Aktualny język artykułu: PL

Pismo niepokorne. Rozmowa z Jerzym Chmielewskim

Robert Winnicki: “Czasopis”, wydawane w Białymstoku białoruskie pismo społeczno-kulturalne, wychodzi już dziesięć lat. Który moment w historii pisma był najtrudniejszy?

Jerzy Chmielewski (redaktor naczelny “Czasopisu”): Najtrudniejsze są zawsze początki. Pismo powstało na fali przemian demokratycznych w Polsce. W środowisku białoruskich studentów zrodziła się idea powołania pisma nie tylko w języku białoruskim, ale też w polskim o formule odmiennej od “Niwy” - jedynego wówczas periodyku dla mniejszości białoruskiej. Inicjatorzy starali się wzorować na nieistniejącym już miesięczniku “Kontrasty”. Moim wzorem był zmarły Jerzy Giedroyc, redaktor paryskiej “Kultury”, który był naszym wiernym Czytelnikiem.

Jak “Czasopis” jest odbierany przez Polaków?

- W Białymstoku obserwujemy pewną niechęć. Próbuje się nas zepchnąć tylko do kręgu mniejszości. Nie rozumiem tego. Choć ostatnio ze wzajemnym zrozumieniem jest trochę lepiej. Myślę, że duża w tym zasługa “Czasopisu”. Większość tekstów publikujemy też po polsku, aby dotrzeć tak do Polaków, jak i do białoruskich czytelników, którzy - z bólem to mówię - już języka pisanego białoruskiego nie znają. Procesy asymilacyjne się pogłębiają, co jest naturalne na styku kultur, na pograniczu językowym. Chociaż ma też inne przyczyny. Stan świadomości narodowej Białorusinów na Białostocczyźnie zależy też od uwarunkowań politycznych i stosunku do nas ze strony większości.

Jak układały się relacje pisma z lokalnymi władzami?

- Do 1998 r. nasza redakcja i redakcja “Niwy” mieściły się przy Suraskiej 1 na tym samym piętrze, co Zarząd Regionu “S”. W naszym środowisku “S” jest pojmowana jako ośrodek władzy w tym regionie. Pewien incydent, z połowy lat 90., charakteryzuje stosunki między naszym środowiskiem a białostocką prawicą. Nasz kolega, który pracował w “Niwie”, po pół roku wrócił z USA. Koledzy zgotowali mu “przyjęcie powitalne”. Tak się nieszczęśliwie złożyło, że działacze “S” przygotowywali się do manifestacji ulicznej. Ów kolega wieczorem idąc do toalety, potknął się i wylał kubeł z farbą na jeden z transparentów. Zrobiono z tego prowokację polityczną. Powiadomiono UOP, premiera, posłów. Nazajutrz działacze nieśli transparenty szkalujące tygodnik “Niwę” i mniejszość białoruską.

W ubiegłym roku poseł Krzysztof Jurgiel wystąpił do ministra kultury o cofnięcie dotacji pismu, zarzucając mu antypolskość.

- Żadnej antypolskości nigdy nie uprawialiśmy. W naszej obronie stanął wówczas m.in. “Tygodnik Powszechny”, Czesław Miłosz i “Gazeta Wyborcza”.

Który cykl artykułów “Czasopisu” wywołał największe kontrowersje?

- Ten o działaniach AK i innych formacji podziemnych w latach tuż powojennych na Białostocczyźnie. Niektóre z nich zmuszały do wyjazdu do ZSRR mieszkańców białoruskich wsi, mordowały Białorusinów, siały terror. Opisaliśmy zbrodnie dokonane przez oddział “Burego” w Zaniach i Zalesianach. Rodziny pomordowanych tam furmanów nie mogą doczekać się należytego pochowania szczątków i postawienia pomnika. Ten cykl przyczynił się do tego, że środowiska kombatanckie zaczęły domagać się zamknięcia pisma.

W ostatnim czasie prawosławny biskup Jakub zakazał rozprowadzania “Czasopisu” w cerkwiach, argumentując, że pismo obraża duchowieństwo. “Czasopis” stał się pismem wyklętym?

- Może nie wyklętym, ale źle odbieranym przez hierarchów prawosławnych, bo nie boimy się trudnych tematów, również tych, które dotyczą oblicza Cerkwi. Zwracaliśmy uwagę, że język kazań i ogłoszeń w Cerkwi jest anachronizmem. Hierarchom nie podoba się też, że na naszych łamach publikuje wybitny pisarz polsko-białoruski Sokrat Janowicz, który nie boi się mówić głośno o stanie inteligencji cerkiewnej. Z biegiem czasu Cerkiew zrozumie, że my jej nie szkodzimy.

Rozmawiał Robert Winnicki, 2000/09/22