Aktualny język artykułu: PL

Prowincja jest koniecznością - rozmowa z Sokratem Janowiczem

Sokrat Janowicz Ur. 1936 w Krynkach. Ukończył filologię polską na Uniwersytecie Warszawskim. Prozaik, eseista, publicysta, autor reportaży w języku polskim i białoruskim. Współzałożyciel Stowarzyszenia Literackiego Białowieża. Wieloletni dziennikarz białoruskiego pisma Niwa. Obecnie sekretarz redakcji polsko-białoruskiego miesięcznika Czasopis. Współzałożyciel Stowarzyszenia Willa Sokrates, które mieści się w jego domu w Krynkach. Jeden z najbardziej znanych pisarzy białoruskich.

- Chciałbym porozmawiać z panem o prowincji. O prowincji jako miejscu, ale i kategorii kulturowej. O tym, co zwykle stawia się w opozycji do stolicy, do centrum. Z wszystkimi typowymi dla tej przestrzeni niezwykłościami. Bo jednak prowincja to miejsce osobliwe, inspirujące, miejsce trochę bliżej Boga... jakby fragment raju, który nam pozostał jak to określił profesor Pawluczuk. Myślę, że pański wybór był świadomy. Mieszkał pan przez wiele lat w Białymstoku, a teraz, od kilku już lat tutaj, w Krynkach.

- Tak, ale jest to powrót. Tutaj się urodziłem i ukształtowałem jako człowiek. Jestem panu wdzięczny, że zmusza mnie pan do rozmyślań o prowincji, bo nigdy przedtem nierozważałem o tym. Skoro już jest okazja... Z niejaką rozkoszą zaczynam się zastanawiać nad prowincją. Lepiej późno, niż wcale. Prowincja jest koniecznością. Tak jak mądrość i głupota. Głupotę należy cenić, ponieważ gdyby przepadła nam głupota, nie wiedzielibyśmy czym jest mądrość Prowincja jest więc koniecznością, jako że reprodukuje to, co nazywamy kulturą. Kultura sama w sobie nie jest twórcza. Jest właśnie reprodukcją. Kultura ludowa na przykład reprodukuje kulturę dworską. „Panowie" wymyślają różne folklory... A co to znaczy folklor? Nigdy nie usłyszałem definicji tego pojęcia. Mimo, że podejmowane są różne próby. To tak, jak w przypadku talentu. Wszyscy mówią o talencie, ale tak naprawdę nie wiadomo co to jest...

- Może w tym przypadku dobra byłaby formuła - „dar boży"?

- Na Boga można wszystko zwalić! On jest cierpliwy (śmiech). Ale to nie wyjaśnia sprawy. Prowincja, jak powiedziałem, wiąże się z koniecznością. Prowincja - nie mylić z geograficzną - to kultura, czyli transponowanie osiągnięć twórczych. Pan Tadeusz czy Ballady i romanse Adama Mickiewicza są odbierane szeroko. Ten odbiór składa się na prowincję. Jest przyjmowaniem czegoś, co powstało. Prowincja to warunek kultury jako takiej. Gdyby nie było tego, co nazywamy prowincją, kultura nie miałaby sensu. Byłaby sama dla siebie,"samowystarczalna. To byłby koniec świata, katastrofa, jako że bez prowincji świat jest niemożliwy.

- Czyli tzw. kultura to nie jest twórczość. To nie produkcja w sensie kreacji, ale reprodukcja? Nie wiem, czy dobrze pana zrozumiałem?

- Tak. Poeta, pisarz, malarz, aktor - kultura może interesować ich w kategorii satysfakcji. Oto mnie tam gdzieś powtarzają, naśladują. Kultura jako taka nie jest twórcza. Jest korzystaniem z twórczości innych. Mówimy - kultura polska, ale nie myślimy o Sieradzu, Hrubieszowie czy Śląsku, tylko o ^Mickiewiczu! Wajdzie, Miłoszu... Oni są twórcami tej kultury. Sama zaś kultura istnieje jako prowincja. Obojętnie gdzie.

- Więc nie są to te pokłady, z których się czerpie?

- Tak, nie są. Z prowincji, czyli z kultury niczego się nie czerpie! Prowincja, czyli kultura, jest konsumentem tego, co zostało stworzone. Ona tylko konsumuje. Jest to jak gdyby spółdzielnia spożywców Społem (śmiech). Gdzieś tam wyrabiają ser Jest majster, który zna receptury i tajemnice serów. Pod jego kierownictwem te sery są wytwarzane, a prowincja je kupuje i chwali.

- Ser trzeba zrobić z przyzwoitego mleka. Musi być dobry serowiec, żeby wytworzyć dobry produkt.

- Pewnie, ale przede wszystkim musi być talent. Surowiec zawsze, istnieje. Natomiast trzeba talentu, trzeba kogoś unikalnego, kto potrafi w surowcu dojrzeć tworzywo. Tworzywa wszędzie jest w bród. Tworzywo jest jak natura sama, jak klony na jesieni. Sypią nasieniem, które tylko gdzieniegdzie wykiełkuje. Tworzywo to poniekąd natura. Cos, co po prostu jest, jak materia, skały, świat... Świat był od zawsze, ale nie od zawsze było koło, czy łuk ze strzałami. Łuk pojawił się - niektórzy tak twierdzą i nie sprzeczam się z tym - 20 tys. lat temu. Genialny wynalazek.

- Musiał być jakiś geniusz, który go stworzył.

- Niekoniecznie jeden człowiek. Twórczość nie jest osiągnięciem tylko i wyłącznie jednostki. Dla rozwoju literatury potrzebne są całe rzesze grafomanów. Mówię o tym jako historyk literatury. W czasach Mickiewicza - w literaturze polskiej, czy w czasach Puszkina albo Lermontowa - w literaturze rosyjskiej, istniały setki, jeśli nie tysiące innych twórców. Pisali wiersze, mieli wzięcie u kobiet... O nich się dziś nie pamięta. Pamiętamy tylko ó Mickiewiczu, Krasińskim, Puszkinie i kilku innych. Literaturę można porównać do lasu. Las istnieje dzięki krzaczkom i podszyciu. Gdyby nie było krzaczków, chaszczy, nie urosłaby żadna sosna. Zadeptałyby ją owce. Sarny by pożarły, albo zniszczyłby je na wpółbarbarzyński człowiek. Dzięki chaszczom malutka sosenka może się uchować i wyrosnąć. Źle, jeśli w literaturze nie ma grafomanów. W Polsce jest ich cała dywizja (16 albo i więcej tysięcy poetów). To ważne, bo dzięki temu może zaistnieć coś wybitnego. Przyglądałem się kiedyś grupom literackim i pomyślałem sobie, że każda taka grupa kojarzy się z macicą, która rodzi jedno dziecko, czasem dwoje. Przeważnie jedno. Każda taka grupa urodziła jakiegoś wybitnego twórcę. W Białymstoku na przykład stał się nim Wiesław Kazanecki. W Augustowie pojawił się bardzo interesujący poeta - Bogusław Falicki. Zachodzi więc tu jakaś analogia. Jeśli literatura jest lasem i dzięki temu możliwe są wysokie sosny (wysokich sosen jest mało, bo one potrzebują przestrzeni), to coś takiego się dzieje również w przypadku prowincji. Prowincja jest takim buszem, w którym może zaistnieć jakieś „cudo". Na upartego można łatwo podzielić prowincję na: terytorialną i duchową. Prowincję terytorialną widzimy gołym okiem. Składają się na nią obszary, odległe od wielkich miast. Natomiast prowincja duchowa jest mniej postrzegalna. Tym niemniej, jeśli ktoś lubi myśleć, też ją z łatwością zauważy. Czym jest prowincja duchowa? To zapatrzenie na kogoś innego. Najlepiej na klęczkach...

- Zatem brak oryginalności, brak kreacji?

- Tak właśnie. Taka prowincja może być i w Warszawie, i w Nowym Jorku. W sensie terytorialnym nie. Duże miasta są przecież dużymi rynkami sztuki. Ktoś powiedział, że talenty się rodzą na prowincji, a marnują w stolicy...

- ...Ktoś inny powiedział, że talenty rodzą się w stolicy, a żeby się nie zdegenerować, uciekają na prowincję.

- Na jedno wychodzi. Co zawiera się w pojęciu stolica albo metropolia? Przede wszystkim rynek. Rynek ma swoje prawa. Rynek pogania... W pośpiechu, w gonitwie, nie sposób tworzyć. Tam zaczyna obowiązywać zasada towaru i ceny. Towar ma być np. na jutro. Nie chodzi o twórczość, chodzi o towar, o markę, o nazwisko.

- Geothe sześćdziesiąt lat pisał Fausta...

- ...Leonardo da Vinci malował swą Madonnę całe życie i podobno nie ukończył. Prowincja to nic innego jak kultura, a kultura to nic innego jak produkcja, czyli sztanca.

- Panie Sokracie, spójrzmy teraz na tę kwestię inaczej. Niewątpliwie jest jakaś hierarchia. Krynki w stosunku do Białegostoku są prowincją, a Białystok jest nią względem Warszawy, Warszawa zaś wobec Paryża; Paryż w stosunku do zachodniego wybrzeża Stanów Zjednoczonych czy Nowego Jorku... Popatrzmy na ten nasz porządek: Krynki - Białystok. Jak się pan czuje tutaj, w Krynkach? Mieszka pan na prowincji (w porządku terytorialnym). Jest pan jedną z niewielu osób w tym rejonie (chodzi mi o twórców) które wybrały peryferia. Czy służy panu to oddalenie od centrum?

- Tak, niewątpliwie służy. Cholernie służy... Plusów jest cały szereg. Po pierwsze - względy zdrowotne. To bardzo ważne! Żeby tworzyć, trzeba mieć zdrowie.

- Pamiętam pana, sprzed kilkunastu lat, kiedy przyszedł pan do III liceum, w którym uczyłem, na spotkanie z młodzieżą. Z laseczką... Ledwo pan wszedł na pierwsze piętro.

- Białystok by mnie zamordował! Poprzez ten rynek. Chociaż pierwotny powód powrotu do Krynek był brutalnie prozaiczny. W Białymstoku od pewnego okresu nie miałem za co żyć. Pomyślałem sobie, że nie będę uganiał się za przypadkowymi zarobkami. W Krynkach mam ojcowski dom, ogród i tu jakoś przetrzymam. Człowiek, który się w końcu wybija, zaczyna się od pewnego momentu znajdować w sytuacji wysokiej lebiody... w ogrodzie z równymi kartoflami, którą jakiś łobuz chce podciąć. Społeczności cechuje instynkt równania. Ma być step. Jeśli w stepie pojawi się otóż drzewko czy wyższa roślina, to każde „cholerstwo", nawet ten stepowy dziki pies, ma chęć jej obszczania (śmiech).

- Do pana nie podchodzą już tutejsze, to znaczy białostockie?

- Żeby mnie „obszczać" w Krynkach, trzeba wsiąść do autobusu, zapłacić za bilet, stracić pół dnia na podróż w tę i nazad, a jeśli ktoś ma auto, trzeba wydać na drogą benzynę... To jest zbyt czasochłonne, kosztowne.

- Można to zrobić na odległość, tzn. w Białymstoku. W Białymstoku może nawet łatwiej.

- Ale jeśli to będzie w Białymstoku, mogę tego nie usłyszeć! Tu chodzj o ten filtr odległości. W Białymstoku mieszkałem w śródmieściu, na ulicy Skłodowskiej. Miałem tam dwupokojowe mieszkanie. Miewałem po piętnaście telefonów dziennie i zdarzało się, że przebywało u mnie jednocześnie koło dziesięciu osób. I w ważnych sprawach, i w mało istotnych. Ktoś nie wiedział, co z sobą zrobić, więc przychodził do mnie. Nie było tam warunków do skupienia, a twórczość polega wszak na ciszy. W Krynkach natomiast mam same ważne wizyty. Tu nie ma wizyt przypadkowych. Od nowego roku są tu automatyczne telefony. Można zatem powiedzieć, że w nowy rok skończył się u nas XIX wiek. Prawdę mówiąc żałuję tego. Jeszcze przed rokiem siedziała na poczcie telefonistka i linia była ciągle przeciążona. Najpierw trzeba było dodzwonić się do niej. Wtedy odbierałem wyłącznie telefony superważne. Takie, że ktoś „stawał na głowie", żeby się do mnie dodzwonić. Teraz, gdy mam automatyczny telefon, zadzwonić może każdy... To mi się nie podoba.

- A jakie są pańskie relacje z sąsiadami? Czy nie traktują pana tutaj jakoś szczególnie, może trochę jak dziwaka?

- Pewnie tak. Myślenie ludowe jest następujące: jeśli wrócił z miasta do Krynek, znaczy że przegrał. Bardzo mi taka sytuacja odpowiada. Do przegranego nikt przecież nie przychodzi. To swoista manipulacja z mojej strony. Jestem w Krynkach człowiekiem, który nikogo nie potrzebuje. Ani oni mnie. Tak ochroniłem swą ciszę na skupienie.

- A czy Krynki rzeczywiście nie potrzebują pana?

- Może wójt... Prosi mnie czasami, żeby go podeprzeć swoim autorytetem.

- Nie chcę kadzić, ale Krynki są znane przede wszystkim z tego, że pan tu mieszka.

- Właśnie. Więc wójt się o tym dowiedział (śmiech). Ale dzięki Bogu, tylko wójt, i specjalnie nikt inny. Tu nie czytają gazet. Gazeta kosztuje tyle, co piwo. W gazetach mogą o mnie pisać ile chcą i co chcą. I tak w Krynkach dowie się o tym dwie, trzy osoby. Ci, którzy ze względu na swoje funkcje, muszą wiedzieć, co dzieje się w świecie. Zresztą, odkąd pojawiła się telewizja, sprzedaje się w kiosku ledwie kilka gazet, a nie jak dawniej - dwieście, trzysta. Jeśli pojawia się coś z moim udziałem w telewizji lub radio, o, to już jest wydarzenie! W dzisiejszych czasach nawet żebrak ma telewizor w domu. Każdy pijak ma telewizor. On przepije wszystko, nawet kaloryfery, ale telewizora nie. To jedyna prawda jaka mu została! Zyskałem więc tutaj przede wszystkim spokój i czas. Nigdy wcześniej nie napisałem tyle, co teraz. Nie ma we mnie tego „ciśnienia towaru". W obojętnie jakim mieście, w Białymstoku, czy gdzie indziej, zawsze wcześniej czy później trafia się w tryby rynku towarowego. Rynek to miejsce. Każde miasto miało i ma takie piekielne miejsce.

- Wydajecie Czasopis. Nawet przez jakiś czas w pańskim domu znajdowała się redakcja. Gdy wydaje się pismo, to trzeba coś tam robić na czas, mimo wszystko...

- Czasopis jest miesięcznikiem. Z moim doświadczeniem redakcyjnym i wiedzą, praca nad nim zajmuje mi trzy dni. Ktoś inny robiłby to może nawet przez dwa tygodnie. Jak w anegdocie. Zepsuł się facetowi na szosie samochód. Próbował sam naprawić, ale mu nie wychodziło. W końcu nadjechał ktoś z naprzeciwka. Zatrzymał się i zapytał o co chodzi. Zajrzał pod maskę. Dokręcił coś tam i silnik zaczął działać. Zadowolony właściciel samochodu pyta: Ile jestem panu winien?. Na to pada odpowiedź: Pięćset złotych. Facet oczy na łeb: Az tyle! Panie, przecież pan prawie nic nie zrobił! Tylko coś pan dokręcił!. Proszę pana, za tą czynność wziąłbym góra pięć złotych! - odpowiada jegomość - Ale to że wiedziałem, co dokręcić, to już kosztuje czterysta dziewięćdziesiąt pięć złotych. Uciekłem od tłumu, od gapiów, od różnych niepotrzebnych rozmów, od tego „zamulania" mózgu. Były próby wkręcenia mnie w jakieś akcje, propozycje nie do odrzucenia... Powoływano się na wagę społeczną... Na patriotyzm... Ot, taki szantaż.

- Wie pan, to ciekawe, gdy ktoś teraz chce się wybić, zrobić karierę, leci do miasta. Pan uczynił odwrotnie. Właściwie poza Krynkami nie ma w tej okolicy ludzi. Wszyscy uciekają, a pan wraca...

- Wróciłem, bo tutaj mam za co żyć. Lud pracujący wsi i miasteczek ucieka od siebie nie dlatego, że chce - lecz, że nie ma co jeść. Tak samo było ze mną do niedawna w Białymstoku... Inna rzecz, że ta moja obecna sytuacja jest w duchowym rozmiarze skutkiem całej mojej poprzedniej aktywności.

- Rozumiem, że nie ma pan kompleksu prowincjusza...

- Nie. Powiodło mi się. Jestem znanym w Europie autorem. Zresztą nie myślę o tym w takich kategoriach. Człowiek, któremu się powiodło, nie szuka winnych (śmiech). Kompleks prowincji jest także cechą nieudaczników. Chociaż nie jestem pewien tego, czy mi się powiodło w sensie ludowym. Nie zostałem przecież dyrektorem. Nie mam samochodu, sekretarki, kochanek... fury pieniędzy. Chyba jednak w socjologicznym sensie „mieć" - naprawdę nie powiodło mi się. Społeczeństwa dzikie rozwijają się w impecie „mieć", a kiedy już się „nażrą" (jak mówił Korwin Mikke), wtedy się zastanawiają, po co owo „mieć" (śmiech). U mnie nie ma choćby kompleksu chłopskiego. Być może dlatego, że moi rodzice byli zamożnymi w powojniu rzemieślnikami: ojciec szewcem, matka krawcową. Chodząc w Krynkach do szkoły, nigdy nie mogłem upilnować swojej kanapki z mięsem lub miodem. Proszę pamiętać, że w czasach mego dzieciństwa panowała ogromna nędza. Dzisiaj bezrobotny lepiej żyje. Do wczesnych lat pięćdziesiątych była taka oto „smuga cienia". Lepiej zrobiło się dopiero, jak ruszyła stalinowska czy komunistyczna industrializacja. Zaczęto rozbudowywać przemysł. Odbywało się to kosztem wsi. Miasta były zniszczone i wyludnione. Nastąpiła zmiana sytuacji demograficznej. Wyniszczenie ludności żydowskiej czy wyrzucenie Niemców z zachodnich ziem, to ładnych kilka milionów ludzkiego elementu. Należało tę wielkomiejską pustkę czymś zapełnić. Na początku lat pięćdziesiątych zaczął się exodus do miast. I to exodus niesamowity. Bieg wsi do miasta!

- Pan też wtedy uciekł?

- Tak, zaciekle zdałem egzamin do technikum elektrycznego. Miasto było jak „czarna dziura". Nikt stamtąd nie wracał. Ostatecznie wróciłem teraz tylko ja... No, jeszcze ktoś, bo wnukom trzeba oddać „blok".

- Jak Kochanowski do Czarnolasu...

- ...po rozróbach na dworze królewskim... Chodzi mi o to, że o prowincji mogę rozmawiać bez kompleksów. Ci, którzy mają jakieś kompleksy z tego powodu, nie będą mówić. Nie będą się nawet zastanawiać, ponieważ sprawiałoby im to przykrość. Brakuje im dystansu. Dla mnie prowincja to takie fajne cacuszko, które mnie interesuje. Ja z tej prowincji czerpię. Bardzo dużo... Jest to takie akwarium z rybkami. Nie utożsamiam się z żadną z tych rybek.

- Jest coś niezwykłego w prowincji, w mówieniu o prowincji, w opisach prowincji... Tkwi w niej jakaś metafizyka. Czy pan to też tak odbiera?

- Jest smutek, melancholia, nastrój... Mogę korzystać z prowincji, bo w niej tkwię. Nigdy nie wszedłem w tkankę wielkomiejską. Nie miałem szans. Białystok za moich czasów nie był miastem. To były takie wielkie „Krynki" czterdzieści lat później. Stokrotnie powiększone. Nic więcej.

- Wielkie miasto Białystok...

- Tak. To była ironia. Zresztą wymyślona nie przeze mnie, a przez mego tłumacza Jerzego Litwiniuka z Warszawy. Powiedział mi: Naczytałem się tych twoich opowiadań i znalazłem wspaniały tytuł - Wielkie miasto Białystok. Tu tkwi kpina z kompleksu. On wychował się wśród kopalń i kominów Śląska. Odczuł to moje pisanie bardzo ostro. Mówię do niego, że to „wielkie miasto" może mi powybijać zęby. On na to: Wstawisz nowe. Ale w Białymstoku wtedy, o dziwo, ironii nie odebrali! Potraktowano to jako błąd rzeczowy. Nazwałby pan na przykład - piękne, ale czemu wielkie? - dziwili się (śmiech). Przypomina to troszkę sytuację polskiej kinematografii. Jeszcze nie widziałem dobrego polskiego filmu o wsi. Z wyjątkiem Chłopów oczywiście. A filmów o tematyce wiejskiej jest przecież całkiem sporo. Nie wiadomo o co tu chodzi, ale jak polski reżyser weźmie się za temat wiejski, to w ogóle „nie kontaktuje" z tą wsią. Ma spojrzenie urlopowicza. Właściwie to może nie maco się dziwić. Trudno znaleźć reżysera, który pochodziłby ze wsi... Niestety, człowiek jest jak roślina. To, co wyrośnie, zależy od gleby. Jeśli nie wyrasta się na wiejskiej glebie, to nigdy dobrego filmu o wsi się nie zrobi. Owszem, udało się z Chłopami, ale to raczej zasługa Reymonta. Dobry był sam materiał. Wracając do mojej sytuacji, kompleks prowincji ewentualnie mogę czuć w Warszawie, na Śląsku, ale nie w Białymstoku. Według mnie Białystok dopiero staje się miastem.

- Tym, co sytuuje się w opozycji do kompleksu jest poczucie misji. Czy miał pan poczucie misji?

- Tak, miałem, a jakże! Pozbyłem się go - niestety - stosunkowo niedawno. Mogę nawet określić czasowo dość^ dokładnie, kiedy to się stało. Było to tuż przed powrotem do Krynek. Moje poczucie misji wynikało z wielu czynników. Pomijam motyw narodowościowy. Poniekąd oczywiste jest, że jak się pisze po białorusku, zwłaszcza za młodu, ma się poczucie, iż się odgrywa jakąś rolę... rodzaj misji. U mnie to poczucie brało się przede wszystkim z nabożnego stosunku do drukowanego słowa. Z całej tradycji społeczeństwa niedouczonego, społeczeństwa w którym, jeśli już znalazła się jakaś książka w domu, to było nią Pismo Święte albo Katechizm. Taka sytuacja to konsekwencja czasów, kiedy słowo drukowane było wielką rzadkością. Jeśli, mając dwadzieścia czy trzydzieści lat, pisałem opowiadanie, którego bohater był pijakiem, konstruowałem tę postać tak, aby spowodować, że będzie mniej pijaków. Żeby czytelnik, który przeczyta mój tekst, zmienił się. Moralizowałem niesamowicie, ponieważ wierzyłem w potęgę słowa. Trzeba było z mojej strony prawie całego życia, żeby zrozumieć, iż wpływ słowa pisanego - zwłaszcza literatury pięknej - na świadomość ludzką jest bliski zeru. Może dałbym jeden procent, ale to chyba byłoby za dużo (śmiech). Natomiast przemiany cywilizacyjne (ten przełom sprzed dziesięciu lat) spowodowały u mnie pewien szok. Kiedy znalazłem się po raz pierwszy na Zachodzie, w Anglii, zrozumiałem, że książka jest towarem, a nie - posłannictwem czy misją. Gazeta jest towarem. Jeśli pracując przy korekcie, w latach pięćdziesiątych, przepuściłem chociażby jeden błąd literowy, dochodziło do awantury na całą redakcję. Za karę odliczano mi od poborów jakąś tam sumę. Wtedy, w Gazecie Białostockiej, choćby niewinna literówka była nie do pomyślenia. Jak to, w prasie z błędami piszą! Teraz, gdy czytam gazetę, widzę tych literówek masę i zdaję sobie sprawę z tego, co się stało. Doszło do „utowarowienia" słowa. Gdy kiedyś otrzymywałem sygnalny egzemplarz swojej książki, przez tydzień nie mogłem z przejęcia jeść i spać... Tę książkę (zbiór opowiadań z ostatnich dziesięciu lat) otrzymałem wczoraj. I co? Leży sobie. Nie wzbudza we mnie choćby zadowolenia. To mnie niepokoi, mimo że wiem, iż poczucie misji wynika zawsze z zacofania cywilizacyjnego... Ze zbożnej chęci wydobycia się zeń.

- Panie Sokracie, cóż więc pozostało? Kompleksów pan nigdy nie miał, poczucia misji już pan nie ma. Co jest?

- Jest profesjonalizm. Gdy piszę teraz tekst, to go przetrawiam czterdzieści razy. Kiedyś tak nie robiłem. Od razu ogarniała mnie niecierpliwość, żeby biec z nim do ludu. W tym momencie lud mnie nie bardzo interesuje. Nie interesuje mnie również czytelnik, chociaż jeśli dowiaduję się, że gdzieś tam mnie czytają, jest mi miło. Ale przed czytelnikiem już nie padam na kolana. Bywa, czasem gdzieś na spotkaniu powiem, że wcale nie piszę dla czytelnika. Odreagowuję tamtą skrajność sprzed lat. Czytelnik dla mnie nie istnieje. Jeśli się pojawia, to niech już będzie. Nie odpędzam

- Ale, parafrazując Gałczyńskiego, chciałby pan swój ślad na drogach ocalić od zapomnienia.

- Tak, Chciałbym. Pod koniec życia mam tę świadomość, że zostanie po mnie wyłącznie to, co jest perfekcyjne. Czy wie pan, że był taki okres w Krynkach, iż zabrałem się do powtórnego napisania wielu swoich poprzednich rzeczy?

- Jak święty Augustyn...

- Gdy brałem do ręki którąś ze swoich książek, przychodziło nieprzyjemne zdziwienie: jak mogłem to tak napisać!

- Konwicki twierdzi, że nie wraca do swoich książek właśnie dlatego, żeby się niepotrzebnie nie denerwować.

- Dobrze robi! W ostatnią moją książkę nie wpatruję się zbyt mocno. To jest wybór moich rzeczy z ostatnich dziesięciu lat. Już dawno to przeżyłem. Teraz boję się - chyba jak Konwicki - że zobaczę coś, czego nie chciałbym dostrzec. Kiedyś bardzo zabiegałem o swoje interesy literackie. Teraz już nie.

- Pan „pracuje na niwie", niech zabiegają inni...

- (śmiech) ...W końcu, po pięćdziesięciu latach. Myślę, że misja to wiara. Wiara jest piękna. Boję się, żeby nie popaść w zupełny chłód. Mam świadomość, iż bardzo ważne jest, żeby mieć choć troszkę naiwności. Wiara jest właściwie naiwnością. Nie da się jej przecież uzasadnić. Czasami - na spotkaniach autorskich - zdarza mi się, że nie czuję żadnych emocji. Zresztą bronię się przed spotkaniami, żądając zaporowo wysokiego honorarium. Tylko widocznie dość nieskutecznie - bo czasami mi płacą (śmiech). Ale ów właśnie brak emocji jest dla mnie niepokojący. Ten chłód wynika zapewne z tego, że się dąży do perfekcyjności, a perfekcyjność wypłukuje emocje. Dane słowo podoba mi się, ale nie - muszę je wykreślić, bo jest niefunkcjonalne. Moje pisanie polega głównie na wykreślaniu możliwych do wykreślenia słów. Takich, bez których tekst ani drgnie, może się obyć.

Tekst pochodzi z książki: „Metafizyka prowincji”, Jan Kamiński, Wydawnictwo KARTKI