Aktualny język artykułu: PL

Nie utkwić w miejscu. O Leonie Tarasewiczu

Życie samo zepchnęło mnie w pejzaż, czyniąc zeń moją wyalienowaną cerkiew bez ścian. Ciągle otwartą, ciągle nie poznaną.

Leon Tarasewicz z “ ... obecność pejzażu”.

Leon Tarasewicz jest ciągle w drodze. Niemal zawsze kiedy rozmawia się z min przez telefon słychać w tle odgłosy jazdy. Stukot pociągu, dźwięk motoru są jak stały podkład muzyczny. Czasami znajomi zgadują jaką trasę właśnie pokonuje. Rzadko trafiają. Ruch, zmiana, podróż są dla Tarasewicza żywiołem - w świecie zwyczajnym i tym wewnętrznym, duchowym, artystycznym. Dom w Waliłach to tylko fizyczne miejsce w przestrzeni, z którego się wyrusza i gdzie się wraca zmyć wędrowny kurz. Nie widać końca tej podróży. Kiedy już wydaje się, że dopadł celu, że oto osiągnął punkt krańcowy, ostateczny, granica przesuwa się dalej, horyzont odsłania nowy pejzaż do zbadania, do odkrycia. Za każdym razem w takim momencie artystę ogarnia zdziwienie i radość. Radość, bo nie chciałby się zatrzymać. Dlatego, że Leon Tarasewicz nie boi się ryzyka jakie niesie poznawanie (także spraw bolesnych, skrywanych) wyrósł na polskim gruncie na postać wielkiego formatu. Postać społecznie - bezczelnie kontrowersyjną, artystycznie –awangardową i uznaną, towarzysko – nieobliczalną.

Społecznie bezczelnie kontrowersyjny

W 2000 roku Leon Tarasewicz został wyróżniony Nagrodą Prezydenta Białegostoku w kategorii “twórca kultury”. Dla ścisłości wynosiła ona trzy tysiące zł polskich (najwyżej połowę miesięcznych zarobków samego prezydenta). Artysta jej nie przyjął. Odmówił z hukiem. Rozesłał do lokalnych redakcji list z wyjaśnieniem, dlaczego nie czuje się zaszczycony. Brzmiał on w skrócie tak: “Szanowny Pan Ryszard Tur, Prezydent Miasta Białegostoku. Pragnę Panu serdecznie podziękować za uhonorowanie mnie Nagrodą Prezydenta Białegostoku za 1999 rok. Niestety nie mogę jej przyjąć. Nie pozwala mi na to budowana w mieście przez ostatnie dziesięciolecie (i wcześniej), atmosfera nieufności do nas Białorusinów i prawosławnych. (...)

Taka atmosfera – powtarzam: zależna w głównej mierze od działań władz miasta – prowadzi do nasilenia postaw nacjonalistycznych u polskiej większości oraz zastraszenia i leku wśród mniejszości. O Białymstoku – mieście z ambicjami wszak europejskimi niedobrze świadczy to, że niemal wszystkie urzędy i stanowiska piastuje tu polska większość. Rodzi to sytuację, w której podwładni jej przedstawicielom prawosławni boją się o utratę miejsca pracy. Waliły, 17 stycznia; 2000”. W białostockich salonach i kuluarach zaszumiało, ale w rezultacie wystąpienie to wywołało nie skandal a zaledwie skandalik. W prasie mało kto zdobył się na zabranie głosu “za” lub “przeciw” w tak śliskiej kwestii. Prezydent odpowiedział, że nie wydaje mu się, by odczucia artysty miały potwierdzenie w rzeczywistości i sprawa umilkła

Tak się zaczęła otwarta wojna wielkiego artysty z wielkim miastem Białystok. Leon Tarasewicz, bez fałszywej skromności, mówi, że przy obecnej swojej pozycji w świecie sztuki, może już sobie na nią pozwolić. Początek, jak zwykle, był niewinny. Po Festiwalu Muzyki Młodej Białorusi “Basowiszcza 93”, w który zaangażował się malarz z Walił, w prasie ukazały się nieprzychylne recenzje. “Kurier Poranny” pozwolił sobie nawet na niewybredne, osobiste wycieczki pod adresem Tarasewicza. Artysta wysłał sprostowanie. Nie zostało wydrukowane. Osobiście pofatygował się w tej sprawie do redakcji i usłyszał tam, że “pierwszemu, lepszemu z ulicy nie drukują”. Takie słowa zapadają w pamięć. Sprostowanie to nie ukazało się w całości do dzisiaj, mimo że artysta przy każdej okazji, jak maniak, upomina się o nie. Nikt się wtedy, za nim nie wstawił. Milczeniem kwitowano też jego inne kulturalne przedsięwzięcia. Z biegiem lat narastało w nim bolesne przekonanie, że nie ma w Białymstoku woli promowaniu sztuki, szczególnie autorstwa Białorusina. Artysta postanowił ignorować miejskie galerie, z wzajemnością. Do czasu, kiedy dopadła go sława. Zaczęto Tarasewicza obsypywać prestiżowymi ogólnopolskimi nagrodami (1998 - nagroda im. Jana Cybisa, 1999 – retrospektywna wystawa w warszawskiej Zachęcie, 2000 - Paszport Polityki). Wtedy nawet w Białymstoku sobie o nim przypomniano. Kapituła przyznająca Nagrody Prezydenta Białegostoku pospiesznie orzekła, że za 1999 należy się ona malarzowi z Walił. Artysta odmówił, powody wyjawił w cytowanym wyżej liście, zrobiło się zamieszanie. Teraz też, nikt z lobby białoruskiego, ani z lokalnego światka artystycznego nie wstawił się za Tarasewiczem (poza kilkoma wyjątkami). Dopiero w jakieś pół roku później białoruscy reprezentanci różnych opcji politycznych i zawodów wystąpili do władz województwa z listem otwartym o identycznej wymowie. Dlaczego wcześniej nie poparli artysty?

Kiedy rozmawia się o tym z Leonem Tarasewiczem w jego słowach pobrzmiewa rozgoryczenie i nuta zawodu. Jest to jednak człowiek, który na rozgrywające się wydarzenia patrzy z dystansem. Spokojnie próbuje je analizować i tłumaczyć. Kilkakrotnie w różnych wywiadach podkreślał, że siłą, a nie przekleństwem tego regionu jest jego wielokulturowość, że żyjący tu Białorusini, Litwini, Ukraińcy, ich kultura, to atuty, za pomocą których można promować Białostocczyznę w Europie i na świecie. Trzeba jednak do tego dorosnąć, bo prawdziwa symbioza nie może opierać się na pomyśle białoruskiego skansenu, czy rezerwatu. Mówi o tym dobitnie w wydanej niedawno w Białymstoku książce “Metafizyka prowincji”: “Nauczyć się akceptować inność i korzystać z niej. Inność to przecież karta przetargowa, skutkująca pozytywami. Dojdzie do tego wcześniej czy później.” Konflikty polsko-białoruskie są jego zdaniem spowodowane niewiedzą. “Gdyby wprowadzono do szkół historię i kulturę Białorusi, okazałoby się, że jest więcej elementów wspólnych, niż tych, które dzielą” i dalej “Trzymanie w niewiedzy ... budowanie napięć to, moim zdaniem, działanie zamierzone. Białystok nie jest tu odosobniony.” Najgorsze, że zadawnione animozje tutaj się pieczołowicie pielęgnuje, zamiast opowiedzieć o nich otwarcie i próbować zrozumieć. Artysta jest zadnia, że głośne wyjawienie bolesnych historii, wyrzucenie ich z siebie, oczyszcza atmosferę.

Leon Tarasewicz nie chciał być skandalistą. Za młodu nie przypuszczał nawet, że bycie Białorusinem będzie dla niego znaczyło nie kończące się awantury. Wychował się we wsi Waliły Stacja w prawosławnej rodzinie. Jest synem murarza. Wszyscy sąsiedzi mówili “po swojemu” i ikony w kątach chat też nie były żadną dziwnością. Rodzice pozwolili mu iść do Liceum Plastycznego do Supraśla. Potem zgodzili się bez gniewu na wyjazd syna do Warszawy na studia w Akademii Sztuk Pięknych. Leon Tarasewicz często wspomina pewne wydarzenie z młodości. Jako student czytywał prasę. Kupował także białoruską “Niwę”. Pożyczał ją od niego sąsiad, Buraczewski, prosty rolnik i beznadziejny alkoholik. Któregoś razu, odnosząc mu gazetę powiedział, z powagą patrząc mu w oczy: “Nie to jest najważniejsze Lonik, że się kształcisz, ale to żeś nie wyrzekł się bycia Białorusinem”. Nigdy by nie przypuszczał Buraczewski jakiego zabił tym ćwieka artyście. Od wtedy chyba zaczął myśleć nad tym, co to znaczy być Białorusinem i jak nim być, żeby nie dać się spolszczyć. Podczas studiów całą energię rozdzielał między malarstwo, zarabianie na przeżycie w Warszawie (np. struganie szachowych figurek) i udzielanie się na białoruskich, studenckich imprezach. Pod koniec stanu wojennego zawitał u swego przyjaciela Sokrata Janowicza, białoruskiego pisarza z Krynek. “(...) zaawizował mi był - opowiada Sokrat - niesłychaną drzewiej w siermiężnym getcie narodowościowym – inicjatywę: kroi się wakacyjna wędrówka młodych w celu poznania etosu Małej Ojczyzny. Winienem zatem obsłużyć żaków, drapując się w rolę wszechwiedzącego guru. Przyznam, że zdębiałem. W dotychczasowej naszej optyce wszelki magistrant uchodził za zdrajcę sprawy narodowej, jawił się jako rodzaj szlachetniejszej odmianki żula, co to z ubogiej ojcowizny – plując na nią – pomyka w krainy miodem i mlekiem płynące, na gotowy dobrobyt u obcych.(...) A tu raptem szumna wataha pod przewodem Lonika ma zwalić się do mojego domu na prowincji, istny wysyp nieanalfabetycznych patriotów; zapowiadało się bowiem na dwudziestkę edukowanych kawalerów spod słomianych strzech w towarzystwie kształconych pannic, wyzbytych nieśmiałości chłopek, przebojowych narodówek z uszytym na mamcinej maszynie “Singer” biało-czerwono-białym sztandarem na wietrze! Jezus Maria i Wszyscy Święci, toć to radość nad radościami! Żyvie Biełaruś!” Wyszykował się pan Sokrat na przyjazd młodzieży. Odpicował cały stryszek, a tu pojawia się Leon z dwoma podlotkami na damkach. Obydwaj nadrabiali miną i martwili się, czy im pannice nie czmychną nazajutrz do miasta. Pomysł rajdu “Baćkauszczyna” zrobił się modny rok później. Apogeum popularności osiągnął po dwóch latach. Spotykało się na nim nawet Polaków.

Po studiach Tarasewicz wrócił do Walił. Przywitały go ironiczne uśmieszki kolegów i zaniepokojenie rodziców. Wtedy na wieś się nie wracało. Znaczyło to klęskę kariery w mieście. Odmalował największa izbę na biało i zrobił tam pracownię, ale nie zamknął się w niej na cztery spusty. Zaczął się udzielać społecznie. Tak zaaranżował samorządową kampanię wyborczą do rady gminy, że większość mandatów dostała tamtejsza filia Białoruskiego Zjednoczenia Demokratycznego. Wydał trzy numery wyborczej gazety “Hołas Haradka”. Po pięciu latach z jego inicjatywy powstał obywatelski organ prasowy - dwujęzyczne (polsko-białoruskie) “Wiadomości Gródeckie – Haradockija Naviny” Ten gminny miesięcznik otrzymał ogólnopolską nagrodę dla najlepszego pisma lokalnego, przyznawana przez fundację “Idea”. Udzielał się również przy tworzeniu studenckiej gazety “Sustreczy”, wydawanej w Warszawie i Biuletynu Informacyjnego Bractwa Młodzieży Prawosławnej. Założył Towarzystwo Przyjaciół Ziemi Gródeckiej, dzięki któremu zdobyto pieniądze na badania archeologiczne na miejscowym grodzisku średniowiecznym. Zajął się też przygotowaniem Festiwalu “Basoviszcza” w lasku Boryk koło Gródka. Zaanimował i stał się prawie, nieoficjalnym agentem białoruskiego zespołu rockowego “Braha”, którego utwory, mimo że kapela już nie istnieje, nie schodzą z pierwszych miejsc listy przebojów prowadzonej przez białoruskie Radio Racja nadające z Białegostoku.

Z powyższej listy społecznych zasług Leona Tarasewicza jasno wynika, że nie jest on ani samotnikiem z natury, ani nadętym artystą, zamkniętym szczelnie w swoim “ego” jak w napompowanym balonie. Nasuwa się też jednak złośliwe pytanie: Jeśli nikt go nie docenia, to w imię czego się tak poświęca i urabia po łokcie? A, bo ma też Tarasewicz swoją osobliwą teorię jeśli chodzi o ewolucję i rozwój mniejszości białoruskiej w Białostockim Kraju. Wysnuł ją na podstawie starego, żydowskiego porzekadła: “Pracuję po to, żeby mój syn był inżynierem, wnuk lekarzem, a prawnuk – artystą”. “Społeczeństwo, które nie ma tych czterech pokoleń jest w jakimś sensie upośledzone. – mówi w “Metafizyc prowincji” - Znam ludzi z pokolenia poprzedzającego moje. Są to dzisiejsi piećdziesięciolatkowie, którzy sprawują ważne dla nas na białostocczyźnie funkcje. To pokolenie inżynierów: Mikołaj Aleksiejuk, Mikołaj Buszko, Michał Bajko, Eugeniusz Czykwin, Bazyli Leszczyński, Anatol Odziejewicz (...) Nasze pokolenie, wchodzące w dorosłość wraz z solidarnościową rewolucją, jest już nieco inne. To pokolenie historyków. Choćby ci, którzy dziś robią w polityce: Wappa, Łatyszonek albo dziennikarze: Wawrzeniuk, Iwaniuk, Choruży. Oni stanowią odpowiednik lekarzy z anegdoty. Piękne i pozytywne jest to, że zajmując się historią, formują świadomość. Z drugiej jednak strony to trochę ogranicza. Historyk zawsze będzie analizował przeszłość i budował przyszłość na podstawie tego co było. W ten sposób każda idea będzie w jakiś sposób spóźniona.” Zgodnie z tą teorią, teraz ma się pojawić to czwarte, kreatywne pokolenie. Pełne rewolucyjnych pomysłów i mądrych idei weźmie się za przebudowę obecnych porządków i zmieni białostocką społeczność. Pożyjemy, zobaczymy.

Artystycznie – awangardowy i uznany

W tej materii głos zabiorą znawcy tematu, więc: krytyk sztuki, przyjaciel malarz i sam artysta. Wypada tylko dodać, że o randze jego dokonań malarskich i rozwoju jako artysty niech świadczy fakt, że Leon Tarasewicz zaczynał swoją drogę między innymi od zbiorowej wystawy na Aperto 88 w Wenecji (salonu “off”, ukazującego autorów debiutujących, awangardowych, pokazującego ich prace poza głównymi salami wystawowymi), a w roku 2001 będzie miał na weneckim Biennale indywidualną prezentację jako reprezentant Polski.

Łukasz Gorczyca – krytyk malarstwa:

“Leon Tarasewicz jest malarzem doskonałym i malarzem ponad wszystko. Znaczy to między innymi tyle, że wszelkie pozamalarskie konteksty są dla jego twórczości tak naprawdę mało istotne. Dogłębnie zrozumiał on bowiem istotę działania obrazem: płaszczyzną, kolorem, jego światłem, układem form, ideą plastyczną, a więc czymś co tkwi w myśli, ale nigdy nie przekłada się na słowa. To, że obrazy Tarasewicza nie mają tytułów, wydaje się oczywiste, ale przez długi czas najwyraźniej takim nie było, skoro z dziwnym uporem podpisywano je, wbrew autorowi “bez tytułu / untitled”.

“Mimo, że traktowana dotąd jako jednolita całość, twórczość Tarasewicza ulega ewolucji. Trafniej rzec: uściśleniu. Wraz z upływem czasu i przyrostem nowych prac coraz mocniej brzmi malarstwo (jako sens), coraz słabiej zaś natura (jako temat, wyobrażenie, pretekst)”.

“Jeśli jednak zastanowić się nad kwestią sięgania przez artystę idei natury, należy porzucić nazbyt proste skojarzenia form i kształtów – pni drzew, rytmów pól, które Tarasewicz niegdyś namalował. Istotny sens zawiera się w jakość przedstawienia – walorze koloru, jego intensywności bądź skontrastowaniu, w blasku. Tkwi on w eksploracji gestu malarskiego, w owych smakowitych, nakładanych jedna na drugą, warstwach farby – w narastaniu rozproszeniu ostrych krawędzi, rezygnacji z suchej geometrii na rzecz porządku malowanego “z ręki”, w spontanicznie niczym deszcz spuszczonych kroplach i stróżkach farby, we wszystkich przejawach fizycznej ekspresji, która witalnemu pięknu koloru (tak silnie odczuwanemu choćby w ostatnich pracach), przeciwstawia żywotny niepokój egzystencji. Oto fakty jak kamienie, jak ciężar pędzla mokrego świeżą farbą. Rzeczywistością natury jest jej piękno, prawdą – żywioł walki o przetrwanie. Formułą zaistnienia i przetrwania w sztuce jest dla Tarasewicza sięganie piękna. Nie jest to jednak piękno przesycone estetyczną delikatnością, ale zaprawione autentyczna emocją: podpatrzona w pejzażu, składowana samą w sobie. Podbudowane własnym temperamentem, prywatna ekspresją.

Jakkolwiek rzeczywisty pejzaż można uznać za temat obrazów, zwłaszcza tych z lat 80., gra idzie, powtórzmy, nie o samą naturę, ale o malarstwo. Nie o samo “doświadczenie natury”, tak dla Tarasewicza naturalne i spontaniczne, ale i o sztukę, czyli odpowiedź na owo doświadczenie.”

“Czystość. Nie tyle bowiem same barwy, co obrazy jako całości są czyste. Trafność tego określenia w odniesieniu do malarstwa Tarasewicza tkwi, jak sądzę, w dwoistości skojarzeń jakie ono w sobie niesie: fizycznych i moralnych.”

Jeśli wnętrze jest niewielkie, jak choćby przestrzeń warszawskiej Galerii Foksal, malowidło obiega widza ze wszystkich stron. Zamyka go w sobie, ale nigdy nie chce uwięzić. Przetrzymuje, jakby chcąc upewnić się, że wywrze stosowne wrażenie, ale nigdy nie odcina wyjścia. (...) Te obrazy, totalne, zakładające ruch, aktywność widza, mają, już poza kontekstami, walor nie tylko inicjacji w czyste malarstwo, ale i drogi przez nie, a więc: oczyszczenia.”

“Tkwi w postawie Tarasewicza potęzna dawka idealizmu. Po pierwsze, wierzy on w istnienie absolutnego Porządku, któremu podporządkowuje kompozycje swoich obrazów. Po drugie wierzy w pogodzenie żywiołów. Okiełznanie tymże Porządkiem chaosu barw, blasku światła.”

Jan Gryka, przyjaciel, artysta z Lublina:

“Dla Leona Tarasewicza rodzaj podłoża, na którym powstaje obraz nie ma właściwie specjalnego znaczenia. Możliwość jego powstania istnieje zawsze i te możliwość artysta wykorzystuje bezwzględnie właściwie od zawsze. Nie słyszałem nigdy, aby jakiekolwiek techniczne uwarunkowania mogły być dla niego przeszkodą czy barierą, aby obraz mógł zaistnieć. Tu należy chyba zaznaczyć, że OBRAZ w tym wypadku należy rozumieć jako MALARSTWO – ponadczasową czy pierwotną kategorię sztuki, która dla Leona jest czymś takim, co kieruje jego życiem, losem i w końcu stanowi głęboką płaszczyznę odniesień do wszelkich możliwych zajęć.”

To co w latach 1983-85 było dla Leona punktem wyjścia w malarstwie, dla wielu znanych polskich malarzy było granicą, do której nie byli w stanie dotrzeć. Leon niewątpliwie uzmysłowił taką możliwość i dlatego nadał sens swoim poszukiwaniom, wynikającym z wielkiej spuścizny malarstwa pejzażowego. Pejzaż w jego wydaniu to nie naiwny pejzażyk, to raczej rodzaj filozoficznej struktury wyrażania, to metafizyka natury, która próbowałbym określić jako “kategorie natury”. Leon odkrył w naturze pierwotny rytm, powtarzalność i rodzaj ornamentu, który stał się językiem jego sztuki.

Po pierwszej wystawie w Galerii Białej zjawisko zawarte w jego malarstwie określiłem jako “kaligrafia natury”. Teraz wiem, że to jest wielka księga “kaligrafii sztuki”, która zawiera niezwykłą intuicję artysty.

W malarstwie Leona niezwykłe jest również to, że już od kilku lat jego obrazy straciły bezpośrednią łączność z naturą, przestały przenosić szczegółową treść, stały się malarstwem, które nazwę czystym, gdyż nie jestem w stanie nazwać go abstrakcyjnym. Jest to symbioza doświadczenia z intelektem, który istnieje w tym malarstwie w dalszym ciągu, jako organiczne poczucie tego, co jest znane i dotykalne. Poszukiwania zmierzają jeszcze raz bezpośrednio w kierunku natury. Być może jest to artystyczno-genetyczny kod Leona Tarasewicza, znamię czy też naturalny system wyrażania, niezależnie od czegokolwiek funkcjonuje w jego malarstwie.

Realizacje przestrzenne, określam ciągle jako instalacje malarskie, szczególnie z powodu roli, jaką instalacje odegrały w sztuce lat 80-tych i 90-tych. Te malarskie przestrzenie to rodzaj myślenia awangardowego, na jakie na pewno nie stać malarzy o zbyt wąskich kryteriach medialnych.

W rozumieniu niektórych krytyków piszących o Leonie, malarskie przestrzenie są jedynie powiększonym obrazem, czy też jego przeniesieniem. Uważam, że jest wręcz odwrotnie. Obrazy stają się jedynie wycinkiem, pocztówką, fragmentem całości, mają pewien rodzaj ograniczenia, wycięcia, zamknięcia. Zaś realizacje malarskie w tym kontekście są strukturą zamkniętą lecz nieskończoną. Jest to otoczenie, którego nie da się ogarnąć jednym spojrzeniem, konieczny jest ruch, wysiłek podążanie, uczestnictwo, aktywny rodzaj odbioru, który przestaje być wyłącznie oglądem. To tak, jak poruszamy się w pejzażu – nie ma jednego punktu widzenia, nie ma zamknięcia. Perspektywa i kąt widzenia zmienia się ciągle. Musimy za nim podążać i uczestniczyć, przecież świat nie jest zamknięty.(...) Przy tej okazji możemy uzmysłowić sobie fakt, że większość malarskich realizacji Tarasewicza zostało bezpowrotnie zamalowanych, a reprezentacyjne dla jego sztuki zbiory są poza granicami naszego kraju.”

Sam o sobie

“W języku białoruskim na określenie sztuki używa się pojęcia: wyjałleńczaje mastawstwa, wyjałlenie znaczy wyjawienie, zatem artysta to ten, który wyjawia, pokazuje sztukę, coś na co pracowali również inni. Jego rola nie polega na tworzeniu, ale na pokazywaniu, definiowaniu. Może dlatego mam taki sceptyczny stosunek do egzaltowanych opowieści o dylematach tworzenia czy natchnienia. Dla mnie to kwestia czasu i pewnej dyscypliny, kiedy mam czas, zabieram się do pracy, wykonuje ja fizycznie, co nie znaczy, że bezmyślnie.”

“... który to już raz jadę z Walił do Warszawy? Ten długi, dwustuczterdziestokilometrowy blejtram odmierzam pionami drzew i przydrożnych słupów. Między nimi napotykam obrazy mego obecnego życia, zmieniające się w zależności od pory roku i dnia. Wystarczy mały kaprys pogody, by wszystko uległo radykalnej zmianie, uniemożliwiając powrót w to samo miejsce. Jak dziecko jestem zawsze zaskoczony ta nagłą utratą chwili: wszystko uległo zmianie, choć wmawiam sobie, że widzę to samo drzewo, pole, las. Uświadamiam sobie wówczas, jak niewiele w ciągu naszego krótkiego życia możemy dostrzec i doświadczyć bezgranicznej ciągłości natury. Chociażby tylko dlatego warto być malarzem”

“Życie samo zepchnęło mnie w pejzaż, czyniąc zeń moją wyalienowaną cerkiew bez ścian. Ciągle otwartą, ciągle nie poznaną.”

Towarzysko – nieobliczalny

Późny wieczór. W zasadzie to już noc, dochodzi dwunasta. Dzwonek do drzwi. Na klatce ciemno. Wchodzi Leon. Od progu krzyczy: “Co tak cicho w tym zacnym domu. Umarł kto, czy co?” Wraca z Berlina. Jechał bez przerwy prawie przez dobę. Przywiózł nowe kury do swojej kolekcji. Nie da już rady jechać do Walił. Zostanie na noc. Wyciąga z podróżnej torby katalogi najnowszych wystaw, świeżutkie książki, plakaty. Zdaje żartobliwą relację, co tam słychać w wielkim świecie sztuki. Opowieści te sprawiają wrażenie, że Leon w swoich podróżach chłonie wszystko, jak leci: całą reklamiarską szmirę, przygraniczne krasnale i światowe wystawy, najnowsze wydawnictwa, krajobrazy, zdobycze techniki. I rzeczywiście, Tarasewicz jest zdania, że współczesna sztuka nie żyje tylko cichymi (bo często pustymi) wnętrzami galerii. To co w niej najświeższego, najbardziej poruszającego przychodzi z ulicy. Leon nie stara się tego wszystkiego porządkować, wie, że z czasem śmieci odpadną, a w pamięci zostaną rzeczy najważniejsze, istotne. Grunt, to żeby mieć pojęcie dokąd współczesna sztuka zmierza, czym się zachłystuje, co wypluwa. Potem Leon przegląda lokalne gazety z ostatnich dni. Zjada ze smakiem wszystko co mu się podstawi pod nos. Ze zmęczenia zasypia przy piątym piwie, dosłownie wpół żartu, wpół słowa. Jutro wstaje o piątej. Musi być na dziesiątą w Warszawie. Wieczorem jedzie na otwarcie wystawy do Krakowa. Dwa dni później do Kijowa. Pod koniec lutego leci do Nowego Jorku. Będzie tam miał indywidualną wystawę. Tak wyglądają wizyty Leona: zawsze po drodze, nieoczekiwane, krótkie i intensywne.

Kiedy ma kilka dni wytchnienia zaprasza do siebie gości. Kolacje u Leona bywają tematyczne. Dotyczą zwykle ostatniego wyjazdu zagranicznego i jego najnowszych odkryć kulinarnych. Kiedy wrócił z Japonii założył stół suszonymi rybami, kałamarnicami i innymi robakami. Na deser zaanonsował wafelki z wodorostów, a do picia sake. Skończyło się na tym, że musiał podać jeszcze kiełbasę i postawić pół litra. Naprawdę wszystkie te frykasy i przystawki to tylko pretekst do rozmowy. Leon lubi kłótnie. Czasami prowokuje je jakimś przesadzonym, złośliwym sądem. Lubi słuchać, co ludzie mówią, czym się kierują w swoich opiniach, czego się obawiają. Kłótnie te nigdy nie prowadzą do obrażania się gości na siebie nawzajem, ale, paradoksalnie, do głębszego poznania się, nawet do wspólnego śmiechu z siebie samych. Czy Leon miał to w zamiarze czy nie, są w jakimś sensie terapeutyczne. Pomagają akceptować cudze dziwactwa, kompleksy i skłonności. To zresztą jedna ze złotych myśli artysty: “Nie ma rzeczy nie do przeskoczenia”. Jakieś niepowodzenia, przeszkody w realizacji celów są dla niego wyzwaniem, a nawet przygodą. Moment napięcia jest inspirujący. Niepowodzenia bowiem zdarzają się nam po to, żeby nas wzmocnić, byśmy zmądrzeli i znaleźli na nie sposób. Jeśli je pokonamy, podróż będzie trwała dalej, jeżeli się ich przestraszymy, spasujemy, staniemy w miejscu.

Ma Leon jeszcze jedno towarzystwo, wydaje się, że równie ważne jak ludzie. Są to kury, a właściwie ptaki, bo hoduje i kaczki, i pawie. Trzy lata temu zagnieździły się w Waliłach bociany. Po każdym powrocie z dalekiej wyprawy, niezależnie od godziny, Leon robi staromodny gospodarski obrządek. Zagląda do klatek. Podsypuje słomy, podlewa wody. Ma coś koło pięćdziesięciu par drobiu, w tym jego chluby: kury Feniksy, bajecznie kolorowe, z długimi zdobnymi ogonami, “Białoczuby”, “Chabo”, “Padewskie” i inne, o równie egzotycznych i eleganckich nazwach. Jego kurza namiętność przekłada się na działania społeczne. Jest prezesem Koła Hodowców Kur Ozdobnych “Gallus”. Ostatnio zawojowali polski rynek artystyczno-drobiarski. Na początku lutego 2001 pojawił się Tarasewicz u swego przyjaciela fotografa. Poprosił o zdjęcie. Wyglądał jak sowiecki generał. Miał na sobie pięć medali przyznanych dla jego kur, które zostały chempionami na ostatniej Warszawskiej Wystawie Gołębi Rasowych i Drobiu Ozdobnego. Z miłości do ptaków Leon podejmuje przedsięwzięcia dość ryzykowne: np. wykopał w Waliłach staw. Obsadził go pniami wierzb. Przyjęły się. Teraz zmaga się z linią brzegową. Ma pomysł jak powinna wyglądać i boryka się z jego realizacją. Co miesiąc kilkakrotnie kursuje do Niemiec, skąd przywozi nowe wieści o hodowli i co ciekawsze okazy.

Znajomi zastanawiają się, skąd on bierze czas na to wszystko: co roku kilka wystaw (w tym zagraniczne), prowadzenie (nie na odczep się) pracowni akademickiej, wspieranie białoruskich inicjatyw kulturalnych i jeszcze ptaki. Podejrzewają go o pracoholizm, ale nie wygląda na chorego. Przyjaciel, Jan Gryka z Lublina opowiada jak to jest, kiedy Leon zostaje u niego na noc: “... o czwartej rano Lonik budzi mnie: Jasiu wstawaj, czasu szkoda!”

Rzeczy, których nie znajdziesz w poważnej monografii

Nosi się wyłącznie na czarno. Clue kreacji stanowi nieodmiennie czarna, fotograficzna kamizelka z mnóstwem kieszeni. Latem zakłada drewniaki, też czarne.

Pali cygara.

Lubi surową cebulę, czosnek i tatara. Pija tylko kawę plujkę (czarną oczywiście).

W drodze, żeby nie tracić czasu, słucha książek na kasetach. Podobał mu się “Angielski Pacjent”. Nie uważa, żeby było to banalne romansidło. Ma słabość do disnejowskich kreskówek.

Jest dumnym właścicielem bardzo płodnej kotki Szczoty i słynnego szlafroka w kolorowe pasy.

W Waliłach w pokoju, zwanym salonem, ma coś ze dwadzieścia doniczek z bluszczem i palmę, czyli dżunglę ( nie wystawiał jeszcze w Afryce).

Nie przepuści okazji do tańca.

Rzeczy, które znajdziesz w poważnej monografii

Leon Tarasewicz urodził się 14 marca 1957 roku we wsi Stacja Waliły w województwie białostockim. Ukończył Liceum Plastyczne w Supraślu. W latach 1979-1984 studiował w Akademii Sztuk Pięknych w Warszawie. W roku 1984 otrzymał dyplom magistra sztuki na Wydziale Malarstwa w pracowni Tadeusza Dominika. Od 1996 uczy malarstwa i rysunku w Policealnym Studium Ikonograficznym w Bielsku Podlaskim oraz prowadzi Pracownię Gościnną na Wydziale Malarstwa w warszawskiej ASP. Jest laureatem prestiżowej nagrody im. Jana Cybisa, przyznanej mu w 1998 roku oraz nagrody Fundacji Nowosielskich – 2000r. Uprawia malarstwo monumentalne i sztalugowe. Mieszka w Waliłach.

Urszula Pietroczuk

Fot. Grzegorz Dąbrowski

Wykaz wybranych wystaw indywidualnych:

2001
Gary Tantinsian Gallery, New York

2000
Galeria Foksal, Warszawa
Salon Wystawowy Bagatt, Warszawa

1999
Galeria Zachęta Warszawa
Galerie Nordenhake, Sztokholm
Galeria DAP, Warszawa

1998
Galerie Mettalinde, Lubeka
Springer & Winckler Galerie, Berlin

1997
Galerij S 65, Aalst (Belgia)
Anderson Galerie, Umea (Szwecja)
Galeria Biała, Lublin
Galerie Mettalinde, Lubeka
Galeria Stotrzynaście, Białystok (fotografie)
Wyższa Szkoła Ekonomiczna, Ryga

1996
Springer & Winckler Galerie, Frankfurt nad Menem

1995
Galeria Biała, Lublin
Galeria Sztuki Współczesnej Muzeum Górnośląskie w Bytomiu
Galeria BWA, Katowice
Galeria Arsenał, Białystok

1994
Springer & Winckler Galerie, Frankfurt nad Menem
Galeria Foksal, Warszawa

1993
Springer & Winckler Galerie, Frankfurt nad Menem
Galerie Nordenhake, Sztokholm
Pałac Sztuki, Mińsk

1992
Malmo Kunsthall, Malmo
Instituto Polacco di Cultura, Rzym

1991
Galeria Krzysztofory, Kraków
Muzeum Okręgowe, Białystok
Galerie Nordenhake, Sztokholm
Galeria Foksal, Warszawa
Tel Aviv Museum of Art, Tel Aviv

1990
Galerie Fahnemann, Berlin

1989
Galerie Nordenhake, Sztokholm
Nigel Greenwood Gallery, Londyn
Galleria del Cavallino, Wenecja

1988
Muzeum Narodowe, Wrocław
Galeria Foksal, Warszawa
Pałac Sztuki, Mińsk
Sala Wystawowa, Grodno

1987
Edward Thorp Gallery, Nowy Jork
Damont Brandt Gallery, Nowy Jork
Galeria Arsenał, Białystok


1986
Galerie Nordenhake, Malmo
Galleria del Cavallino, Wenecja
Riverside Studios, Londyn
Galerie Boibrino, Sztokholm
Galerie Nordenhake, Sztokholm


1985
Pracownia Dziekanka, Warszawa
Galeria Biała, Lublin
Galeria Foksal, Warszawa


1984
Pracownia Dziekanka, Warszawa
Klub Białoruskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego, Warszawa
Galeria Foksal, Warszawa

Wykaz wybranych wystaw zbiorowych:

2001
Negocjatorz Sztuki. Wobec rzeczywistosci, Bunkier Sztuki, Kraków

2000
Leon Tarasewicz, Tiberi Silvashi. Malarstwo Centrum Sztuki Współczesnej, Kijów
Negocjatorzy Sztuki. Wobec rzeczywistości, Centrum Sztuki Współczesnej Łaźnia, Gdańsk
Pomiędzy estetyką a metafizyką, Galeria Bielska BWA, Bielsko - Biała

1999
Biała sztuka, Galeria Arsenał, Poznań
Internal/External. Poland – Japan, The Museum of Modern Art., Toyama
Galeria DAP, Warszawa

1998
Oikos, Muzeum im. L. Wyczółkowskiego, Bydgoszcz
Kolekcja, Galeria Zachęta, Warszawa

1997
Horizons, 14 Polish Contemporary Artists, Chosun Ilibo Gallery, Seul
Jerzy Nowosielski, Mikołaj Smoczyński, Leon Tarasewicz, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa

1996
Kunst und Natur, BASF-Feierabendhaus Ludwigshafen, Lindenau-Museum, Altenburg
Styki – Contact – Prints, Galeria Foksal, Warszawa
Horizons, 14 Polish Contemporary Artists, Sonje Museum of Contemporary Art., Kwangju, Korea Płd
Sztuka wobec natury, Galeria Zachęta, Warszawa

1995
Ciecierski, Tarasewicz, Tatarczyk, Galeria Foksal, Warszawa
Informacja’95, Witebskie Muzeum Sztuki, Witebsk
Unter einen Dach Polnische Galerien zu Gast im Podewil, Berlin

1994-1995
Figur, Natur, Sprengel Museum, Hannover
Der Riss im Raum, Martin-Gropius-Bau, Berlin

1994
Galeria Sztuki Współczesnej MNP, fragment kolekcji, Muzeum Narodowe, Poznań
Kolekcja 2, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa
Pustynna Burza, Galeria BWA, Katowice
Landschaften, Castello do Rivara, Turyn
Zeitgenossische Polonische Kunst, Kunstverein, Freiburg e. V
Rysa w przestrzeni, Galeria Zachęta, Warszawa

1993
Bilans – Balans, Galeria Biała, Lublin

1992
Kolekcja 1, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa
Frontiera 1’92, Arte giovane in Europa, Bolzano
Kolekcja malarstwa polskiego XX wieku, Muzeum Narodowe, Warszawa
Kolekcja międzynarodowej sztuki XX wieku, Muzeum Sztuki, Łódź

1991
23e Festival Internationale de la Peinture 1991, Cagnes-sur-Mer
Positionen Polen, Kunstelhaus Bethanien, Berlin
Europa Nieznana, Pałac Sztuki TPSP, Karaków
Rzeźba David Nash, Malarstwo Leon Tarasewicz, Centrum Sztuki Współczesnej Zamek Ujazdowski, Warszawa

1990
Galerie lat osiemdziesiątych, Galeria Zachęta, Warszawa
The Polish Museum of America, Chicago
The Expressive Struggle, Fourteen Contemporary Polish Artists, Syracuse
Rauma Biennale Balticum 1990, Rauma

1989
Dialog, Kunstmuseum, Dusseldorf

1988
Aperto 88, Biennale Sztuki, Wenecja
Art of the Edge, Museum of Modern Art, Oxford

1987
XIX Bienal International de Arte Sao Paulo, Sao Paulo
Realizm radykalny. Abstrakcja Konkretna, Muzeum Narodowe, Warszawa

1986
Kunst uit Polen, Galerie Nouvelles Images, Haga
Poland Painting, Ashley Gallery, Epsom
Overland, Ikon Gallery, Birmingham

1985
Four Foksal Gallery Artists, Richard de Marco Gallery, Edynburg

Dialog, Moderna Musset, Sztokholm