Aktualny język artykułu: PL

Przeczekam tę niechęć. Rozmowa z Leonem Tarasewiczem

Monika Żmijewska: Za osiągnięcia w dziedzinie plastyki zostałeś właśnie nagrodzony Paszportem “Polityki”. Co daje Ci ten Paszport?

Leon Tarasewicz (artysta malarz rodem z Walił): Na warszawskiej ASP, gdzie prowadzę pracownię gościnną, przyjaciół mi to pewnie nie przyniesie. Mam za to nadzieję, że paszport ten wreszcie w jakiś sposób pomoże mi tu, na miejscu. Tak sobie myślę, że jest to paszport do Białegostoku... Cha, cha...

Tłumacz, proszę...

- Hmm... Jak to wytłumaczyć?... Każdy, kto czyta książki i jest dobrze wyedukowany, od razu będzie wiedział, że jeśli w Białymstoku ma powstać sztuka, to powstanie w kontrze do obowiązującej kultury, która tu w Białymstoku istnieje. To logiczne. Kto myśli logicznie, to wie, że sztuka, która miałaby powstać teraz przy rządach AWS-owskich, będzie taka, jaką robi Zbyszek Libera, Kasia Kozyra. Czyli bardzo kontrowersyjna. Wiadomo, że taka sztuka będzie atakowała obowiązującą kulturę. Taka jest też moja sztuka. Ale niektórzy tego nie rozumieją. Moja twórczość, a szczególnie osoba, zawsze w Białymstoku budziła kontrowersje. Kiedyś byłem potrzebny do propagandy. W czasach, kiedy kulturą zarządzała Maria Maranda, pomagała mi bardzo i była dobrze nastawiona do mojej twórczości. Nie wyjechałbym np. wystawiać do Korei, gdyby nie jej bezpośrednia pomoc w zdobyciu paszportu. Do dziś jestem za to wdzięczny. Ale później, niestety, przyszła taka sytuacja, że kontekst sztuki przestał jakby istnieć... A co ja zrobiłem? Po prostu z tego, co negatywne w tym mieście, stworzyłem pozytyw. W stosunku do tego, co się działo na Białostocczyźnie, w stosunku do tego, czego uczono w liceum w Supraślu, wreszcie w stosunku do wszystkiego, co było schematem. Ale niektórzy ludzie w Białymstoku nie za bardzo byli w stanie to zaakceptować i zaczęli mnie atakować. Zaczęto na mnie leczyć swoje kompleksy. A teraz, kiedy okazało się, jaką pozycję zajmuję w sztuce, to każdy chciałby, aby było odwrotnie.

Wielu przeszkadzała Twoja białoruskość...

- Tak... Żadna z atakujących mnie osób nie może sobie uświadomić, że ta moja białoruskość ma podstawowe znaczenie w kształtowaniu mnie takim, jakim byłem i jestem. I że wręcz na tacy podaję jakby nowy wariant temu miastu w przeddzień wejścia do Unii... Wiadomo, że sztuka jest tym, co przełamuje granice, stwarza nowe przestrzenie, które niekoniecznie muszą być przez społeczeństwo zaakceptowane. Sztuka jest wroga w stosunku do kultury. I gdybym ja był przepisowo kulturalny, to nie siedzielibyśmy dziś przy tym stole. Dawno leżałbym w domu pijany, a żona kładłaby spać dzieci do łóżka... Niestety, teraz nawet moi koledzy, z którymi kiedyś robiłem rewolucję białoruską na naszych terenach, traktują mnie jak wroga, nie rozumiejąc, że ja zajmuję się po prostu sztuką i jej granicami, a oni bronią swoich uznanych pozycji. Obecni białostocko-białoruscy notable atakują Sokrata Janowicza, mnie, Jurka Chmielewskiego, Jurka Osiennika. Nie wiedzą, że przez atakowanie tych najbardziej aktywnych podcinają swoje własne korzenie. To wróży smutno. Boli, zwłaszcza że część tych ludzi ja wychowywałem. Boli zwłaszcza Sokrata Janowicza, który załatwiał im pracę i byt... Tragedia polega na tym, że tym atakującym się wydaje, że wiedzą wszystko.

Ale Białystok chyba nie jest Ci już do niczego potrzebny?

- To fakt. Tym bardziej śmieszna jest blokada prasy. Oszczercze teksty w “Kurierze Porannym” obrócą się i tak przeciwko niemu, bo pokazują, jaka w Białymstoku panuje atmosfera i uświadamiają fakt, że ludzie nie są jeszcze przygotowani do życia w Unii, nie cieszą się z wielokulturowości... Problem ludzi, którzy mnie atakują i sztukę, jest problemem tych osób, które muszą do pewnych rzeczy dorosnąć. Kiedy ludzie nie wiedzą, czym jest sztuka, wtedy atakują to, co gnije, czyli w swoich decyzjach pokazują swoją chorobę, a nie moją. To wszystko tylko przynosi szkody miastu i polskiej kulturze, ale widać na tym etapie tak musi być. Z drugiej strony jednak w danym miejscu nie powstaje artysta za artystą... Na szczęście jest coraz więcej młodych ludzi, którzy zaczynają rozumieć pewne rzeczy.

Czy jesteś zadowolony z tego, co zrobiłeś w sztuce?

- Jeśli chodzi o laury, zdobyłem prawie wszystko co można... Przyznam, że nigdy nie myślałem, iż znajdę się w takiej sytuacji. I jest się chyba z czego cieszyć. Moje obrazy wiszą po różnych galeriach świata. Wystawa retrospektywna, która przysługuje raczej nieboszczykowi. Profesura na warszawskiej ASP. Nagroda Cybisa. Pracownia malarska, którą prowadzę. Prestiżowa nagroda “Polityki”. To wszystko mnie cieszy. Właściwie wszystko, co stworzyłem, jest zrobione przez tych, z którymi miałem kontakt. Ja to tylko wyartykułowałem.

Niedawno przeczytałem coś szalenie kretyńskiego w pewnej książce. Napisano tam, że to, iż jestem Białorusinem, mieszkam na wsi i wystawiam w miejscach ważnych - jest typowe dla postmodernizmu. Uśmiałem się strasznie, wcześniej zupełnie nie wiedziałem, że jestem postmodernistą i że moje tworzenie jest właśnie takim budowaniem. Gdyby ten autor pożył trochę w mojej skórze, to by wiedział, co to znaczy.

Zawsze stawałeś w kontrze do obowiązujących schematów...

- No tak, właściwie wszystkie rzeczy, którymi się zajmowałem, stwarzały nową jakość. Wszystkie po kolei były przełamywaniem ograniczających barier. Tak było z Bractwem Młodzieży Prawosławnej, w którym byłem, czy też tworzenie biuletynu informacyjnego w cerkwi... Gdy się okazało, iż tam się robi “Trybuna Ludu”, to się od tego odsunąłem. Potem było współtworzenie białoruskiego ruchu studenckiego i (razem z Jankiem Maksymiukiem) nowego czasopisma, w którym rozwijaliśmy nowe przestrzenie. Później po akademii powrót na Białostocczyznę i tworzenie Białoruskiego Zjednoczenia Demokratycznego, tworzenie w 1990 roku przez Białorusinów władz demokratycznych. Zresztą wtedy wszyscy przemilczeli fakt, iż na 20 mandatów 17 było białoruskich. Jak na tamte czasy - był to szok. Potem tworzenie gazety, którą nagradzano poza miastem, a omijano w prasie lokalnej. Tworzenie zespołu rockowego R.F. Braha, przełamującego wszelkie ówcześnie panujące schematy... Podobnie było z “Czasopisem”. Wraz z Jurkiem Chmielewskim i Sokratem Janowiczem stwarzamy nowy wariant “Czasopisu”, a atakuje go... redakcja pisma i poseł Jurgiel. Za pismem staje i Giedroyć, i Miłosz, a część ludzi z “Czasopisu”, m.in. Wiesław Choruży, Jerzy Kalina, Sławek Iwaniuk, występują z wnioskiem, aby Sokrata wyrzucić z redakcji... Taka paranoja, że człowiek czasem głupieje... Ale krótko mówiąc, te wszystkie prace były przełamywaniem pewnych barier.

A Twoja sztuka?

- A sztuka jest tą cudowną rzeczą, która te schematy przełamuje i stwarza nowe możliwości. I jednocześnie jest najtańszą i najłatwiejszą promocją regionu i państwa. Społeczeństwo, które sztuki nie ma, nie rozwija się i z wolna zjada własny ogon. Mądre władze sztukę kreowały - na przykład państwo niemieckie po wojnie stworzyło korzystny dla sztuki system podatkowy, otworzyło muzea sztuki współczesnej i przywracało tradycje. A jak przyszły lata 80. okazało się, że cała elita sztuki jest niemiecka.

W Twoim życiu ważne miejsce zajmuje Gródek i rodzinne Waliły.

- Waliły to mój świat białoruski. Dobrze się tu czuję. Mogłem, owszem, stąd wyjechać. Zamieszkać na stałe w Warszawie czy gdziekolwiek indziej, ale cóż ten wyjazd by mi dał? Mentalnie ciągle mieszkam w Waliłach. Ja po prostu jestem z tą ziemią zrośnięty. Od zawsze interesowało mnie wszystko, co związane z jej historią. W Paszporcie napisano, że tworzę na Kresach, na prowincji...

To nie jest prawdą. Gródek jest kolebką cywilizacyjną dla tej części Wschodu. Z Gródka powstał Supraśl, pod Gródkiem podpisano lokację Zabłudowa, a w Zabłudowie powstała pierwsza książka naszych ziem. Tu też powstał “Wierszaliński raj” Aleksieja Karpiuka, serdecznego przyjaciela mego ojca z dzieciństwa. To wszystko jest więc we mnie. Mam świadomość kulturową miejsca, dzięki której pozyskiwałem też świadomość polityczną. Nie było łatwo w sobie to odbudować, bowiem po wojnie nikt z inteligentów białoruskich nie przeżył. Nie mieliśmy normalnej historii Białorusi. Wyobrażasz sobie, że kiedy pojechałem w 1988 roku do USA, spotkałem się z emigracją i wymyśliliśmy sobie, że wspólnie spiszemy tę naszą historię? Miało to wyglądać tak: na Białorusi napiszą historię do unii, na Białostocczyźnie - od unii do powstania, a na emigracji od powstania do współczesności.

Musieliśmy pewne rzeczy odbudowywać od początku. Na studiach nawiązałem kontakt z prof. Jerzym Turonkiem, potem przyjaźń z Sokratem i innymi... Potem to wszystko zaczęło się scalać w taką sytuację, że każdy mnie przestrzegał: uważaj, co robisz, rujnujesz sobie karierę, po co ty mówisz, że jesteś Białorusinem? Ale jak można być twórcą i kłamać? Tych, którzy kłamali, już nie ma. Ja starałem się więc zawsze z negatywu robić pozytyw. Idę teraz więc dalej w tym kierunku. Teraz koncentruję się na tym, aby wydawać książki związane z kulturą Gródka. W tej chwili nawet dałem do tłumaczenia na polski książkę z 1768 roku przywiezioną z Wilna, wydaną przez Krzysztofa Chodkiewicza “Septem heroicus Chodkievicius”. Myślę, że choć w minimalny sposób pokazuję Białemustokowi, że te rzeczy, które są na wschód od Białostocczyzny - czyli pozostałości po kulturze Wielkiego Księstwa Litewskiego - to jest skarb, który trzeba wziąć w ręce i wzbogacić nim obecne państwo i szybko Europę.

Czego byś jeszcze chciał dla siebie, dla własnej twórczości?

- Aby było więcej środków z budżetu państwa na pracę na Akademii Sztuk Pięknych. Aby studenci mogli studiować, a prowadzący zajęcia nie musiał swojej pracy traktować tylko jako drugiego hobby. I chciałbym też mieszkać ciągle w Waliłach, spędzać w nich więcej czasu. Kiedyś miałem wielkie plany, np. chciałem stworzyć galerię sztuki współczesnej w lesie. Ale dopóki nie wyrośnie młode pokolenie, nie będę w stanie tego zrobić. Mogę to zrobić z dwójką, trójką ludzi, ale i tak wówczas każde moje działanie będzie przyjmowane wrogo. Ale przeczekam.

Kiedy jest mi już całkiem źle z tą niechęcią innych, jadę przez las do Sokrata Janowicza do Krynek, spotykam się z przyjaciółmi, gadam z Jurkiem Milewskim czy też jadę do Krakowa do Jerzego Nowosielskiego, który mi mówi tak: “Panie Leonie. Pan zrozumie, to jest wiejskie prawosławie”. I po raz kolejny zaczyna mi wyjaśniać pewne rzeczy.

Rozmawiała Monika Żmijewska, współpraca Urszula Arter, 2000/01/07