Aktualny język artykułu: PL

Oleg Łatyszonek

Mierząc NZS-ami, Oleg Łatyszonek to generacja sprzed pierwszego NZS (historia na UJ), Artur Smółko i Eugeniusz Wappa - drugiego NZS (historia na UW). Niezależny Związek Studentów (do którego należał Smółko) zawsze przeplatał się z białoruskością, a Białoruskie Zrzeszenie Studentów (do którego należeli Łatyszonek i Wappa) zawsze uczestniczyło we wszystkim, co robił NZS.

- W 1988 roku nie było jasne, na jakim zebraniu człowiek się znajduje, jeśli obok siedział nasz kolega Jaś Żabiuk, który wówczas był jednocześnie członkiem władz nielegalnego wtedy NZS i Białoruskiego Zrzeszenia Studentów - opowiada Artur Smółko.

Żabiuk prowadzi dziś prywatny biznes. Oleg Łatyszonek, Eugeniusz Wappa i Artur Smółko ugrzęźli w polityce. Iwan Antonowicz, minister spraw zagranicznych Białorusi, oskarżył niedawno tę trójkę dawnych działaczy studenckich o przygotowywanie białoruskiej opozycji do przejęcia siłą władzy na Białorusi.

Ośrodkiem dywersji według białoruskich władz, które wezwały w tej sprawie na konsultacje swego ambasadora w Polsce, ma być stowarzyszenie Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska Białoruś założone w Białymstoku. Na początku lutego działalność tego Stowarzyszenia zainaugurowali trzej przyjaciele - Wappa, Smółko i Łatyszonek oraz ich przyjaciel Marcin Rębacz. Opowiadają, skąd wziął się ten pomysł.

Zapytajcie o Artura

"Nasi Polacy" - mówi o Unii Pracy i Arturze Smółko Oleg Łatyszonek, Białorusin mieszkający w Białymstoku. Niewątpliwie energia Smółki w znacznym stopniu przyczyniła się do powstania Stowarzyszenia, wcześniej zaś do wyborczego aliansu z Unią Pracy.

W 1988 roku Artur Smółko był związany z ludźmi szeroko rozumianej "Solidarności". Wspomina swą ówczesną frustrację. Posiedzenie grupy roboczej w Szczecinie: on, młody człowiek, który chce walczyć z komunizmem z powodów "prawdziwych i wydumanych", obok legendy - Andrzej Słowik, Andrzej Gwiazda, twardzi antykomuniści, Wojciech Ziembiński i nieżyjący już mecenas Władysław Siła-Nowicki.

- Wysokie diapazony antykomunizmu, a mecenas Siła-Nowicki i Ziembiński przysypiają. Budzili się tylko na słowo "niepodległość" - wspomina.

Przekonania antykomunistyczne, a jednocześnie lewicowe, popchnęły Smółkę do Polskiej Partii Socjalistycznej. Wybór był między PPS Jana Józefa Lipskiego a PPS bliskim SLD. Smółko doszedł do wniosku, że bliskość SLD daje możliwość czynnego uprawiania polityki.

- Mój były kolega Ikonowicz, z akcentem na były, prezentował się wtedy jako antykomunista - opowiada.

Uznał, że można już przekraczać granice, ale bez odstępstwa od jednej zasady: czystych rąk. Tym, kto wydawał się wówczas odpowiednim partnerem był Włodzimierz Cimoszewicz. Twardo domagał się wyjaśnienia sprawy moskiewskich pieniędzy i roli, jaką odegrał w niej Leszek Miller. Wyglądało na to, że dystansuje się od aparatu PZPR. Oczarowanie zaowocowało książką wywiadem przeprowadzonym z Włodzimierzem Cimoszewiczem. Rozczarowanie przyszło podobnie szybko.

- Możesz uważać ich za socjaldemokratów, dopóki trzy razy nie zobaczysz w Sejmie Ireneusza Sekuły z wielkim cygarem i nie będziesz świadkiem reakcji na wystąpienie profesora Geremka, kiedy z ław lewicy słychać okrzyki "wracaj do swojej gminy". Klasyczne, lewicowe reakcje. Tradycyjne, sięgające 1968 roku.

Wiele podobnych odkryć wyrzuciło Smółkę z powrotem na pozycje antykomunisty. W okresie sprawy Oleksego był "zakonspirowaną głęboko na pozycjach Unii Pracy milczanowszczyzną", jego wystąpienia kapeenizowały Unię Pracy, a nawet spychały ją w stronę Ligi Republikańskiej. Kiedy nic jeszcze nie zapowiadało klęski Unii Pracy w wyborach, Artur Smółko wymyślił, że Unia powinna wspomóc Białorusinów. Dwunaste miejsce na krajowej liście UP zajął Eugeniusz Wappa, samorządowiec z Bielska Podlaskiego, przewodniczący Związku Białoruskiego w RP. Niestety, Unia Pracy przegrała. Artur Smółko wrócił do Białegostoku.

Żal za Unią, za demokratyczną

Bliższe politycznie kontakty między Smółką i Białorusinami nawiązały się dwa lata temu.

- Wtedy wstąpiliśmy na chuligańską ścieżkę - wspomina Łatyszonek.

Wiosną 1996 roku, kiedy na Białorusi prano ludzi, Artur Smółko w Warszawie (był posłem Unii Pracy) pomyślał, że coś z tym trzeba zrobić. To samo pomyślał w Białymstoku Oleg Łatyszonek i jego koledzy Białorusini.

- Aresztowali przecież naszych kolegów. Ale jak to u Białorusinów, wszystko długo trwa. Próbowaliśmy więc uzgodnić stanowisko w sprawie tej pikiety. Wreszcie Artur zadzwonił, zrobiło mi się głupio i poszliśmy.

Smółko:

- Zadzwoniłem do kolegów z Unii Wolności. Chodźcie z nami. Chodzi o demokrację, a demokracja jest chyba tym, czym Unia jest zainteresowana.

Unia Wolności protestowała w parlamencie, jednak jej białostoccy działacze pikiety nie poparli.

To nie zdziwiło Białorusinów. Unia Wolności nigdy nie zdecydowała się na współpracę ze środowiskami białoruskimi. A ciążenie w tę właśnie stronę było dla mniejszości czymś całkowicie naturalnym. W Unii Demokratycznej działała grupa młodych ludzi sympatyzujących z Białorusinami. W Unii Wolności nie było już tych sympatyków.

Łatyszonek uważa, że to skutek istniejącego cały czas podskórnie konfliktu polsko-białoruskiego. Unia Demokratyczna unikała problemu. Brakowało natomiast woli do współpracy przy tłumaczeniu podłoża konfliktu.

- Nie zrzucałbym tego tylko na Unię Demokratyczną - oponuje Łatyszonek - choć niewątpliwie, gdyby się bardziej starała... Czy byłby taki związek mniejszości ukraińskiej z Unią Wolności, gdyby Unia w odpowiednim czasie nie wysunęła właściwej oferty?

Poważna oferta to przedstawicielstwo polityczne w parlamencie takie jakie mieli na przykład Ukraińcy. Nikomu z Unii Wolności nie przyszło to do głowy w przypadku Białorusinów.

Elektorat białoruski jest ustabilizowany. To starsze pokolenie, które z wdzięcznością ocenia awans cywilizacyjny w Polsce Ludowej.

Festiwal pieśni białoruskiej w 1994 roku z gościem - Włodzimierzem Cimoszewiczem. Aplauz na stojąco, ściana braw.

- Starszych nie zmienimy - mówi Łatyszonek i wie, że nawet przedstawicielstwo w Sejmie nie zmieniłoby tego układu. Nie udaje się to nawet prawosławnym, którzy są przecież o tyle mocniejsi niż garstka młodych demokratów.

Mało jest takich wsi w Polsce, do których jednego dnia przyjeżdżają prezydent, premier i telewizja. A na Białostocczyźnie jest ich co najmniej kilka. Parę tygodni przed wrześniowymi wyborami prezydent Kwaśniewski objechał wszystkie ważniejsze miejsca białoruskie w Białostockiem, zapalając w każdej cerkwi świece. Kiedy spóźniał się do Hajnówki, publiczność całe dwie godziny cierpliwie czekała.

Młodzi szukali oparcia u Polaków. Pierwsze porozumienie usiłowali zawrzeć z Komitetem Obywatelskim. Tu spotkały się różne generacje Białorusinów. Od literata Sokrata Janowicza do Eugeniusza Wappy, wszyscy ci, którzy cały czas byli w opozycji (ostrzejszej, jak Łatyszonek czy bardziej dysydenckiej jak Sokrat Janowicz). W siedzibie władz tamtejszej "Solidarności" wisiały i krzyż, i ikona, co było wyrazem zrozumienia dla prawosławnych, mniej jednak myślano o Białorusinach. Ale kandydatura Sokrata Janowicza do Senatu była początkowo pewna. I nie to było dla Białorusinów najgorsze, że nie został senatorem, ale to, że Komitet Obywatelski nie dał zgody na tę kandydaturę.

Nie udało się z Komitetem, postanowili stworzyć własny ruch polityczny. Najpierw wystąpili w wyborach sami. Nie wyszło. (Elektorat białoruski na Białostocczyźnie jest ustabilizowany.) Potem stworzyli Białoruskie Zjednoczenie Demokratyczne i postanowili, że ważniejsza od natychmiastowej wygranej jest porządna praca. Nawiązali więc kontakty z opozycją na Białorusi.

Logiczna konsekwencja

Oleg Łatyszonek poznał białoruską opozycję na początku lat 90.

- Nieformalne ugrupowania tworzyły się powoli - opowiada.

Najpierw zaczęli występować w konkretnych sprawach. Na przykład przeciwko rozbiórce teatru, w którym wystawiano białoruskie sztuki.

- Kiedy już powstał Białoruski Front Narodowy, a po naszej stronie było już Białoruskie Zjednoczenie Demokratyczne, nawiązaliśmy oficjalne kontakty.

Wtedy jeszcze wszystko na Białorusi zapowiadało się dobrze. Białostoccy Białorusini brali udział w zjazdach Frontu. Uważali, że ta grupa prowadziła Białoruś ku lepszemu. Demokracja, reformy ekonomiczne.

- Dla nas Białorusinów na Białostocczyźnie, którzy się nie godzili z komunistycznym systemem, to był naturalny partner.

Na początku lat 90. była to zresztą jedyna organizacja opozycyjna na Białorusi. Dopiero później z Frontu wypączkowały inne organizacje. Zaczynali gościnnie sejmem w Wilnie, jeszcze wtedy sowieckim. Potem Łatyszonek nawiązał kontakty. Potem obserwował, jak gubią szansę na demokrację:

- Liderzy białoruskiej demokracji to katolicy. Zapomnieli, że około 90 proc. narodu wywodzi się z prawosławia. Na Białostocczyźnie Białorusinów zastanawiało, jak to możliwe, że Białorusią rządzą katolicy. Tak samo żywe musiało to być na samej Białorusi. A oni kłócili się między sobą. Zamiast wspólnie pracować, na przykład wspierać proces unarodowiania szkół. Już prawie we wszystkich szkołach dzieci uczyły się po białorusku.

Łatyszonek pytał, dlaczego uprawiają wojny, ale odpowiedzi, która by to racjonalnie wyjaśniała, nie otrzymał. Nie zdziwił się więc, kiedy Łukaszenka wygrał. Przeraził się, gdy z powrotem zmienił on (w ostentacyjnie bluźnierczy sposób) narodowe symbole na radzieckie i rozwiązał parlament.

Nie należy nosić portretu cara

Sprawą, która w działalności białoruskich demokratów na Białostocczyźnie jest co najmniej kontrowersyjna i daje okazję do oskarżeń ze strony władz białoruskich, jest sprawa pikiety pod konsulatem. Kiedy prezydent Łukaszenka aresztował działaczy Frontu Narodowego, Białorusini w Białymstoku (po telefonie Smółki) zorganizowali przed białoruskim konsulatem pikietę.

Była dziesiąta rano, padał deszcz, ale zeszło się trochę ludzi.

- Portret trzeba było benzyną aż podlać...

- Nie mieliśmy żadnego portretu - włącza się Artur Smółko - ale było tak. Przemawiamy, przemawiamy, nagle patrzymy..., a niech Oleg opowiada.

- Patrzymy, a tu kolega, który był wcześniej na Białorusi, a na pikietę przyszedł z żoną i dzieckiem, przyniósł dla żartu portret Łukaszenki. Jakieś panie, które z kolei przyszły na tę pikietę z chorągiewkami w barwach narodowych, zaczęły wytykać go palcami. "O, agent łukaszysta". Więc postanowił portret demonstracyjnie zniszczyć. Długo to trwało, bo był on niepalny.

Smółko i Łatyszonek obserwujący scenę byli lekko przestraszeni. Wiedzieli, że skończy się to MSZ-em.

Następnego dnia białoruskie Ministerstwo Spraw Zagranicznych uznało, że było to sponiewieranie symbolu narodowego. Czy twarz jest symbolem narodowym? - bronili się demonstranci, wskazując, że Łukaszenka sam przecież sponiewierał narodowe symbole. Po tej awanturze pojawił się pomysł stworzenia forum dla opozycji białoruskiej.

- Przyjechał do Polski Paźniak, pomysł mu się spodobał, my już byliśmy zapaleni, nic jednak z tego wtedy nie wyszło.

Artur Smółko wrócił do poselskich ław, Oleg Łatyszonek do kontestacji. Potem atmosferę ożywiła propozycja Smółki w sprawie kandydowania z list Unii Pracy. Po przegranych wyborach powrócił pomysł powołania Centrum Edukacji Obywatelskiej Polska Białoruś.

Co to są demokratyczne instytucje na Białorusi

Rejestracja Stowarzyszenia nie odbyła się bez problemów.

Przedstawicielka Urzędu Wojewódzkiego, a Urząd obowiązany jest zaopiniować wniosek o rejestrację, postawiła pytanie: "A co to są demokratyczne instytucje na Białorusi?". W statucie bowiem widnieje zapis, że Stowarzyszenie będzie wspierać demokratyczne instytucje na Białorusi. Odpowiedź była bardzo ogólna.

"A czy członkom założycielom znana jest treść polsko-białoruskiego traktatu z 1992 roku?" - padło pytanie. Członkowie założyciele właśnie w imię przyjaźni polsko-białoruskiej powołują to stowarzyszenie - brzmiała odpowiedź. Urzędnicy napisali, że "proszą o zwrócenie w trakcie działalności uwagi na to porozumienie i działanie w jego duchu".

Około czterdziestu osób założyło Centrum. Zarząd liczy cztery osoby: Smółko, Łatyszonek, Wappa i Rębacz. Dwa adresy robocze - mieszkanie Smółki i Łatyszonka, zupełnie jak za konspiry. Nawet inauguracja nie odbyła się bez przygód. Właśnie weszły nowe przepisy dla Białorusinów odwiedzających Polskę, nie wszyscy zdążyli więc zaopatrzyć się w odpowiednie pieczątki, wobec czego część osób przyjechała na indywidualne zaproszenia prywatne.

Stowarzyszenie nie chce wojny. Po to, żeby nie tworzyć wrażenia, że chcą wywołać wojnę, na inaugurację zaprosili konsula białoruskiego. Z Białorusi przyjechali goście pierwszoligowi. Prezydent Szuszkiewicz, przewodniczący Rady Najwyższej, wszyscy istotni liderzy opozycyjni, ponad trzydzieści osób. Pierwszym pytaniem, jakie zadano, było: jak pomóc demokracji na Białorusi?

Spłata długu

Pomóc można tylko pozarządowo. Wspieranie demokracji na Białorusi zajmuje Polaków już od dawna. Polski Komitet Helsiński utrzymuje żywe kontakty ze swym odpowiednikiem na Białorusi. Taciana Proćka, szefowa Komitetu Helsińskiego na Białorusi, wraz z 30 osobami z różnych białoruskich organizacji pozarządowych, gościła w Polsce.

Z Białegostoku białoruskie problemy są lepiej widoczne. Wyraźniej na przykład widać pewną oczywistą rzecz, o której nie zawsze się pamięta, a przecież tak samo było w Polsce przed 1989 rokiem. Pomoc trafiała wtedy głównie do dużych miast - Warszawy, Gdańska, na Śląsk, do Wrocławia. Na Białorusi problem jest jeszcze ostrzejszy - pomoc trafia do Mińska.

Artur Smółko pamięta z lat osiemdziesiątych przyjazdy do Białegostoku brytyjskich związkowców. Chwilami było to śmieszne, bo niewiele rozumieli, ale jednak było ogromnie pocieszające, że ktoś o tym Białymstoku pamięta.

Dla Olega Łatyszonka istotne było, że przez całe lata osiemdziesiąte Białorusini z Białostocczyzny utrzymywali kontakty z emigracją białoruską na zachodzie, w Anglii i Stanach Zjednoczonych. Dzięki temu i Oleg, i jego koledzy wyjeżdżali tam na stypendia.

Takiej pomocy w kształtowaniu elit nie sposób zastąpić.

- Czasami jeden przyjazd, bezpośrednie dotknięcie demokracji, daje więcej, niż wszelkie teorie na temat demokracji - mówi Łatyszonek. Nic już nie zatrze całej empirycznej wiedzy, jaką np. zdobyli przyjeżdżający na polskie bazary Białorusini.

- Ale ta grupa ludzi prawie się nie zmienia - zauważa Łatyszonek - przyjeżdżają przedsiębiorczy, od lat ci sami. My musimy dotrzeć do tych, którzy do Polski nie przyjeżdżają.

Praktyczny pomysł to szkolenia. Dla samorządowców, dziennikarzy, związkowców. Takie, jakie kiedyś organizowali samorządowcy, dziennikarze i związkowcy z zachodu dla kolegów z Polski.

Jeśli jest się opozycyjnym działaczem demokratycznym na Białorusi, walczy się z tamtejszą administracją. Dodatkowym kłopotem jest to, że - z powodów mentalnościowych, socjologicznych - jest się samemu. Dlatego konieczne jest stałe utrzymywanie kontaktów z opozycją na Białorusi.

W radzie programowej białostockiego Stowarzyszenia spotkali się ludzie polskiej opozycji solidarnościowej od dzisiejszego AWS (Andrzej Zakrzewski, Maciej Jankowski, Jerzy Marek Nowakowski, Andrzej Anusz) przez Unię Wolności (Jacek Kuroń, Zbigniew Janas), Unię Pracy (Ryszard Bugaj, Zbigniew Bujak) do Karola Modzelewskiego, który stwierdził, że jest to chyba ostatnia rzecz, na jakiej mu jeszcze zależy.

- Myślałem, że się zapiszą i tyle. Okazało się, że są czynni. Dzwonią, pytają, kiedy jest posiedzenie Rady - cieszy się Artur Smółko - my to wybiegamy, wychodzimy, to nasza nadczynność tarczycy. Ale oni są ważni dla białoruskich opozycjonistów.

Anna Wielopolska