Zmień język artykułu: BEAktualny język artykułu: PL

Subiektywne spojrzenie na Białostocczyznę

POCZĄTEK
Na początku, jak zawsze, było słowo .Słowa tworzyły zdania. Zdania tworzyły artykuły. Z artykułów i innych materiałów drukowanych składano gazetę " Niva".
Gruchotała "pierastrojka", powstawały nowe organizacje, szła fala protestów przeciwko przeprowadzeniu linii metra nad Górnym Miastem, fala tak niezależnej, jak i innej prasy zalała miasto. A ja wróciłem z wojska i zaprenumerowałem tą zagraniczną gazetę wydawaną w naszym języku. I wtedy zrozumiałem, że gdzieś tam za granicą są ludzie, którzy rozmawiają i żyją po białorusku, którzy mają swoje święta, radości, problemy...
Nasz bus przejechał granicę i znaleźliśmy się na formalnie polskim terytorium. "HURA"! - zagrzmiał niestrojny chór głosów. Po raz pierwszy znaleźliśmy się za granicą. Dla nas, wówczas, to bajkowe wyobrażenie zagranicy lśniło neonami, wznoszącymi się wysoko wieżowcami, huczało tysiącami różnokolorowych samochodów. Na Białostocczyźnie zobaczyliśmy coś innego - wsie, miasteczka, które różniły się od tych spod Mińska jedynie dlatego, że krócej były pod władzą "czerwonych". Zresztą różnica trzydziestu lat to dość znacząca sprawa, dlatego i różnica była znaczna. Jednak my nie czuliśmy się jak na obczyźnie. Większość ludzi rozumiała białoruski, a część nawet z nami po białorusku rozmawiała. Zdawało nam się wówczas, że na Białostocczyźnie ludzie mówią z silnym polskim akcentem, przez tą wymowę zdarzało nam się nawet dopytywać o co im chodzi. Oni z kolei uważali (chociaż taktownie o tym nie mówili), że my mówimy językiem, na który okrutnie odcisną swe piętno język rosyjski.
Należy wspomnieć, że zaproszono nas wówczas na jakiś festiwal, który nazywał się "Święto piosenki białoruskiej" (może plączę nazwę, ale brzmienie było podobne). I nazwa i to co na festiwalu się odbywało przypominało nam nasz rodzinny, ale nie lubiany Związek Radziecki, z którego dopiero co wyjechaliśmy. Konferansjerka, wykonawcy, kapele ludowe - wszystko zgodne z tradycją sowieckich świąt. Ze swoją rockową muzyką wyglądaliśmy na imprezie jak białe wrony.
Po występie podszedł do nas Sokrat Janowicz i, powiedziawszy coś odnośnie nauki ojczystego języka, podarował nam dwutomowy podręcznik języka białoruskiego wydany w Ameryce.
W młodości niektórzy ludzie (stwierdzam to na własnym przykładzie) uważają się za mądrzejszych od reszty. Przyjąłem ten bez wątpienia kosztowny prezent, ale w duchu pomyślałem: "Język to ja znam dobrze. Po co mi to. Niech lepiej Białorusini w Ameryce, a ściślej ich dzieci się uczą". Pomyślałem tak również dlatego, że niewiele wiedziałem o Sokracie Janowiczu. Wiedziałem, że jest taki pisarz na Białostocczyźnie, ale cóż to dla mnie białoruski pisarz! Mój ojciec - pisarz, matka - poetka, a tych pisarzy to ja się naoglądałem - utalentowanych, beztalenci (większość), pijaków i KGB-istów, wioskowych i miastowych - przez całe dzieciństwo na nich patrzyłem. Poza tym my - mieszkańcy stołecznego Mińska, gdy zobaczyliśmy Białostocczyznę, utożsamialiśmy ją z prowincją. A cóż dobrego może być na prowincji! No dobrze, może, ale jakościowo gorsze niż u nas.
Oczywiście celowo groteskuję swoje snobistyczne przemyślenia, żeby wywołać w tobie bracie (siostrzyczko) jakieś emocje przy czytaniu tego eseju - chce się, żeby czytelnik nie był obojętny. W rzeczywistości moje przemyślenia i odczucia były bardziej złożone i skomplikowane. Nie jest to jednak powieść na 200 stron, więc słuchaj dalej.
Po roku znowu trafiłem na ten festiwal w składzie zespołu "NOVAJE NIEBA". Oprócz "NIEBA" obecni byli i inni goście z BSRR. Była to orkiestra M.Finberga. I ta orkiestra bardzo organicznie wpisała się w stylistykę festiwalu, tylko że zamiast "Dzień dobry Mińsk", czy coś innego z komunistycznej klasyki, śpiewali "Lublu nasz kraj" i inną klasykę narodową.
Patrzyłem na to i beznadziejnie plątałem się w swoich odczuciach. Więc - myślałem sobie - w takiej Kanadzie, w Stanach - zbiorą się Białorusini, posłuchają "Lublu nasz kraj" i na drugi dzień znowu do pracy - do banku, na budowę, do fabryki, do biura...i, z jednej strony, cóż w tym złego? A z drugiej - tak było i wiele lat temu - żadnego rozwoju. Jak zawsze "nasz kraj", jak zawsze ludowe albo pseudoludowe śpiewy, łapcie, wąsy, słomiane kapelusze, płacz za "staronkaj rodnaj, harotnaj naszaj". Lata, dziesięciolecia mijają, a tu nic się nie zmienia.
Tak myślałem ja - mieszkaniec wielkiego rosyjskojęzycznego miasta, większości mieszkańców którego również postrzegała Białoruś przez pryzmat powyższych atrybutów. No, chyba że kojarzyła się ona z pisarzami; w odczuciu przeciętnego człowieka pisarze to ludzie w słusznym wieku, siwi, mądrzy i rozmawiają po białorusku. Im rozmawiać po białorusku można... bo to pisarze. Do nas więc, długowłosych młodzików z przekłutymi uszami, gdy rozmawialiśmy na ulicach swojego rodzinnego Mińska, ludzie odnosili się z podejrzliwością i wrogo - co to za zjawisko, dziwne jakieś?!
Zresztą i białoruscy tradycjonaliści, ci pisarze na przykład, odnosili się do białoruskiego rocka ze źle ukrywaną wrogością. Utożsamiali oni rock z pornografią albo z awangardą.
Białoruskie Towarzystwo Społeczno-Kulturalne zaprosiło nas wówczas na te święta pieśni białoruskiej, jak mi się wydaje, celowo, aby wręczyć nam dyplom, gdzie byłoby napisane, że zespół "MROJA" jest laureatem międzynarodowego festiwalu w Białymstoku. Zrobiono to specjalnie po to, aby polepszyć nasz byt w papierkowo-biurokratycznej Białorusi, gdzie jakikolwiek, tym bardziej zagraniczny, dyplom znaczył dość wiele. Jednak dosłownie po paru miesiącach na Białoruś spadła jak grom z jasnego nieba (niezasłużona, niezapracowana, nieoczekiwana) niezależność. Do władzy doszli demokraci, a białoruski rock stał się niemal oficjalny. Dyplomy i wyróżnienia przestały być potrzebne i nawet KGB nie było już takie straszne.


BASOWISZCZA
Ale nie tylko BTSK-a coś robiło. W 90 roku nagle eksplodowało "BASOWISZCZA" - pierwszy białoruski festiwal na białostocczyźnie. Mam na myśli NASZ białoruski festiwal, bo organizował go BZS (Białoruskie Zrzeszenie Studentów), a i atmosfera na nim była odpowiednia: masa entuzjazmu, wiele impetu, mało pieniędzy, dużo radości. Grupy rockowe grały w Boryku, na starej drewnianej platformie do tańczenie. Zebrali się ludzie z całej okolicy - spotkać się z przyjaciółmi, napić się piwa, gorzałki, zagryźć i posłuchać muzyki. Tak wyglądał dzień, w którym występowali bardowie. Gdy na scenę wyszły zespoły rockowe, las zmienił się w jeden wielki plac do pogo. Przyjechały autokary z Mińska, Grodna i niespodziewanie zacząłem spotykać na Basowiszczu ludzi, których nie widziałem od bardzo dawna; na przykład Sierhieja, który rozpisywał cerkwie na Białostocczyźnie. Kiedyś razem się uczyliśmy, a spotkanie było prawdziwą niespodzianką. Podobnych spotkań było mnóstwo. Tutaj nagle do mnie dotarło, że ci wszyscy ludzie, których wcześniej poznałem przy różnych okazjach, rozmawiają po białorusku, chociaż wcześniej, kiedy utrzymywaliśmy bardziej ścisłe kontakty, po białorusku nie mówili. Temu tematowi poświęciłem niewielki oddzielny rozdział i jeżeli Cię on interesuje - możesz przeczytać, jeżeli nie - śmiało pomiń.
Później było jeszcze 10 Basowiszcz. Z biegiem czasu entuzjazm zanikał, impet malał, byli studenci pozajmowali posady w różnych organizacjach. Okazało się, że białoruskość może być zawodem, źródłem dochodu. Zmieniali się organizatorzy, zmienił się festiwal. Pojawili się duzi sponsorzy, ale organizacja festiwalu pozostała po studencku nieprofesjonalna - na każdym kroku pojawiały się problemy: a to mała moc sprzętu nagłaśniającego, a to szkoła, w której mieszkali muzycy znajdowała się zbyt daleko od miejsca festiwalu, ciągłe niezadowolenie zaproszonych wykonawców...
Zresztą, co do tego niezadowolenia, to ile już razy słyszałem od różnych znanych wykonawców z Mińska sakramentalne słowa: "No, koniec! To już ostatni raz! Więcej już tu nie przyjedziemy!". Ale mija rok i znów ciągną się przez granicę autobusy z nietrzeźwymi muzykami, i znowu, wytrzeźwiawszy trochę, muzycy występują, i znów wszystko się kończy sakramentalnym "No, koniec! Nigdy więcej!". Do tego braku konsekwencji wszyscy się jednak przyzwyczaili. Ja zdecydowałem, że więcej w druku negatywnie na temat tego festiwalu wypowiadać się nie będę (trzeba tylko powstrzymać słowa, bo ciężko jest Białorusinowi nie wypowiedzieć się o czymś negatywnie). Wiele o tym myślałem i sądzę, że logicznym było by tak: nie podoba się - nie przejeżdżaj. I kiedy Mińscy muzycy pierwszego gatunku będą mogli pozwolić sobie na rozkosz na Basowiszcza nie przyjechać, wtedy wejdziemy w nowy etap rozwoju białoruskiego rocka.
Dla młodych zespołów "Basowiszcza" to wabiąca zagraniczna gwiazda szczęścia, marzenie, pragnienie. Wydaje im się, że występ na Basowiszcza to start do błyskawicznej kariery. Dlatego specjalnie z myślą o Basowiszcza młode zespoły piszą białoruskojęzyczne teksty i w wielkim stopniu dzięki Basowiszcza język białoruski w rocku to teraz normalne, a w pewnym sensie prestiżowe zjawisko. Problem jednak w tym, że organizatorzy Basowiszcza nie przyjeżdżają na koncerty młodych kapel do Białorusi, nikogo nie zapraszają do konkursu. Dostają się ci, którzy są najbardziej uparci. Przyjeżdżają na własne ryzyko, bez pieniędzy, z nadzieją na otrzymanie jakiejś nagrody. Ostatnio grupie EXIST się udało. Grand Prix. Może ich przykład natchnie kogoś innego. Warto byłoby jednak ażeby organizatorzy, jeśli faktycznie są organizatorami, w jakiś sposób zorganizowali ten proces.
Ostatnie "Basowiszcza" swoją jakością nagłośnienia, oświetlenia i większości wykonawców odpowiadało światowym festiwalowym standardom. Chociaż może mi się tak tylko wydaję, bo nie musiałem, jak to wcześniej bywało, nocować na zakurzonych materacach w Gródeckiej szkole razem z pozostałymi zaproszonymi białoruskimi "gwiazdami" (dalibóg, zupełnie jak studenci, chociaż większość dawno już nie w studenckim wieku). Nie przyszło mi się, co przedtem było normą, przejeżdżać granicy z przygodami, stać 8 godzin na odprawie celnej, a na następny dzień ,z ciężką głową i pragnieniem wyspać się, grać koncert. Tym razem przyjechałem tydzień wcześniej, zatrzymałem się u Leona Tarasewicza, w noc przed koncertem normalnie spałem i występ stracił coroczną ekstremalną formę.

LONIK
Lonik był dla naszych plastyków i muzyków postacią legendarną. Plastycy o narodowej orientacji mieli mało wspólnego z awangardą w sztuce.. Lonik był dla nich dziwnym odkryciem - abstrakcja i Białoruś w jednym. Jego sztuka jest bezsprzecznie cenna i wartościowa - może to zauważyć nawet nieuzbrojone oko artysty o tradycyjnej realistycznej orientacji. Z pośród moich znajomych artystów-plastyków nikt o twórczości Lonika nie wypowiedział się negatywnie - mimo tego, że podczas nieobecności oponentów jeden na drugiego wylewali takie brudy...
Gdy przyjeżdżał do nas Lonik, to między pragnących się z nim spotkać "ludzi sztuki" szpilki nie można było wetknąć, a wszyscy mówili to samo. Byłem świadkiem jednego takiego spotkania: zebrali się w jednej z pracowni mińscy plastycy i czekają, zaraz wejdzie Lonik. Faktycznie, zjawia się, i to w towarzystwie menadżerki... Nasi plastycy zaczynają delikatnie, niezdecydowanym tonem, gubiąc wątki i myląc słowa, mówić o roli Lonika w sztuce białoruskiej i mimowolnie o swojej... Było to dość smutne i dla mnie, a podejrzewam, że także dla Lonika, nudne posiedzenie. Trzeba było jednak wytrzymać tak, jak wytrzymuje się obowiązkową rodzinną wizytę.
Lonik jest ściśle związany z mińskim zespołem "Ulis". Był z "Ulisem" na początku jego istnienia, jest z nim teraz, chociaż w ciągu 10 lat istnienia zespół zmienił się nie do poznania, a ze starego składu pozostał jedynie Słava Korań.
Moje pierwsze spotkanie z Lonikiem było nieprzymuszone, nieoficjalne i nieformalne. Podczas tej pierwszej wędrówki po Białostocczyźnie, o której była mowa wcześniej, otrzymaliśmy zaproszenie od Leona Tarasewicza do Walił. Przyjechaliśmy ze spóźnieniem i nieoczekiwanie spotkaliśmy tam cały "Ulis", który siedział w gościnnym i stopniowo "niszczył" napój i zakąskę. Lonik był akurat zajęty wykonywaniem piosenki "...Wsio ż taki wajna" i prawie nie zwracał na nas uwagi. Zrozumiałem wówczas, że priorytet ma tu "Ulis", a dla nas przeznaczona jest rola drugoplanowa. Podłe uczucie zawiści rozpełzło się po mojej młodej maksymalistycznej duszy, a ja zająłem się niszczeniem napoi, które zostały na stole, jak i tych, które przynieśliśmy z sobą. Lonik dawno udał się na spoczynek, a my wciąż walczyliśmy z trunkami. Osiągnęliśmy w tej materii pewne sukcesy... i to tego stopnia, że Ela Beziuk, która pilnowała w domu porządku, bez uprzednich sugestii i długiego wstępu (i tak nie byliśmy w stanie zauważyć) zaznaczyła, że wszyscy są zmęczeni i dobrze by było rozjechać się po domach, co nastąpiło.
Tak oto przy pierwszym spotkaniu z Lonikiem rozmowy między nami nie było. Za to później było ich wiele. Rozmowy były różne, w różnych miastach, o różnych porach roku, w różną pogodę i w różnych nastrojach. Opowiadać tu o nich nie ma chęci i sensu.
Lonik jest dla mnie człowiekiem-autorytetem. Jednym z niewielu, którzy łączą polityk(, sztuk(, białoruski grunt, awangard(, różnorodną wiedz(, ludową chytrość (czy też mądrość), bezapelacyjność sądów i subtelną dyplomację, gdy zachodzi taka potrzeba. Wiele łączy w sobie Lonik, trudno wszystko zliczyć. Zresztą nie trzeba, trzeba go znać.


BIAŁORUSKI - JĘZYKIEM STOSUNKÓW MIĘDZYNARODOWYCH
Moi znajomi głównie rozmawiają po rosyjsku. Dawno już u nas przeszła fala demokracji, białorutenizacji, prestiżu języka białoruskiego. Wszystko wróciło do sytuacji z lat 80-tych. Naród jest przekonany, że po białorusku rozmawiają pisarze i nacjonaliści, którzy organizują mityngi i rzucają w milicjantów kamieniami. Rozmawianie w Mińsku po białorusku nie przynosi prestiżu, a nawet bywa niebezpieczne. Milicjantom możesz się nie spodobać za długie włosy, a co dopiero za białoruski! Rozmawiasz po białorusku - jesteś potencjalnym demonstrantem. Dlatego nawet moi znajomi, którzy wcześniej rozmawiali po białorusku, teraz dla własnego bezpieczeństwa, czy po prostu podporządkowując się okolicznościom, przechodzą na rosyjski. Z obrzydzeniem zauważam coraz więcej rusycyzmów w języku dawno już mi znanych białoruskojęzycznych przyjaciół i ,co tu ukrywać, w moim.
W Białymstoku wszystko zmienia się diametralnie. Ani słowa po rosyjsku. Z wysiłkiem, przypominając sobie na wpół zapomniane słowa, nasi mińszczanie rozmawiają po białorusku, nawet ci, którzy nigdy nie mówili. Z jednej strony sprzyja temu nieobecność rosyjskojęzycznej większości, z drugiej po prostu chce się rozmawiać po białorusku. W Mińsku mało gdzie nadarza się ku temu okazja. No, BNF, ale większość moich znajomych nie jest członkami BNF i niewiele łączy ich z polityką. Na koncercie czy wystawie - te jednak zdarzają się dosyć rzadko. Na Białostocczyźnie wszyscy zapominają o mińskich realiach, mówią tak, że słuchać przyjemnie, doskonalą język. W ciągu trzech dni otrząsają się z mińskiego pyłu i wszystko brzmi jak powinno.
Ot, na przykład taka sytuacja: siedzimy w kuchni u naszego białostockiego przyjaciela, który w swoim normalnym życiu rozmawia po polsku i moi koledzy, którzy w swoich "normalnych życiach" rozmawiają po rosyjsku, prowadzą z nim długą, gruntowną rozmowę po białorusku. Dziwnie układa się los na przełomie wieków!


POLESZUCY I LIĆWINI
Mieszkając w wielkim mieście masz chyba tylko wyobrażenie o tym, że istnieją gdzieś Poleszucy, Lićwini, Jaćwingowie, Karaimi ... Nasz Mińsk to miasto ludzi, którzy pochodzą z wioski, ale wiejski kodeks wyrzucili na śmietnik żeby móc nazwać się "miastowymi". Miastowymi jednak do końca nie są. Słychać to w ich akcencie, widać po ich wyglądzie zewnętrznym.
W naszych wsiach życie toczyło się według dawno i nie przez nas ustanowionych praw. W czasach, gdy młodzi wieśniacy rzucili się do miasta, prawa te zostały jedynie dziadkom i babulom. Byli młodzi kołchoźnicy porobili się robotnikami, budowniczymi, kierownikami, pisarzami, kierowcami. Znikły wiejskie porządki, a zastąpiła je pustka. Współcześni przodkowie tych ludzi z wiosek rozmawiają po rosyjsku z ledwie zauważalnym akcentem, a ich wiadomości o rodowodzie sięgają jedynie do dziadka i babki. Teraz sytuacja wygląda tak: mamy wieś bez młodzieży, młodzież pędzi do miast. Mamy miasta z młodzieżą, która pojawiła się jakby znikąd, bo nie ma ani rodowodu ani pamięci.
Miasto to wielka mieszanina. Rosjanie mieszają się z Białorusinami, Poleszucy z Lićwinami, Ukraińcy z Żydami.
Dlatego było dla mnie wielkim odkryciem, gdy dowiedziałem się, że Białostocczyzna jest jakby podzielona według cech etnicznych. Po raz pierwsze usłyszałem to od pewnego pijanego literata, który zresztą jest literatem bardzo dobrym i pracowitym i zawsze zdawał mi się z grubsza inteligentnym. Ale przyjechałem do pewnego białostockiego mieszkania dość niespodziewanie. On był tam w gościach. Pijany. Biła z niego dosłownie fontanna krasomówstwa. I oto z czego składała się ta fontanna: "My, Poleszucy, jesteśmy głównym, najczystszym gatunkiem. My, to gówno - Lićwinów, pod ścianę będziemy stawiać. Jeszcze przyjdzie nasz czas! A was, sowietów, nikt tu nie zapraszał, bo wy jesteście zatruci bolszewicką propagandą, jesteście niczym. Niczego nie umiecie, po białorusku nikt z was normalnie nie rozmawia. Sposób w jaki mówicie to śmietnik, a nie język. Was razem z Lićwinami pod ścianę trzeba, albo zbudować wysoki mur wzdłuż granicy, żeby tu wami nie śmierdziało."
Wówczas zrozumiałem, że mają miejsce pewne antagonizmy. Ta fontanna literata wypłukała z mojej duszy wszelkie poglądy o prowincjonalności, "polskowatości" tutejszego języka, nasze miejskie wysublimowanie - wszystkie te śmieci, które właziły mi do głowy podczas dwóch BHKTowskich festiwali piosenki białoruskiej. W tym momencie zrozumiałem, że mamy dwie Białorusie - naszą i tutejszą. A i nasza również składa się z różnych: jedna - prawosławna, druga - katolicka, trzecia - unicka: to podział pod względem wiary. Są również różne Białorusie pod względem terytorialnym - Zachodnia i Wschodnia. Jest Polesie ze swoim językiem i zwyczajami. Białostocczyzna zaś - to jeszcze coś innego. Jej język różni się od naszego. Mentalność Białorusinów z Białostocczyzny różni się od naszej mentalności. Do tego dochodzi podział białostockich Białorusinów na różne klany i nurty - BHKT, BAS, ZBM, Radio "Racja" i wiele jeszcze innych, o których nie wiem i nie specjalnie wiedzieć chcę. Ileż zwad, wrogości, konfliktów między wszystkimi tymi organizacjami. Boże wszechmogący, myślałem, czyż nie można się zjednoczyć i żyć spokojnie! Jednak ta myśl nie była jedną z najmądrzejszych. Jeden z moich znajomych Polaków wypowiedział te oto sakramentalne słowa: "Nasi demokraci zaczęli się kłócić i dzielić po zwycięstwie, a wasi - gdy tego zwycięstwa nawet na horyzoncie nie widać". Dlatego na tle antagonizmów wśród naszych demokratów, podziałów w Narodowym Froncie, cichej wrogości w nurcie demokratycznym podczas najprawdziwszej wojny z reżimem, białostockie konflikty wyglądają się logicznie. Jednego tylko nie rozumiem - czy to naród jest skłonny do wewnętrznych konfliktów (gdzie ten mit o tolerancji i życzliwości?), czy to system demokratyczny wymaga tego od ludzi. Nie denerwuj się tylko, to mój osobisty pogląd na ten problem. Mogę też nie mieć racji.


EPILOG
Wróćmy do początku. Czytałem "Niwę". Czytałem rok, drugi, a potem tak oto zjadliwie pomyślałem: oto typowa gazeta dla mniejszości! Ja zaś jestem przedstawicielem większości, inteligentem (nie oburzaj się, moje myśli znowu przedstawione są w celowo zdeformowanej formie żebyś nie zasną (-ęła). Nie wypada mi czytać "Niwy", ale wypada czytać "Naszą Niwę" - wówczas gazetę dla inteligentów, literatów i innych przedstawicieli elit twórczych. Od tego momentu nie prenumerowałem i nie kupowałem "Niwy".
Na dzień dzisiejszy jednak w większym stopniu jestem radykałem niż inteligentem i demokratą, a "Nasza Niwa" zmieniła się, według moich subiektywnych odczuć, w gazetę dla białoruskojęzycznej mniejszości. Z tym że ta mniejszość znajduje się w granicach, jak na razie istniejącego państwa pod nazwą "Białoruś". Kolejny paradoks na styku tysiącleci!
Poza tym czytam i współpracuję z czasopismem "Czasopis". I teraz, dzięki Bogu, znam wartość Sokrata Janowicza w kontekście światowej, białoruskiej i innej literatury. A może po prostu zostawiłem za sobą młodzieńczy maksymalizm i nihilizm?
Zaproponowano mi napisanie tego eseju - wrażenia jakie wywarł na Białorusinie z centrum Białostocki kraj i od razu ,nie wiedzieć czemu, przypomniała mi się późna jesień, wioska Waliły, stoimy na ganku Lonikowej chaty, poletka, na horyzoncie las, mgła... I Lonik mówi: "A jednak piękne tu mamy krajobrazy!"
Niewiele piękniejszych rzeczy widziałem w swoim życiu. <br><br>

Lavon Volski, Mińsk


Tłumaczenie z języka białoruskiego - Igor Łukaszuk