Aktualny język artykułu: PL

Niehigieniczne gazety

Aleksander Łukaszenko chce zlikwidować niezależną prasę, która po “wyczyszczeniu” eteru jest ostatnią oazą wolnego słowa na Białorusi. Przeciw niepokornym mediom prowadzona jest prawdziwa wojna: rewizje, procesy, grzywny i ataki “nieznanych sprawców”

Przez moment przemknęła mi myśl, że szef jednej z niezależnych białoruskich redakcji oszalał. - Lepiej nie pisz, że byłeś w naszym lokalu - poprosił mnie. - Nie warto wywoływać wilka z lasu.

A to i tak dziwne, że ta redakcja wciąż funkcjonuje całkiem normalnie. Codziennie rano pracownicy wchodzą w drzwi jednego z mieszkań w mińskiej kamienicy. Dopiero za drzwiami widać, że to nie mieszkanie, lecz redakcja.

Potem odwiedziłem kilka innych redakcji, których nie lubi prezydent Aleksander Łukaszenko, i już przestałem się dziwić. Wszystkie były zakonspirowane: żadnych szyldów. Zatrzaśnięte drzwi bez tabliczki, trzeba dzwonić i czekać. W tygodniku “Nasza Niwa”, żeby do drzwi tych dotrzeć, trzeba jeszcze znać kod zamka klatki schodowej, którego w stopce redakcyjnej nie drukują.

Jednak osiłki z wielkoruskiej szowinistycznej organizacji Jedinstwo tu trafiły. Na szczęście tym razem nikogo nie pobiły. Skończyło się na pogróżkach pod adresem “Naszej Niwy”, która kwestionuje oczywistą prawdę, iż największym szczęściem dla Białorusinów jest polityka prezydenta budującego bratni związek z Rosją. W dodatku “Nasza Niwa” głosi swoje herezje po białorusku, co tylko potwierdza jej antynarodowy charakter.

Ira z “Biełaruskoj Diełowoj Gaziety”: - Piszemy po rosyjsku, więc trudno nas oskarżyć o białoruski nacjonalizm. Ale i tak nie dają nam spokoju.

Siarhiej Aniśko, kolega Iry z redakcji: - Żyjemy na walizkach, bo bez przerwy nas wyrzucają. W ciągu czterech lat cztery razy zmieniliśmy lokal. Ostatnio przyszli jacyś komsomolcy i oświadczyli, że zajmują nasze piętro. To, że mieliśmy podpisaną umowę wynajmu, nie miało znaczenia.

Żeby się narazić, nie trzeba nawet wydawać opozycyjnej gazety. Wystarczy utrzymywać z nią kontakty. Przekonali się o tym plastycy ze stowarzyszenia projektantów wzornictwa przemysłowego. Jednemu z artystów nie podobało się, że gorzelnia sprzedaje wódkę z etykietką, na której widnieje jego rysunek. Setki tysięcy butelek z tymi etykietkami trafia do klientów, a on nie ma z tego ani grosza. Stowarzyszenie skierowało do sądu sprawę o naruszanie praw autorskich. I wygrało ją. Było to dziwne, bo przecież gorzelnia jest państwowa, a państwo ma zawsze rację. Ale plastycy wygrali i poinformowali o tym “Biełaruską Diełowoj Gazietę”. Zaraz po tym z ich lokalu, pilnowanego przez ochronę, zniknęły wszystkie komputery. - Nie trzeba było chwalić się na łamach opozycyjnej gazety - skwitowano to w dobrze poinformowanych kręgach Mińska.

Bez flagi i radia

Haneczka ma około dwudziestu lat, studiuje dziennikarstwo na stołecznym uniwersytecie. Nie chce iść do telewizji. Radio? Jej ulubione białoruskie radio 101,2 FM Łukaszenko zamknął po roku. - Kiedy je zlikwidował, nie mogłam w to uwierzyć. Nawet nie wiedziałam, że tak mi go będzie brakować. Dopóki istniało, nie zawsze go słuchałam. Ale wystarczała mi sama świadomość, że ono jest i w każdej chwili mogę je włączyć. To tak samo jak z narodową flagą na parlamencie - dopóki była, nie zwracałam na nią uwagi. Dopiero kiedy Łukaszenko ją zdjął i zdelegalizował, zrozumiałam, że nie jest mi obojętna.

Dlatego Haneczka postanowiła zostać dziennikarką prasową. Bo jakie te gazety są, takie są, ale kilka zachowało niezależność. Ledwo zipią, płacą drakońskie grzywny, ukrywają się - ale są. Może coś się znajdzie.

Niestety, w zeszłym roku władze przywróciły system z czasów ZSRR: absolwent nie może sobie wybierać redakcji. Państwo go wykształciło, więc odpracuje to przez trzy lata w państwowej redakcji; jeśli chce iść do niezależnej - proszę bardzo, ale musi oddać 8 tys. dolarów. Na Białorusi zarabia się równowartość 20 dolarów miesięcznie.

Haneczkę poślą pewnie do jakiejś prowincjonalnej gazetki. W zeszłym roku wszystkich absolwentów skierowano do pracy na prowincji.

Zróbcie wywiad z dojarką!

Żanna Wasanskaja z tygodnika “Kultura”: - Teoretycznie można to załatwić, wypisując fikcyjne zapotrzebowanie na absolwenta. W czasach ZSRR sama to wielokrotnie robiłam. Jednak w zeszłym roku władze ogłosiły listę przydziałów tak niespodziewanie, że ludzie nie zdążyli nic wykombinować. Pojechali na prowincję.

Nikogo tu już nie dziwi, że studentom stołecznego uniwersytetu każe się zdobywać wiedzę i doświadczenie w pisemkach reprezentujących poziom kołchozowych biuletynów. Haneczka wstawała codziennie o szóstej rano i jechała półtorej godziny pociągiem na zebranie redakcyjne, gdzie uzgadniano, że trzeba zrobić wywiad z dojarką.

- Mój kolega fotograf dostał zadanie, żeby zrobić zdjęcie o tematyce ekologicznej. Zapytał więc, gdzie tu jest jakaś fabryka z kominami. A redaktor zrobił wielkie oczy: jaka fabryka, jakie kominy?! Masz brzózki, stogi siana, krówki. To jest ekologia. W redakcji wszyscy drżeli na samą myśl o tym, że w gazecie mógłby się ukazać artykuł, który cokolwiek by krytykował.

Haneczka pamięta, jak wysłano ją na wieś, żeby zrobiła wywiad ze szczęśliwym człowiekiem pracy, który szczegółowo opowiedział jej o kosz-marze, jakim jest życie na prowincji: - A potem, pochlipując i czerwieniąc się ze wstydu, musiałam napisać, jaki ten człowiek jest szczęśliwy.

Siarhiej z “Biełaruskoj Diełowoj Gaziety” pracuje też dla jednej z rosyjskich gazet. Ira, współpracownica “Gazety Wyborczej”, tłumaczy: - Większość z nas stara się zahaczyć w jakiejś zagranicznej redakcji, bo ma świadomość, że władze w każdej chwili mogą zlikwidować jego firmę.

Siarhiej porównuje warunki pracy dziennikarza na Białorusi i w Rosji: - Tam wszystko jest jawne, a u nas nie da się dotrzeć do żadnej informacji. W biurze prasowym KGB, gdy się przedstawiłem, powiedzieli mi wprost: “Znamy wasze nazwisko, nie mamy ochoty z wami rozmawiać”.

Siarhiej: - W zeszłym roku napisałem artykuł o naszych siłach zbrojnych, po którym zastępczynię redaktora naczelnego wezwano do jakiegoś komitetu. Tam pomachali jej przed nosem dokumentem z listą tematów, o których nie wolno pisać, i powiedzieli, że mój artykuł łamie prawo. “Ale my nie znamy tego rozporządzenia” - odpowiedziała. “I nie będziecie znali, bo ono jest tajne”.

>“Biełaruska Diełowaja Gazieta” otrzymała od Państwowego Komitetu ds. Prasy - który w istocie jest urzędem cenzorskim - ostrzeżenie, że “poważnie narusza prawo”. W myśl przepisów kilkakrotne takie ostrzeżenie może być podstawą do zamknięcia gazety. Przekonali się o tym wydawcy “Swabody”, gazety zamkniętej w 1997 roku.

Ale niezależna redakcja nieprzyjemności może mieć nawet za drukowanie jawnych ustaw, bo na Białorusi trzeba uzyskać licencję na publikowanie aktów ustawodawczych. Gdyby oceniać sytuację na podstawie liczby pirackich płyt, legalnie dostępnych w każdym sklepie, można by odnieść wrażenie, że płody intelektualnego wysiłku władz chronione są na Białorusi znacznie lepiej niż prawo autorskie.

Tak naprawdę nie chodzi jednak ani o ujawnianie rzekomych tajemnic, ani o naruszanie praw autorskich władz. Chodzi o to, by stłamsić i zlikwidować niezależną prasę, która po “wyczyszczeniu” przez władze eteru jest ostatnią oazą wolnego słowa na Białorusi. Tu przeciw niepokornym mediom prowadzona jest prawdziwa wojna. Każdy urzędnik państwowy i każdy dyrektor państwowego przedsiębiorstwa otrzymał w zeszłym roku kartę mobilizacyjną i ruszył na front. Karta miała formę poufnego listu podpisanego przez przedstawiciela administracji centralnej i zakazującego udzielania prasie niezależnej jakichkolwiek informacji i umieszczania w niej reklam i ogłoszeń. Gdy treść tego listu przedostała się do wiadomości publicznej, władze wyparły się go, ale praktyka pokazuje, że polecenie obowiązuje i jest wykonywane.

Ira z “Biełaruskoj Diełowoj Gaziety”: - Nikt nas nie informuje o imprezach ani o konferencjach prasowych. Sami musimy się dowiadywać o nich pocztą pantoflową. Ministerstwo kultury nie daje mi nawet listy najważniejszych imprez kulturalnych, którą co miesiąc wysyłam do “Gazety Wyborczej”. Jeden ze znajomych prywatnie pozwala mi ją przeczytać, więc staram się jak najwięcej zapamiętać, bo notować mi nie wolno.

Władze liczą też na pomysłowość lokalnych czynowników. Ich aktywność jest bardzo dobrze widziana, więc urzędnicy starają się, jak mogą. Oto kilka przykładów: Centrum Higieny w Baranowiczach “z powodów sanitarnych” wydało zakaz sprzedaży prasy w sklepach spożywczych. W sklepach tych sprzedawano głównie niezależne gazety, bo oficjalne rozchodzą się w prenumeracie.

Państwowa drukarnia w Grodnie zażądała od lokalnych gazet, by w stopkach umieszczały informację, że “za jakość druku odpowiada redakcja”. Gdy redaktorzy zaprotestowali, odpowiedziano im: “Jeśli się wam nie podoba, to drukujcie się gdzie indziej”. W Grodnie innej drukarni nie ma.

Dyrekcja mińskiego Domu Prasy - centralnej firmy poligraficzno-kolportażowej - zażądała wysokiego “myta” od gazet, przywożonych tu z innych drukarni. Na terenie Domu Prasy mieści się centrala kolportażu. Trafiają do niej gazety niezależne, których Dom Prasy drukować nie chce.

Gazetę “Homelska Dumka” drukarnia zawiadomiła, że ma sobie szukać innej poligrafii. Wprawdzie wcześniej gazeta podpisała z drukarnią kontrakt na cały 1999 r., ale dyrekcja drukarni rozmyśliła się, gdy władze przysłały do redakcji “Dumki” oficjalne ostrzeżenie, że “w cynicznej formie przypuszcza nieodpowiedzialne ataki na władzę państwową i naród Białorusi”.

Państwowa Komisja ds. Prasy nie zgodziła się na wydawanie niskonakładowej gazety “Nowinki”, uzasadniając to tak: “Tytuł >>Nowinki<<<< kojarzy się z powszechnie znanym na Białorusi szpitalem psychiatrycznym nr 3, który znajduje się w miejscowości Nowinki. Publikacje o obywatelach w piśmie o takim tytule obrażałyby ich godność”. Po odwołaniu się “Nowinki” zostały zarejestrowane, ale ich redaktor naczelny pobity przez “nieznanych sprawców” ze złamaną szczęką znalazł się w szpitalu.

Do tego oczywiście dochodzą rewizje w redakcjach, procesy sądowe, drakońskie grzywny, oficjalne ostrzeżenia za artykuły, które nie spodobały się władzy.

Dyktatura opiera się na strachu i na przekupstwie. Władza sowiecka dla przeciwników miała łagry i szpitale psychiatryczne, dla sług luksusowe dacze i limuzyny. Ale to była dyktatura z prawdziwego zdarzenia. Był w niej rozmach imperium. Rządy Łukaszenki to raczej dyktatura kieszonkowa. Wszystko tu skrojone jest na miarę kołchozu. Strach i łapówki też.

Gdy pytam Haneczkę, czy zgodziłaby się pracować dla Radia Swaboda, mówi mi, że oczywiście, z miłą chęcią. A nie bałaby się? Nie, nie bałaby się, bo niby czego miałaby się bać? Łukaszenkowski kij nie budzi w niej grozy.

Łukaszenko zdaje sobie chyba sprawę, że kij nie wystarczy, potrzebna jest też marchewka. W lutym kazał, by do końca roku budżet państwa zasilił gazety regionalne sumą 400 tys. dolarów. Jak na białoruskie warunki to olbrzymie pieniądze.

Kołchoźnik w każdym domu

Państwowa machina propagandowa jest kosztowna. Ile musi zapłacić białoruski podatnik, żeby pokryć koszt samych tylko pensji zastępców dyrektorów ds. informacji i kontaktów ze społeczeństwem? Bo każda państwowa firma mająca ponad 300 pracowników zatrudnia politruka, którego zadaniem jest tłumaczenie klasie pracującej zawiłości świata i dawanie odporu wrogiej propagandzie.

Politruk jednej z mińskich fabryk zakazał nawet kolportażu prasy na terenie przedsiębiorstwa. Zakaz cofnięto dopiero po proteście niezależnego Białoruskiego Stowarzyszenia Dziennikarzy. Przewodnicząca Stowarzyszenia Żana Litvina podaje to jako jeden z nielicznych przykładów spraw wygranych przez jej organizację.

- Państwo białoruskie dysponuje potężnym aparatem propagandowym - mówi Litvina, która jednocześnie jest szefową mińskiej redakcji Radia Swaboda. - Z punktu widzenia rządzących najważniejsze są media elektroniczne i dlatego one właśnie jako pierwsze zostały poddane pełnej kontroli. Wbudowano je w system sprawowania władzy.

Radio wbudowano dosłownie. Jeszcze w czasach Stalina, który zrozumiał, jak potężnym narzędziem propagandy może być radio, zaczęto oplatać kraj siecią kablową. Ta sieć jest rozbudowywana do dziś, gniazdka instaluje się we wszystkich nowych mieszkaniach. Po podłączeniu “kołchoźnika” obywatel może usłyszeć głos spikerki pierwszego programu państwowego radia, opowiadający o areałach, wzroście dynamiki i kolejnej cennej inicjatywie prezydenta. Taki “kołchoźnik” to dla przybysza z Polski prawdziwa maszyna czasu.

- Ta sieć stwarza barierę dla niezależnych nadawców - mówi Żana Litvina. - W wielu domach, zwłaszcza na wsiach słuchacze są skazani na państwową “Jedynkę”, bo po prostu nie mają odbiorników z anteną, które umożliwiałyby im słuchanie innych stacji.

Od lat kolejne ekipy rządzące likwidują kolejne prowadzone przez Litvinę rozgłośnie.

Najpierw była “Białoruska Młodzieżowa” - autonomiczne pasmo funkcjonujące w ramach “Jedynki”. Za sprzyjanie opozycji - w której ówcześnie był też Aleksander Łukaszenko - “Młodzieżową” władze zlikwidowały w czasie kampanii prezydenckiej w 1994 r. Dzięki wsparciu George’a Sorosa Litvina uruchomiła Radio 101,2 FM, komercyjną rozgłośnię nadającą w rejonie Mińska. Działające tylko rok radio stało się legendą.

- Niemal płakaliśmy, gdy w 1996 r. władze je zlikwidowały - mówi poeta Michał Aniempadystau. - To był prawdziwy cios dla białoruskiej młodzieży i inteligencji. Bo dobre radio może stać się elementem przestrzeni, w której słuchacz żyje. Wchodzisz do domu, włączasz odbiornik i słyszysz znajomy głos, który staje się częścią twojego życia. Takie właśnie było Radio 101,2 FM.

Częstotliwość 101,2 MHz zajęło Radio Styl, formalnie prywatne, prowadzone przez Białoruski Patriotyczny Związek Młodzieży. Poza nim w Mińsku na falach ultrakrótkich nadają jeszcze cztery rozgłośnie komercyjne. - Te stacje, w większości rosyjskojęzyczne i z rosyjskim kapitałem, nigdy nie nadadzą informacji niewygodnych dla Łukaszenki - mówi Litvina.

Dla niej radio to nie tylko coś, co ma przynosić dochód, ale misja. Ono ma tworzyć przestrzeń dla społecznej debaty, ma uczyć, wychowywać, budować postawy obywatelskie, ma być elementem życia kulturalnego i intelektualnego.

Teraz Litvina kieruje mińską placówką Radia Svaboda, którego redakcja znajduje się w Pradze. Nadają cztery godziny programu na dobę, ale w tym są powtórki, więc oryginalnego materiału jest tylko półtorej godziny. - To za mało, dusimy się. Nie da się zrobić dobrego radia, mając na to tylko 90 minut dziennie - mówi Litvina. Poza tym Svaboda jest radiem czysto politycznym, a ona chciałaby stworzyć normalną rozgłośnię.

Oprócz Svabody mińscy radiowcy mają jeszcze dostęp do V Programu Polskiego Radia, nadającego z Warszawy dla zagranicy. Dostarczają ok. 30 minut programu dziennie. Szefowa białoruskiej redakcji Polskiego Radia Nina Barszczewska mówi: - Czuliśmy się moralnie zobowiązani do okazania pomocy białoruskim kolegom. Wcześniej Radio 101,2 FM codziennie retransmitowało w Mińsku pół godziny naszego programu. Mieliśmy nawet poczucie, że w jakiejś mierze mogliśmy się przyczynić do zamknięcia 101,2 FM, bo na przykład przeglądy tego, co pisze polska prasa o sytuacji na Białorusi, nie mogły się tamtejszym władzom podobać.

Teraz więc mińszczanie uczestniczą w przygotowywaniu programów warszawskiej Piątki. “Emisariusze” Mińska regularnie przyjeżdżają do Warszawy. Po drodze dziennikarze muszą się przedrzeć przez kordon białoruskich celników, którzy regularnie ich przeszukują. Ale jakoś to znoszą, bo przecież radio to misja, a nie tylko emisja.

Kto ma Rację?

Mińskie środowisko dziennikarskie dysponuje wystarczającym potencjałem intelektualnym i kadrowym, żeby powołać profesjonalne radio. Na razie produkuje dziennie pół godziny programu dla warszawskiej “Piątki” i trzy razy tyle dla praskiej Swabody. Ale to za mało. I póki u władzy znajduje się Aleksander Łukaszenko, takie niezależne radio na Białorusi nie powstanie.

Pomysł powołania rozgłośni nadającej z zagranicy prędzej czy później musiał się pojawić. Po raz pierwszy wypłynął latem ubiegłego roku. “Gazeta” napisała wtedy o projekcie stworzenia w Białymstoku, przy finansowym wsparciu z USA, Radia Wolna Białoruś. W projekt były zaangażowane środowiska dziennikarskie z Mińska i mniejszość białoruska w Polsce. Teraz projekt ten powraca pod nazwą Radio Racja, które będzie nadawać programy dla Białorusinów żyjących w Polsce i na Białorusi. Prezesem spółki Radio Racja jest Eugeniusz Wappa, przewodniczący Związku Białoruskiego w Polsce.

- W zeszłym roku bardzo nam zaszkodziło ujawnienie sprawy przez “Gazetę”. Po tej publikacji projekt został zablokowany - zgodnie twierdzi kilkoro z moich rozmówców. Nie wyglądają na przekonanych, gdy mówię im, że gazety są po to, by publikować ważne i ciekawe informacje, na które dziennikarzom uda się natrafić. Że w demokracji decyzje w sprawach tak istotnych projektów podejmowane są po publicznej debacie.

Jeden z moich dobrze poinformowanych polskich rozmówców z branży radiowej (prosi o anonimowość) widzi to tak: - Gdy Radio Swaboda dowiedziało się z “Gazety” o idei Radia Wolna Białoruś, poczuło się zaniepokojone, że pojawia się konkurent, który mu odbierze słuchaczy. Lobby Svabody zaczęło naciskać w USA, żeby zablokować fundusze, które miałyby być na to przeznaczone.

Czy V Program PR też czuje się zagrożony? Nina Barszczewska: - Takie radio niewątpliwie będzie dla nas konkurentem. Ale jednocześnie każdy dodatkowy kanał, którym informacja może swobodnie docierać na Białoruś, jest pożyteczny. Sądzę wręcz, że nawiążemy partnerską współpracę.

Wiceprezes Polskiego Radia Eugeniusz Smolar: - Z jednej strony sympatyzuję z tą inicjatywą i chciałbym zrobić wszystko, żeby jej pomóc, a z drugiej nie ukrywam, że dla nas to jest jakiś problem. Jako Polskie Radio mamy swoje interesy. Nasza redakcja białoruska zabiega o tego samego słuchacza, do którego chce trafiać Radio Racja. Poza tym krąg białoruskich dziennikarzy radiowych w Polsce jest ograniczony. To radio może odebrać nam współpracowników.

Ważniejsze wydają się jednak argumenty wysuwane przez przeciwników powstania tego radia z powodów politycznych. Jerzy Giedroyc w zeszłym roku powiedział: “Powstanie tego radia na terenie Polski jest pomysłem niesłychanie szkodliwym dla polskiej racji stanu. Przede wszystkim zaostrzy stosunki polsko-białoruskie, co może się odbić na losach polskiej mniejszości na Białorusi (...). Białoruska emigracja jest niesłychanie słaba, z nielicznymi wyjątkami, i nie zasługuje na specjalne zaufanie”.

Czy rzeczywiście może się to odbić na położeniu mniejszości polskiej na Białorusi? Wiceprzewodniczący tamtejszego Związku Polaków Tadeusz Malewicz: - Gdy sprawa stała się głośna, władze białoruskie zaatakowały ideę radia. W oficjalnej prasie zaczęto kreować obraz Polski jako wroga. To dało się odczuć także w stosunku władz do nas.

Z drugiej jednak strony wypada zapytać: czy gdyby zablokowano tę inicjatywę udałoby się “ugłaskać” Łukaszenkę? Wszak “stosunki polsko-białoruskie” to nie tylko relacje między rządem RP a obecnymi władzami Republiki Białoruś.

Elementem tych stosunków jest też przekonanie białoruskich elit demokratycznych, że mogą liczyć na zrozumienie i życzliwość Polski. Elementem tych stosunków jest też solidarność białoruskich opozycjonistów i tamtejszego Związku Polaków. Polacy popierają postulaty opozycji, zaś ta stanęła w obronie przewodniczącego Związku Polaków Tadeusza Gawina, gdy w kwietniu sąd skazał go na karę grzywny za organizowanie demonstracji przeciw dyskryminowaniu polskiego szkolnictwa. Fakt, że Polacy i białoruscy demokraci stoją dziś po tej samej stronie, budzi otuchę i pozwala mieć nadzieję, że nie powtórzy się syndrom Wileńszczyzny, gdzie duża część polskich polityków znalazła się w konflikcie z elitami litewskimi. Na tę solidarność polsko-białoruską należy chuchać i dmuchać. Czy postulat, by w imię iluzorycznej ochrony tamtejszych Polaków zablokować inicjatywę ważną dla rozwoju kultury białoruskiej, nie oznacza co najmniej rozluźnienia tej wspólnoty?

Ta ochrona jest “iluzoryczna”, bo Polacy na Białorusi są nękani na równi z białoruską opozycją. W swoim expose w Radzie Najwyższej Łukaszenko opowiadał, iż przeciwnicy polityczni za pieniądze z Zachodu kupują broń, a białoruscy Polacy i Ukraińcy dążą do autonomii i zamierzają proklamować “na poły niepodległą niby-republikę”. Historia nie zna przypadków skutecznego “ugłaskiwania” dyktatorów.

I wreszcie, czyż elementem stosunków polsko-białoruskich nie jest samopoczucie mniejszości białoruskiej w Polsce i jej przekonanie, że w wolnej i demokratycznej Rzeczypospolitej może w pełni korzystać ze swych praw obywatelskich? Że jeżeli ma ochotę założyć stację radiową, to ją założy, nawet gdyby miało to być komuś nie na rękę.

Najwyraźniej ten właśnie ostatni argument wzięła pod uwagę KRRiTV, przyznając Radiu Racja koncesję: - To radio ma nadawać program adresowany do mniejszości białoruskiej w Polsce, ale oczywiście mieliśmy świadomość, że jego istnienie nie jest obojętne dla stosunków polsko-białoruskich - mówi były członek Krajowej Rady Andrzej Zarębski. - Bardzo ważyliśmy racje. Braliśmy m.in. pod uwagę sytuację Polaków na Białorusi. Przez cały czas pozostawaliśmy w kontakcie z polskim MSZ i gdyby miało ono zastrzeżenia, nie zlekceważylibyśmy ich. Podejmując decyzję, nie mieliśmy wrogich intencji wobec Białorusi. Kierowaliśmy się przede wszystkim uznaniem potrzeb kulturalnych mniejszości białoruskiej w Polsce. Te potrzeby nie są tylko kostiumem. O tym, że istnieją, świadczy choćby fakt, iż już wcześniej publiczne radio białostockie występowało z wnioskiem o przyznanie dodatkowej częstotliwości na nadawanie oddzielnego programu białoruskiego. Niestety, z powodów formalnoprawnych spełnienie tej prośby było niemożliwe.

Uciec z kołchozu

- Wszyscy białoruscy politycy uważają media i dziennikarzy za narzędzie w grze o władzę - mówi Żanna Wasanskaja z redakcji mińskiego tygodnika “Kultura”. - Gdy są w opałach, przychodzą do nas i chcą, by robić z nimi wywiady, ale gdy zdobędą władzę, zaczynają rozstawiać nas po kątach.

- W kampanii prezydenckiej 1994 r. Łukaszenko i lider Frontu Narodowego Zianon Paźniak występowali na żywo w programach “Białoruskiej Młodzieżowej”. Premier Wiaczesław Kiebicz, który też startował w tych wyborach, rozpędził za to redakcję - mówi Żana Litvina. - Łukaszenko wygrał wybory i co zrobił? Zlikwidował radio 101,2 FM prowadzone przez tych samych ludzi, którzy wcześniej zapraszali go do studia w “Białoruskiej Młodzieżowej”.

Przebywający na emigracji Zianon Paźniak przysłał w marcu z Warszawy list, w którym zalecił działaczom swojej organizacji, by nie udzielali informacji dziennikarzom tzw. prasy niezależnej, bo są oni przekupieni przez jego politycznego rywala Michała Czyhira.

Redaktorzy niezależnych gazet ostro replikowali. Naczelny “Biełaruskoj Diełowoj Gaziety” Piotr Marcew sformułował to tak: “Ten list dowodzi, że mentalność Zianona Paźniaka niezbyt się różni od mentalności Łukaszenki”.

Wielu białoruskich dziennikarzy dojrzało do tego, by grać rolę czwartej władzy. Sęk w tym, że w tej ewolucji świat mediów o całe lata świetlne wyprzedził klasę polityczną. Nic więc dziwnego, że w poszukiwaniu azylu spojrzenia białoruskiej inteligencji kierują się na najbliższych sąsiadów - na Litwę, gdzie przeniósł się trzon redakcji tygodnika “Nasza Niwa”, i na Polskę, gdzie mniejszość białoruska chce uruchomić własne radio.

- Nawet jeśli zasięg takiego radia będzie niewielki, i tak może ono być bardzo pożyteczne - mówi filozof, publicysta i były dyrektor wykonawczy nie działającej już białoruskiej fundacji Sorosa Aleś Ancipienka. - Może się też okazać kuźnią fachowych kadr dla wolnej Białorusi. Już dziś potrzebujemy ośrodków i instytucji, w których mogłaby się formować nowa elita, funkcjonująca i myśląca według europejskich standardów.

KULTURA NR 4/1999

Znowu odżyła sprawa Radia Wolna Białoruś w Białymstoku, tym razem pod nazwą Racja. Prezes zarządu spółki Racja, Eugeniusz Wappa, jest bardzo oszczędny, jeśli idzie o informacje. Podaje tylko, że Radio Racja ma być adresowane głównie do mniejszości białoruskiej w Polsce, i nie ukrywa, że ma ono współpracować z opozycją na Białorusi. Tak jak w stosunku do Radia Wolna Białoruś, jestem temu kategorycznie przeciwny. Cokolwiek by się mówiło, to radio funkcjonujące na terenie Polski będzie firmowane przez Polskę. Otóż Polska prowadzi własną, samodzielną politykę zarówno w stosunku do mniejszości białoruskiej, jak i w stosunku do Republiki Białoruskiej. Istnieje radio i telewizja w Białymstoku, jest program V Radia w Warszawie prowadzony przez tak kompetentną osobę jak p. Bogumiła Berdychowska. Istnieje sekcja białoruska w Radio Swaboda-Liberty, które reprezentuje politykę amerykańską wobec Białorusi i które, o ile mi wiadomo, współpracuje z opozycją białoruską. Bardzo mnie zaskoczyła rozmowa z Bolesławem Sulikiem, przewodniczącym KRRiTV, który uważa, że podanie o koncesję Radia Racja ma być potraktowane rutynowo i że koncesja będzie przyznana. Bolesław Sulik nie bierze pod uwagę, że przyznanie koncesji jest aktem politycznym, i byłoby ciekawe się dowiedzieć, kto jest inspiratorem zarówno Radia Wolna Białoruś, jak i Radia Racja. Ciekawe, że również na Litwie czynione są zabiegi o utworzenie analogicznej radiostacji.

Wojciech Maziarski, Jerzy Giedroyć, 1999/07/22