Aktualny język artykułu: PL

My się tylko uśmiechamy. V Jesień Bardów

Album Ludowy okazał się prawdziwym wydarzeniem V Jesieni Bardów w Bielsku Podlaskim. Tamtejsza publiczność przyjęła go entuzjastycznie.

"Album" to spektakl, składający się z 26 piosenek, z których każda stanowi obrazek z codziennego życia Zachodniej Białorusi w 20-leciu międzywojennym. Wykonują je artyści najbardziej znanych zespołów rockowych z białoruskiego Mińska: NRM, Nowaje Nieba, a także folkowej grupy Krywi.

Śpiewa więc Lawon Wolski, Kasia Kamocka, Wierenika Krugłowa, Aleksander Pomidorow, Źmicer Wajciuszkiewicz.

W warstwie muzycznej wykonawcy nawiązują do klimatów ludowych, ale wykorzystują też np. kalki muzyki rap, śpiewają w rytm tanga i polki. Dobór instrumentarium (gitary akustyczne, akordeon) oraz aranżacje przywołują skojarzenia z muzyką Szwagierkolaski czy - chwilami - Raz, Dwa, Trzy.

Chronologię wydarzeń spektaklu rozpoczyna i kończy przemarsz wojsk sowieckich przez Zachodnią Białoruś: pierwszy w 1919 r., drugi - w 1939. Złowrogi klimat wojskowej piosenki "At' dwa lewaj", budzący obawy mieszkańców pogranicza (utwory: "Kraju mój kraju" na melodię El Condor Pasa i "Matko Boska Ostrobramska"), wkrótce ustępuje alkoholowo-przygodowemu i całkiem wesołemu obrazkowi chłopców - Aniołów Stróżów, idących do partyzantki.

Polsko-radziecki pokój w Rydze, dzielący Białoruś na dwie części, budzi do działania całe mnóstwo bohaterów pogranicza: błękitnookich kontrabandystów o stalowych nerwach, a także szpiegów z naganami w kieszeniach.

A w małym Rakowie, położonym gdzieś na samym pograniczu, czy w Krewie, życie toczy się własnym rytmem: między karczmą u Żyda, prawdziwą, choć chwilami mocno wódczaną miłością i marzeniami o wielkim świecie - czyli Warszawie, gdzie szampan i Szopen.

I nawet drwal Józik, czekający z utęsknieniem powrotu Wielkiej Czerwonej Armii, czy wileński sklepikarz Kazik, cieszący się z "Polski od morza do morza", którzy w końcu muszą się pobić, nie są niczym innym, jak tylko częścią panującej idylli.

A kiedy wraz z "czerwoną jesienią" 1939 r. przychodzi "nowe życie", to "Proste słowa" ostatniej piosenki wyjaśniają, że i tak kiedyś wszystko będzie dobrze.

Jak dotąd, "Album Ludowy" prezentowany był trzykrotnie, tylko na Białorusi. Pierwszy raz w grudniu 1997 r. w Teatrze Młodego Widza w Mińsku. Jeden z koncertów został nagrany dla białoruskiej telewizji (był ponoć najgorszy).

Autorem większości słów piosenek i koncepcji artystycznej oraz konferansjerem jest Michał Aniempadystau. Materiał do "Albumu" zbierał, jeżdżąc przez sześć lat po wioskach i miasteczkach Zachodniej Białorusi.

Kolejne inspiracje stanowiły filmy: "Obca Ojczyzna" - ekranizacja utworu Wiaczesława Adamczyka pod tym samym tytułem, opowiadającego o okresie, kiedy Zachodnia Białoruś była w granicach II Rzeczpospolitej oraz "Vabank" Machulskiego. - Oglądaliśmy go w kinie chyba z pięć razy - przyznaje Aniempadystau.

Jeszcze jedna polska inspiracja, do której przyznają się twórcy "Albumu Ludowego", to płyta "Tata Kazika".

- Kazikowi udało się zbudować metafizyczną przestrzeń między latami 60. a dniem dzisiejszym - dodaje Aniempadystau. - Jego piosenki wydają się być bardziej autentyczne, niż gdyby je nagrano w tamtych latach. Staraliśmy się zrobić coś podobnego.

W "Albumie" pojawia się więc folklor, pochodzący z lat powojennych, jest pieśń białoruskich Żydów, marszowa piosenka Armii Czerwonej, piosenka tatarska, polska czy Niemców z Polesia.

- Zrobiliśmy coś w rodzaju pięknego obrazka, wykorzystującego stereotypy ideologii radzieckiej, dotyczące sytuacji w Zachodniej Białorusi - opowiada Aniempadystau. - Także wspomnienia ludzi o tym, jak to było dobrze pod polskim panowaniem, że było pełno kiełbasy. Nie śmiejemy się z tego wszystkiego, a tylko delikatnie uśmiechamy.

Bielski występ - w opinii samych wykonawców "Albumu" - był najlepszy z dotychczasowych. Niedzielną prezentację "Albumu Ludowego" poprzedziły również bardzo gorąco przyjęte koncerty folkowej grupy Krywi i legendy białoruskiego rocka - zespołu NRM, który po raz pierwszy w Polsce zagrał akustycznie.

Tomasz Danilecki, Gazeta Wyborcza, 1998/10/27