towarzyszy okazały katalog. Prace tegorocznego laureata można więc oglądać do 5 września.

Od dyplomu Leona Tarasewicza (ur. 1957) na warszawskiej ASP upłynęło 15 lat i od tamtego momentu malarz nieustannie odnosi sukcesy, wystawia w najważniejszych muzeach świata. Nadal jednak mieszka we wsi Waliły pod Białymstokiem. Od trzech lat dzieli czas na tygodnie poświęcone pracy pedagogicznej w warszawskiej ASP i na miesiące spędzane w pracowni w Waliłach.

Do pracy twórczej Tarasewiczowi niezbędny jest kontakt z naturą. I to nie z egzotyczną, ale swojską, surową w barwach i kształtach. Malarz obserwuje pejzaż rodzinnych stron o każdej porze dnia, przy każdej pogodzie. Niejako wtapia się w przyrodę, oddycha jej rytmem, tropi mechanizmy cyklicznych przeobrażeń natury. Swoje odczucia oddaje na gigantycznych płótnach, malutkich obrazkach i przedmiotach; w kompozycjach namalowanych bezpośrednio na ścianach galerii, na kolumnadach specjalnie wzniesionych w wystawowych salach.

Tarasewicz wykreował nową "formułę" pejzażu. To krajobraz doprowadzony do znaku, malarskiego skrótu pozbawionego jakichkolwiek detali. Artysta najczęściej komponuje obrazy z powtarzających się, prawie identycznych kształtów. Niektóre wyglądają jak smukłe, wysokie pnie drzew, inne przypominają przysadziste choinki, jeszcze inne sprawiają wrażenie stada ptaków frunących pod niebem. Jedne kojarzą się z zaoranym, pobrużdżonym polem, inne z trawiastymi, kwietnymi łąkami. Są też takie, które przywodzą na myśl prześwietlone słońcem liście w koronach drzew. Zawsze są to przedstawienia z pozoru zawieszone w bezkresie, pozbawione linii horyzontu. Niekiedy zdaje się, że deseń złożony z drobniutkich, gęstych plamek nie ma nic wspólnego z krajobrazem. Można też zastanawiać się, co łączy z naturą pasiaste malowidło, wykonane na kolumnach wzniesionych według projektu Tarasewicza w galeryjnych salach. Zadziwiające, ale bez względu na formę, prace Tarasewicza zawsze odbiera się jako iluzję przyrody. Żadnej realizacji nie nadał też tytułu. - Słowa zostawmy tam, gdzie są najpotrzebniejsze - uważa malarz, równie oszczędny w rozmowie, jak w pracy twórczej.

W Domu Artysty Plastyka Tarasewicz zaprezentował skrótowy przegląd dotychczasowych dokonań. Zaproponował też nowe rozwiązania. W jednej z sal wybudował szeregi kolumn i pokrył je horyzontalnymi pasmami w dwóch kolorach, fluorescencyjnym żółtym i ultramarynie. To kolejna wersja wcześniej już budowanych "świątyń przyrody". W drugim pomieszczeniu stworzył fresk bezpośrednio na podłodze: żółto-fioletowo-pomarańczowy "pasiak", zakomponowany równolegle do okna. Dopełnieniem prac wkomponowanych w architekturę galerii są "zwyczajne" obrazy na płótnach. Najstarsza praca powstała w 1972 roku - to pierwszy olej Tarasewicza. Jest kompozycja z roku 1981, z pierwszego studenckiego pleneru; jest również obraz z dyplomu. Niewielki wybór obrazów zamykają najnowsze poliptyki, namalowane w tym roku.

Całość składa się na ciekawą, zróżnicowaną prezentację. Bo Leon Tarasewicz postarał się, by ta wystawa laureata odzwierciedlała jego drogę twórczą.

26.08.1999
Fot. Sune Nordgren