Aktualny język artykułu: PL

Pisarz białoruski w powojennej Polsce (dylematy twórczości)

Jest regułą powszechną, iż przynależność do mniejszości narodowej oznacza wybór gorszego losu. Stwierdzenie to odnosi się głównie do jednostek mobilnych, wybijających się. Natomiast w wymiarze regionalnym, społecznym, uwaga ta nierzadko bywa bezprzedmiotową, ponieważ nie wykracza poza zwykłą konstatację, odnoszącą się do areału zamieszkałego przez mniejszość, zazwyczaj peryferyjnego w państwie i jaskrawo zacofanego gospodarczo i kulturalnie. Stąd oczywiste kłopoty z kształtowaniem elit, wysysanych przez centra krajowe. Działanie podobnego zjawiska obserwuje się i w skali globalnej, znanego pod skrótową nazwą drenażu mózgów, na przykład niejako prowincjonalność Kanady, nie mówiąc już o Meksyku względem Stanów Zjednoczonych.

Mniejszość narodowa, jeśli ogarniają ją tendencje emancypacyjne (popularnie określane mianem odrodzenia), niechybnie wytwarza w sobie psychologiczny immunitet obronny (pasuje doń pojęcie socjologiczne, formułowane obrazowo jako psychologia oblężonej twierdzy). Aspiracje ku własnemu rozwojowi zawsze uruchamiają działanie prawa akcji i kontrakcji. Jednakże, aby powstało takie obudzenie się, musi zaistnieć pewien warunek zasadniczy - względnie znaczący potencjał materialny, nasycony jakoś infrastrukturą nie zablokowaną w swej dynamice. W przeciwnym razie zamiast dążności do pogłębionego zakorzenienia się i rozkwitu, następuje eksodus ludności na tereny łatwo wchłaniające siłę roboczą oraz do aglomeracji przemysłowych. Daje to znany efekt żywiołowej emigracji, która zupełnie wyczerpuje zasoby ludzkie na danym obszarze, przekształcając go w martwe ekonomicznie połacie. Na przykładzie Polski widzimy to w jej pasie wschodniego przygranicza, sięgającego od Bieszczad aż po północne obrzeża Puszczy Augustowskiej, zyskując pejoratywne miano “ściany wschodniej". Wcześniejsze analogie zachodnioeuropejskie zdają się dotyczyć Bretanii, Irlandii, Galicji hiszpańskiej.

Zdaję sobie sprawę, iż są mniejszości narodowe egzystujące wyłącznie ^ diasporze, zazwyczaj miejskiej lub wielkomiejskiej. Jeżeli nie wykrystalizowały one własnych gett dzielnicowych, pełniących funkcje terytorium etnicznego, ulegają dość szybko zanikowi, chyba że doznają podtrzymania ^skutek dopływu świeżej krwi imigracyjnej (por. polskie Jackowo w Chicago czy nowojorskie kwartały hiszpańskojęzyczne). Proszę więc zatem traktować moje spostrzeżenie nie w kontekście mniejszości w ogóle, lecz tych, które dysponują swoją odwieczną “małą ojczyzną", wyodrębniającą się w mniej lub bardziej widoczny sposób z kompletem specyficznych problemów we wszelkich sferach życia. Taką osobliwość, w tym wypadku białoruską, stanowi Białostocczyzna; wyjąwszy jej zachodni ciąg gmin jako przykrywek wschodniego Mazowsza, no i sam Białystok poniekąd, miasto z przytłaczającą dominantą polską, chore na kompleks Paryża (aktualnie znajduje się w nim już prawie połowa mieszkańców województwa).

Stabilna mniejszość narodowa, a za taką uchodzi także białoruska, równolegle z przyswajaniem walorów polskich i światowych, tworzy kulturę własną. Konsekwencją tego jest stopniowe samowyposażanie się jej w zespół atrybutów cechujących każdą ukształtowaną narodowość. Z otchłani folkloru i odosobnienia cywilizacyjnego najpierw pojawia się twórczość literacka drugiej albo trzeciej generacji autorów, normująca się na poziomie zawodowstwa i osiągająca kontekst ogólnoeuropejski. Niemal jednocześnie i równie dobitnie wyłaniają się inne sztuki piękne, jak plastyka i malarstwo (np. Leon Tarasewicz spod Białegostoku, w tej chwili artysta o międzynarodowej renomie). Najtrudniej bywa z teatrem, bowiem nie daje się go rozwijać w oderwaniu od rodzimej widowni; nazbyt silnie warunkuje go stopień upowszechnienia wysokiej kultury w samej nacji. Następnie dochodzą do głosu talenty naukowe, techniczne, powołujące do życia organizacyjne struktury narodowe, nieczęsto w znaczeniu akademickim, a raczej w przemieszaniu z biznesem. W finale owego dojrzewania do podmiotowości wyłania się warstewka przywódcza i politycy profesjonalni. Koniec budowy piramidy.

Białoruska mniejszość narodowa w dzisiejszej Polsce tak właśnie z grubsza już wydoroślała. Jej pisarze jednakowoż jeszcze długo nie będą mogli pozwolić sobie na swoisty luksus kapłaństwa słowa. Czy chcąc tego, czy nie, są oni wprost popychani przez adresatów swej twórczości do odgrywania roli liderów narodowości, bycia sumieniem narodu. La bohćme jest źle widziana, bez cienia tolerancji; wręcz gorszy i oburza. Ów terror moralny zmusza do celibatu etycznego, przynajmniej pozornego. Fanatyzm cnoty, rzecz jasna, deformuje utalentowanie, ogranicza albo i degeneruje. Twierdza Białorusinów w otoczeniu Polaków spina osobowość w samodyscyplinie w imię nieartykułowanego otwarcie zawołania: “Nie damy się spolonizować!" Bardzo to zrozumiała postawa i dla innych mniejszości narodowych Europy, sądząc z wrażeń, jakie wyniosłem ze spotkania Pen-Clubu w słoweńskim Biedzie kilka lat temu.

Zagadnienie marginalności rynku czytelniczego dla pisarza z peryferii mniejszościowej kraju naturalnie łagodzą edytorzy odnośnego państwa za miedzą. Zaś w sytuacji twórcy białoruskiego nie przynosi to jakiejś w miarę dopełniającej satysfakcji z powodu nieomal całkowitego wyrugowania z powszechnego użycia naszego języka ojczystego przez imperialny komunizm. Nawet genialnie dobra książka białoruska nie jest rozchwytywana na Białorusi; dokładnie to samo spotyka sensacyjny kryminał. Język ten w odbiorze społecznym doznał bowiem wyobcowania. Trzeba lat i pokoleń, a także ogromnych zabiegów na skalę państwową, by przywrócić mu powszechną oczywistość. W odróżnieniu od dramatu słowa celtyckiego w Irlandii czy Italii, białoruszczyznę da się resocjalizować, ponieważ została ona wyparta przez mowę pokrewną i bliskoznaczną, w przeważającej swej części zrozumiałą także dla rdzennych Rosjan (Republika Białoruska czyni już takie starania).

Ten nieco przydługi wstęp uważam za konieczny dla właściwego naświetlenia samego tematu.

Pisarz białoruski w powojennej Polsce jest z zasady osobą po wyższych studiach, nie zawsze humanistycznych. W tradycjach literackich tego narodu, zwłaszcza w pierwszych dekadach naszego stulecia, postrzegamy prawie bez wyjątków wielkich samouków, którzy samotrzeć dochodzili niezbędnej wiedzy w tej dziedzinie. Wśród plejady młodej Białorusi i później, nie sposób wskazać kogoś z uniwersyteckim dyplomem. Nikłe przygotowanie warsztatowe i samoświadomość intelektualna musiały negatywnie rzutować na jakość utworów, nie bacząc na wysoką intensywność utalentowania. Czołowi poeci białostockiej “Białowieży" (Biełavieży) nie potrzebowali zmagać się z podobnymi ułomnościami i gremialnie służyli radą swym słabosilnym kolegom po piórze, dobijającym do świadectw ledwie maturalnych (doliczono się takowych do dziś około stu). Problem tkwi w czym innym: czy autor jest skazany na język rodzinny? Niektórzy poszli w polszczyznę, uważając, iż dokonują tym samym lepszego wyboru lub będąc przekonani, że wierność mowie przodków wymaga dźwigania ciężaru jakowegoś posłannictwa, rozpraszającego siły na dokonania pozaliterackie, a więc niekonieczne w osiąganiu artyzmu. Przepadli niczym kamień w wodę; nikt z nich nie zaznaczył się w literaturze, chociażby rokujący spore nadzieje w okresie debiutanckim Aleksy Kazberuk, Edward Jaroszewicz, Mikołaj Samojlik.

Interesując się pisarstwem europejskim, zwróciłem uwagę na znamienny dla mnie szczegół: brak w nim apeli do kochania wyrazu narodowego, fraz jak te moje — “Tobie tylko, słowo białoruskie, kłaniam się i wierzę. Boże mój! Religio moja!" Poecie języka francuskiego czy angielskiego zabrzmi to nieco dziwacznie, nie z tych czasów. Zapewne długo przyjdzie mi tłumaczyć mu, dlaczego u nas każdy wierszokleta zaczyna swe poezjowanie obowiązkowo od złożenia deklaracji mową wiązaną w swej bezgranicznej miłości do języka ojczystego, zaklinania na wszystkie świętości, by bronić go do ostatniego tchu, kończąc czasami i taką oto pogróżką, zapamiętaną z dorobku Jurki Traczuka:

“I zstąpi gigant Białej Rusi
I niczym zdrajców was wydusi!"
(przekł. własny)

Uporawszy się z kwestią językową na korzyść mniejszości, wykształcony aspirant pięknego słowa °d razu natyka się na bujne plątawisko następnych zagadnień, z którymi różnie daje sobie radę. Zadymanie się mianowicie na biało-ruskim, a z osobowością sformowaną przez - dajmy na to - warszawską uczelnię, której dzielnie sekunduje potem otoczka psychobytowa państwowości przecież niebiałoruskiej, ujawnia dylematy nieprzeczuwane wcześniej. W zestawieniu z którymi permanentna czujność wobec wślizgujących się do tekstu pisanego makaronizmów odpolskich, polonizmów słowotwórczych i stylistycznych, jawi się drobiazgiem usuwanym rutynowymi wieloczytaniami przed drukiem. Wybór języka okazuje się być wyborem świata, innego od optyki Polaka. Następuje konflikt dwunarodowości w jednostce, jak to określam.

Odtąd poczynają się zasadnicze dylematy twórczości, o których jeno sporadycznie miewa pojęcie autor, objawiający się w społeczeństwie większościowym. Jest czymś wielce prawdopodobnym, chociaż nie czuję się kompetentnym do przebadania tego, iż dotykam tutaj najgłębszych przyczyn klęski twórczej tych poetów, którzy — pozostając całym swym jestestwem Białorusinami - wmówili sobie, że nimi nie są. Można skrótowo dopowiedzieć: Polakiem trzeba się urodzić...

Zarówno treść jak i forma są w dużej mierze warunkowane tradycjami literatury narodowej, kodem kulturowym, i wszystkimi tymi znakami wywoławczymi, z których składa się najpierwsza odrębność, niejako porastająca powierzchnię osobowości białoruskiej. Pogrążenie się twórcy w jej otchłaniach, stwarza mu niewątpliwie szansę na natychmiastowy kontakt z czytelnikiem własnym, lecz w sytuacji jego małego wyrobienia i braku rozbudowanych elit intelektualnych grozi swoiste lenistwo umysłowe, niedalekie odejście poza barierę grafomanii. Jak gdyby deklasacja talentu, skarlenie go w plebejskich nizinach, pogodzenie się 2 minimalizmem artystycznym. Nie wszędzie jest to wyróżniane jako samoistne zjawisko; np. pojęcie pisarza ludowego w Polsce i w Rosji, pomimo wcale identycznego przejęcia państwowości stanowej, odbiera się diametralnie inaczej: w Moskwie jako najwyższy zaszczyt, i to od epoki Uwarowa, w Warszawie natomiast jako nieledwie przedsionek do świątyni sztuki.

To nie przypadek, że krytyka polska zalicza dorobek literacki białoruskiej mniejszości narodowej do nurtu chłopskiego (pomysłodawcą tego terminu stał się Henryk Bereza, najpełniej definiując go w swej książce Związki naturalne). Takie zaklasyfikowanie pisarzy “Bidavieży" irytuje ich z powodów całkiem innych, aniżeli, powiedzmy, Wiesława Myśliwskiego czy Stanisława Srokowskiego, których interesuje znalezienie się w panteonie literatury narodowej, a nie ria piedestałach pogardzanej wiochy. Polacy notorycznie umacniają nas w podejrzeniu, iż jesteśmy traktowani przez nich jako sympatyczni nieudacznicy, którzy zmierzają tylko okrężną drogą ku polszczyźnie, niczym dawni unici na Litwie marzący o zlaniu się z rzymskimi katolikami... Niechybnie dowartościują się ci prawie-Polacy. Wpędzani w kompleksy, produkujemy sobie pomniejsze, odpryskowe. Wzdrygujemy się wobec prób zamianowania nas literackimi wieśniakami, nienawidzimy pozowania a la mujic (muzyk); natrętnie tłumaczymy, komu trzeba i nie trzeba, że stanowimy naród, nie żadną odmiankę z sąsiedztwa. W końcu unikamy salonów warszawskich, owego odchamiania; aranżujemy swoje “obiady czwartkowe". Jest czymś zastanawiającym, jak mylnie interpretują nasze książki koneserzy znad Wisły i zarazem zadziwiająco trafnie nad Tamizą (zob. Shirin Akiner: Contemporary Byelorussian Writers in Poland).

Egzystujemy trochę jak obcy kraik w kraju, ukłucie dzikiej róży białoruskiej w piętę polską. Istnieją utwory, których nawet filobiałoruscy translatorzy nie zaryzykują tłumaczenia, niczym Tarasa Bulby Gogola czy Oszczercom Rosji Puszkina, a z naszego podwórca - Wrogom białoruszczyzny Kupały; nie wyobrażam sobie ukraińskiej wersji Ogniem i mieczem Sienkiewicza. Nie potrafiłbym inaczej napisać swą Białoruś, Białoruś, która stała się kamieniem obrazy dla Polaków, również z umysłowością o wiele przewyższającą nauczyciela gimnazjalnego. Etos kurnej chaty ciągle żywy w wierszykach “biełavieżców", chociaż ów desygnat mogą obaczyć obecnie jedynie w muzeach etnograficznych. I vice versa, niechaj sobie i skończony wsiok-Polak, gdy tylko dosiędze Pegaza, wnet wplata w poezje dworki łacińskie z powstańcami pod Orłem Białym, nie oglądając się wcale na Wierną rzekę i to, że insurgentów styczniowych wyłapywali kozacy przy ochoczej pomocy dopiero co uwłaszczonych Borynów, którzy jak ognia bali się odrodzenia Polski (zob. Józef Chlebowczyk: O prawie do bytu młodych i małych narodóiu. Kraków 1983).

Co jest rozwiązywalne w publicystyce, supła się w węzeł gordyjski w sztuce pisarskiej. Literatura mniejszości białoruskiej w Polsce nie jest wprost w stanie uniknąć chociażby podtekstów antypolskich. Nie wynika to z ja-kowegoś nieuleczalnego nacjonalizmu, bo ta patologia śród ludzi kulturalnych wywołuje zawstydzenie porównywalne z nabawieniem się syfilisu. Opowiadanie jednakże, to nie artykuł w gazecie i jeśli chce przeżyć swego stwórcę, musi zawierać w sobie jakąś prawdę o życiu. A białoruska prawda nie wszędzie przystaje do polskiej. Ot i kolejny dylemat twórczości, dać mu spokój i poszukać substytutu? Ale, w takim razie, czy będzie to literatura? Czy raczej kwilenie pięknoducha, tworzenie sobie a muzom? Jaki los narodu, takie i jego piśmiennictwo. Białorusin zawadzał Polakowi, nagły lokator w tym samym domu, żądający wydzielonego mieszkania. Pierwsza Rzeczpospolita runęła w proch i nicość w zamierzchłych wiekach, lecz jej duch, przestrzeń psychologiczna jeszcze trwa i upiornie straszy w za-wichrowaniach kryzysowych.

Kończąc powyższy wątek, posłużę się tezą młodego badacza z USA, Adama Zamoyskiego: nowożytna Białoruś wychynęła na świat Boży jako naród z narodu. Jeszcze dla dekabrystów i dla pokolenia Wstępnego Polska poczynała się tuż za Smoleńskiem, a już na pewno w Witebsku i Mohylewie. Białoruska mniejszość narodowa na dzisiejszej Białostocczyźnie tkwi częściowo w tak zastygłym czasie anachronicznym, z ciężkim kompleksem sierocości, którym nieprędko zachwieje emancypująca się pobok Republika Białoruska (nie ma czegoś takiego u sąsiadującej z nią mniejszości literackiej, czującej opiekuńczy oddech macierzy-Litwy). Dlatego w naszej twórczości literackiej niegęsto spotyka się odniesienia wszechbiałoruskie, jak gdyby nigdy i nie było pępowiny... Literaci emigracyjni na Zachodzie są bardziej mińsko-grodzieńscy aniżeli my, bowiem oni wynieśli ze sobą nielicho ważący bagaż ukształtowanej w centrum nade wszystko białorus-kości. U nas ruch białoruski doznał przerwy w powojniu, garstka inteligencji wyginęła w deportacji sowieckiej lub od kul poakowskiego podziemia, kierującego się stereotypem: Białorusin-komunista. Wystarczy powiedzieć, że zakładając u schyłku lat pięćdziesiątych koło młodoliterackie przy redakcji tygodnika białoruskojęzycznego “Niva" w Białymstoku, dość ogólnikowo i mgliście zdawaliśmy sobie sprawę z istnienia literatury białoruskiej; zaledwie paru legitymowało się wiedzą o niej w zakresie podręczników licealnych. Czekały nas studia i wielce spóźniona dojrzałość warsztatowa; Białystok był wówczas pustynią kulturalną, więc podzieliliśmy poniekąd los wspomnianych samouków, tyle że mniej marudnie i, wskutek uzyskiwanego wykształcenia, szybciej wchodząc w tajniki sztuki słowa (środowisko, decydujące o procesie literackim, urosło nam dopiero po latach). Niektórzy dostrzegali w tym nieszczęściu unikalną szansę na wytworzenie się wysoce oryginalnej twórczości, wolnej od obciążeń tradycją polską z jednej strony i rzeczywiście białoruską z drugiej. Czy miało wyjść coś w rodzaju nowej nacji, wciśniętej, niczym Luksemburg, pomiędzy przysłowiowymi młotem i kowadłem? Oczywisty infantylizm owej kalkulacji, bardziej może domniemania, już wtedy wzbudzał śmiech. Jednak nie przeminął bez echa, zachęcając umysłowo sprawnych koniunkturalistów do polity-zowanych dywagacji na temat zaistnienia oto podliteratury polsko-białoruskiej (tu następował dyskretny ukłon w kierunku władz warszawskich) lub białorusko-polskiej, co w przeczuciu innych powinno było mile uspokoić resortowych bossów na Kremlu, niepokojących się ewentualnością irredenty Białorusinów w przygraniczu imperialno--rosyjskim. Ostro zabrała się za nasze teksty cenzura, przy czym podwójna, bowiem każdą frazę najpierw analizowali spece z Ministerstwa Spraw Wewnętrznych, udzielając lub nie zgody na udanie się potem do terenowego cenzora. Spostrzegliśmy niebawem, że policyjni lektorzy nie zwracają najmniejszej uwagi na książki wydawane w przekładach polskich. Na przykład, przed laty moje dwie powieści, Ściana i Samo-siej, niemal bez zwłoki ukazały się - pierwsza w Olsztynie, druga w Warszawie; w języku oryginału zaś aż do dziś leżą w szufladzie (ostatnio coś tam obiecują mi w Mińsku). Bycie mniejszością w ogóle nie jest rzeczą przyjemną, wymaga charakteru i samozaparcia, odkrył Jerzy Lovell z zapomnianego “Życia Literackiego", autor Polski, jakiej nie znamy i pionier uobywatelniania mniejszości w czasie, gdy ministrowie premiera Mazowieckiego wspinali się po drabinie kariery gdzie indziej ani przeczuwając zawalenia się komunizmu.

Motyw urbanistyczny, miasto, dopiero pojawia się w literaturze białoruskiej, a w jej białostockim fragmencie zaznacza się jeszcze mniej, ledwie kiełkuje. Stanie się on bez wątpienia dominujący, lecz nie w takim stopniu, jak na mieszczańskim Zachodzie. Obserwowane tendencje zmian w strukturze społecznej naszej mniejszości narodowej wyraźnie wskazują na zahamowanie chłonności aglomeracji wielkomiejskich na rzecz szybkiego rozrostu ośrodków satelickich i miasteczek. Białystok uchodzi co prawda za centrum białoruskie, aliści urodzeni w nim wyrastają w zasadzie na Polaków, a ich dość często spotykana białoruskość jest deklaratywna, już nie etniczna. Jak dotychczas w “Biełavieży" odnotowano jednego autora, rdzennego białostocczanina, który jednakże inspiruje się kontaktami z nieodległym okolem rodziców (Jarosław Janowicz). Talent pisarski fermentuje w żywiole językowym, jeśli nie w ludowym wymiarze, to przynajmniej środowiskowym, co poświadcza spora plejadka naszych poetów wywodzących się z centrów powiatowych (np. Nadzieja Artymowicz z Bielska Podlaskiego). W omawianej sytuacji martwota kulturotwórcza migracji jest porównywalna z emigracją jako przemieszczenie się w obce otoczenie. Na tej płaszczyźnie nie widzę tu różnic.

Rustykalność w naszej twórczości literackiej jest wyczuwalna nawet w tekstach wybitnie nasyconych filozoficznością. Należy mniemać, iż pozostanie ona w piśmiennictwie białorusko-mniejszościowym także i wtedy, gdy ze świecą przyjdzie szukać autora o prowieniencji rolniczej; miasteczka bowiem wywyższają się standardem cywilizacyjnym, nigdy zaś odmiennym od dookolnego buszu widzenia spraw tego świata. Ale nie jestem pesymistą w tej materii i, jak żaden mieszczuch, czuję wzrastające znaczenie psychicznego kurczenia się kuli ziemskiej, czyli powstawania tzw. globalnej wioski. To na przyszłość jak gdyby. Teraźniejszość natomiast spycha nas niejako w anachronizm tematyczny; paroksyzmy płaczu po utraconej Arkadii sielsko-anielskiej czy tęsknota za chodzeniem boso bruzdą w czas orki końmi, stają się czymś niezrozumiałym również dla naszych miejskich dzieci, nie mówiąc o bliższej lub dalszej Europie. Poe-zjowanie takowe wymaga wręcz przypisów objaśniających.

Będziemy literaturą głębokiej prowincji? Ależ tak, i w tym jej niebagatelna szansa na niepowtarzalność! Proszę zwrócić uwagę na ubóstwo słownika i jego bezbarwność metaforyczną u ludzi z dużych miast. Przecież to znamienne pod wieloma aspektami odbioru człowieka przez człowieka nade wszystko. Słowo jako narzędzie, wielość jego i bogactwo zawsze rozkwitało gdzieś w ekologicznie czystej Barbarii, a pojmane tam i przywleczone na rynek kultury podlegało obróbce i wycenieniu. Pyszne łąki słownictwa są nie do pomyślenia pobok fabryk i biur. Cywilizacja pieniądza i towaru, niestety, uniformizuje.

Mówimy więc o zagrożeniach. O tych odnoszących się do każdego piszą-ce§o, przerastającego dziennikarza, któremu to w zupełności wystarcza niecały tysiąc form słownych (badacze prasy twierdzą, że około ośmiuset). Ale i o tych takoż, konsekwencją których może być zatracenie oblicza twórcy narodowego, stanie się pisarzem polskim języka białoruskiego. To daje się unaocznić przez powołanie się na efekt korka zanurzonego w wodę. Stosunkowo łatwo albo i podświadomie dokonuje się zaaferowanie zagadnieniami z całą pewnością decydującymi o losie tego zakątka zarówno w skali fizycznej jak i duchownej, lecz będącymi wytworem narodu dysponującego Państwem. Oczywiście, mam na myśli tutaj stronę fakturalną, budulec użyty do ekspozycji artystycznej, co jest kwestią tyleż odrębną jak i stanowiącą

o istocie związku przyczynowo-skutkowego (służebność faktu-treści względem formy i vice versa). Nie da się pogrążyć w głuchotę wobec Polski, ale trzeba uważać, by jej melodie nie zgasiły własnego orkiestrowania. Jeziora są ciekawe swymi zatokami; to je głównie zwiedzają turyści, by nie zanudzić się bezkresem tafli akwenu, monotonią rytmu fal. Nie dopuścić do wybetonowania brzegów, wyrównania linii - oto wspólnota interesów literatury białoruskiej mniejszości istniejącej poza literaturą polską, ale wchodzącej jako samoistny element do literatury Polski; białoruski podlos polskiego losu. Szufladkowanie podług przynależności państwowej? Czy ktoś ma lepszy pomysł?... Na ten przykład literaci bretońscy nie są francuskimi, lecz czyż nie reprezentują kulturalnej Francji? Ale, czy byliby postrzegani za takich, pisząc wyłącznie po francusku? Zapewne tak, gdyby zadziałał syndrom z gatunku irlandzkiego, szwajcarskiego... Urywam, zresztą, ów ciąg dywagacji, merytorycznie niewiele wnoszących do dylematów białoruskich w Polsce.

Wracam do niedopowiedzianego porównania: spławik z drzewa korkowego podsuwa mi dobry skrót myślowy. Jest to znak na powierzchni widzenia, sygnalizujący pożyteczną głębinę. Bez wędkarza, jednakowoż to tylko złudny śmieć. Tak bywa ze słowem białoruskim, nie zakorzenionym w ojczystej glebie; niczym wyschły chwast, pomiatany przez wiatry i wichury. Ma ono rację bytu tedy jedynie, kiedy rośnie i kwitnie, i wydaje owoce. Jeśli zastąpi go inne - odmieni się widokowy krajobraz, zjawisko najmniej ważne, ale - i tu zdarza się dramat w przyrodzie - ulega degradacji ukształtowana przez epoki struktura bezpośredniego podglebia. Tereny porażone asymilacją bardzo długo nie ożywiają się, co wręcz podręcznikowo ilustruje obszar historycznego Podlasia na mapie literackiej Polski; niegdysiejsza gubernia siedlecka w paro-ksyzmie polonizacyjnym zdążyła wydać na świat nietuzinkową postać Mikołaja Janczuka z Komicy, jednego z pierwszych profesorów Uniwersytetu Białoruskiego, znawcy literatur wschodniosłowiańskich. I więcej nie rodzi dla kultury aż po dzisiejszy dzień, zanim nie zostanie ukończona do reszty rekultywacja zmierzająca do zlania się tego regionu z areałem etnicznie polskim zarówno językowego jak i psychicznego. Wchłanianie - to przede wszystkim trawienie, przyswajanie organiczne. Sama istota wszelkich praw, w tym i społeczno-kulturowych, polega na ich nieomijalności. Doświadczenia ludzkości w zakresie asymilacji kultur, pożerania jednej przez drugą, dobitnie nawracają do szekspirowskiego pytania “być albo nie być". Mniejszość zassana przez większość - to jeszcze mały dramat. O wiele większy rozgrywa się pod postacią wyjałowienia tak zaanektowanego obszaru, osadzonych na nim wartości humanistycznych. Kultura jest łatwo zni-szczalna, a raz unicestwiona już nie poddaje się odnowie, jak niepodobna przywrócić życiu zgładzony gatunek przyrodniczy. Nie wolno zabawiać się białoruską mniejszością narodową, niczym dziecko lalką; to przydusić ją, to wskrzesić, bo to prowadzi wprost do zgonu.

Pisarz białoruski w Polsce jako indywidualność artystyczna po prawdzie mało ryzykuje znalezieniem się w izolacji, prócz obiektywnie funkcjonującej bariery mowy. Jest mu odrobinę trudniej z tej racji, aniżeli typowemu dla kraju prowincjuszowi pióra. Taka opinia w niczym nie przeczy moim wcześniejszym wywodom, jako że mam na myśli jednostki unikalnie uzdolnione, owe niebosiężne sosny śród piśmienniczego poszycia, krzaków i choinek, bez których - dopowiem - niemożliwym jest las. Ów drobiazg literacki pozostaje bez szans wypłynięcia na szersze wody, chociaż, patrząc z przeciwległej - a więc polskiej - strony, czerpie on dla siebie nieporównanie większą satysfakcję na płaszczyźnie odbioru czytelniczego dzięki cyt. psychologii oblężonej twierdzy. To nie wpływa dobrze na poziom tekstów i wysiłek warsztatowy, popycha w epigonizm lub wręcz werbalizm, usługówość społeczno-polityczną. Pozaliterackie imputacje przywódcze banalizują talent, nadmuchują go powiatową genialnością, która pęka niczym bańka mydlana przy zetknięciu z prawdziwie rzeczywistą literaturą. Niestety, to zbyt częsty dramat autorów “Biełavieży", na szczęście dość prędko uświadamiany przez nich. Lecz stale obecny, migocząc w emocjach i umyśle niewyraźną linią horyzontu, odkreślającego niebo idei i ziemię życia; pomiędzy byciem twórcą a Białorusinem. Smutno mi, Boże, kiedy spoglądam na ruch polityczny, jaki uzewnętrznił się parę lat temu wśród naszej mniejszości narodowej: sami mini-Havlowie w nim. Zamiast pisać wiersze i opowiadania, gardłują bardowie na konferencjach partyjnych, przewodniczą jakimś grom, dowodzą podjazdami, pitraszą referaty i sprawozdania z działalności, o której po roku już nikt nie pamięta. Marnotrawią się... Być może jestem bezsensownie kategoryczny, zapominając, że nic nie powstaje w wieży z kości słoniowej, w oddaleniu od ludzi.

W którymś ze swych wywiadów prasowych skonstatowałem, iż stałem się pisarzem białoruskim wobec Polaków i, co więcej, dzięki nim właśnie. Zaskoczyło to i mnie samego. Zacząłem zastanawiać się nad mechanizmami mojego przypadku, węsząc jakieś odkrycie. Ale nie doszło do czegoś takiego. Dziennikarz, podsuwając mi takie pytanie, miał na uwadze skalę odzewu edytorsko-czytelniczego, ja zaś wnet zorientowałem się, iż idzie tutaj o zwykłą kolej rzeczy: utwór dowartościowuje autora, jeśli jest tłumaczony gdzie indziej, najlepiej za tą lepszą zagranicą lub przynajmniej okolicą; przyśpiesza docenienie go.

Wyczerpuje mi się lista specyficznych kłopotów pisarza mniejszości białoruskiej, wszystkie inne bowiem są takie same, niezależnie od narodowości i języka. Być może ktoś pomyśli, że nie za bardzo mamy co wybierać we własnych zasobach leksykalnych z powodu mniejszej przychylności matki Historii do naszego rozwoju. Żeby uniknąć i tej mielizny wykładania rzeczy na poziomie lekcji licealnej, odpowiem, że skoro znawca angielszczyzny i członek zarządu “Btełavieźy" Jan Maksymiuk kończy już swą kilkuletnią pracę nad białoruszczeniem Ulissesa, to nie ma problemu (ciekawostka biograficzna: jest on z wykształcenia fizykiem, a z powołania - no właśnie...).

Niejakie uczucie zabiedzenia wywołuje w nas nadmiar poetów i posucha rfa prozaików (o epikach jeno marzymy). Przesiadując nad lekturami powieściopisarzy z Mińska obiecujemy sobie solennie pójście w ich ślady, lecz cóż z tego, jeśli zbożne chęci nie są w stanie zastąpić potrzebnego utalentowania. Nasi docenci od historii literatury uspokajają “biełavieźan", że w końcu nie jest źle i że młodość zawsze jest liryczna, a dojrzałość sa-flna przyjdzie z biegiem lat i epok. Że się nie da przeskoczyć samego siebie - dotyczy to także i innych zbiorowości ludzkich, narodów - doświadczyłem

Z własnej woli na swojej skórze. Przejąwszy onegdaj się nikłą komplemen-ternością gatunkową dorobku literackiego w owym białoruskim fragmencie Polski, jąłem się pisania opowieści i powieści, dramatów i komedii, i jeszcze wypełnienia paru innych braków. Niektóre nawet wydrukowałem, co wyznaję dzisiaj z niemałym zażenowaniem, bo w większości okazały się one mało poradnymi knotami, wysilonymi tekstami (trudno być wierzchowcem będąc wałachem). Pocieszam się jednak tym, że chociażby i zbrodnia nie bywa tak do cna wyprana z jakowegoś sensu... Literatura, jej rodzaje, przecież wszędzie poczynały się grafomańsko nieudolnie; najpierw pojawił się Mikołaj Rej, a dopiero po nim wielki Jan Kochanowski, że nie wspomnę o wuju Puszkina i samym Puszkinie. Już nie jestem rozrzutny w swych dniach i nocach, rachuję je teraz skrzętnie po przekroczeniu półwiecza żywota; nie eksperymentuję, koncentruję się na tym, o czym na pewno wiem, że nie napracuję się z niewielkim pożytkiem dla siebie i reszty mojego świata. Ale stawiam sobie pytanie: czy ten mój obecny komentarz nie jest czasami podświadomym refleksem psychologii oblężonej twierdzy, w której stale dba się o pełny zestaw amunicji? A może stało się ze mną wówczas coś całkowicie zwyczajnego - próbowanie swych sił w różnych kierunkach, by wybadać najwłaściwszy, mnie jednemu pisany?

Wątpię także i w to, aby uprawnionym byłoby zaszeregowanie do dylematów twórczości, mojej i kolegów, również zastanawianie się nad tym, że słowo polskie w Polsce samo ciśnie się na usta i papier, zaś białoruskie trzeba specjalnie przywoływać. Jakby sztucznie to nie zabrzmiało, ale nie ja jeden postrzegam ów dodatkowy mozół budowania frazy jako plus, przez los zesłany uzupełniający wielce element filtru artystycznego. Wcale nie chuligańska w naszej sytuacji nachalność polszczyzny dzieła, niczym niespodzianie korzystny podmuch, wywiewający z przygarści ziaren białoruskich precz ostatnie plewy (łatwość komponowania zdań - abstrahując od genialnej dłoni - nieuniknienie zaśmieca go słownictwem zbytecznym, niepotrzebnotą leksykalną tzw. watą, niekiedy tolerowaną przy rymowaniu). To taka drobnostkowa według mnie uwaga na sam finał niniejszej wypowiedzi, którą pozwoliłem sobie zakończyć w tonie osobistym.


Białystok, luty-marzec 1991 roku

Tekst pochodzi z "Krasnogrudy nr 12", wydawca: Fundacja Pogranicze

Sokrat Janowicz