Zmień język artykułu: BEAktualny język artykułu: PL

Moja białostocczyzna

Zazwyczaj nasze wyobrażenia o tym, czy innym kraju powstają na długo zanim go odwiedzimy. Formują się pod wpływem stereotypów, przeczytanych książek, czy też opowieści ludzi, którzy sami tam byli. Podobnie było z moimi wyobrażeniami dotyczącymi białostocczyzny. Zaczęły się składać w mniej więcej wyraźny obraz wiele lat przed moją pierwszą tam wizytą.
Podczas nauki w szkole o istnieniu Białegostoku i okolicznych ziem nie wiedziałem nic. Nie mogę powiedzieć, że źle uczono nas geografii. Wręcz na odwrót: uczyli dobrze, ale jakoś dziwnie. Mogliśmy pokazać na mapie najwyższy szczyt Australii, ale mieliśmy bardzo mgliste wyobrażenie o wyglądzie samej Białorusi i jej sąsiadów.
Mój dziecięcy wszechświat z centrum w Mińsku miał bardzo dziwną konfigurację. Rozciągał się od północy na południe i jeszcze bardziej na wschód. Bliskość czy oddalenie miast zależała wprost proporcjonalnie od ilości wzmianek o nich w telewizji. Na zachodzie mego wszechświata przebiegała granica, podobna do tej, która w Średniowieczu oddzielała ląd od nieskończonego oceanu. Różnica między tymi granicami polegała na tym, że po drugiej stronie nie było nieskończonego oceanu, ale ląd. Nie mogliśmy się tam dostać, ale raz do roku przyjeżdżała do nas stamtąd nasza dalsza rodzina- powojenni przesiedleńcy z grodzieńszczyzny do „Ziem Odzyskanych”.
Jakiś czas później ociepliło się na pograniczu i także nas wypuszczono do rodziny do Polski. Moment przekroczenia granicy wydał mi się wtedy wydarzeniem naprawdę mistycznym. Zanim wypuszczono nas za granicę nasz pociąg kilka razy był przestawiany tam i z powrotem w bezludne nocne krajobrazy, bądź w okolice wielkich zabudowań. Na granicy ludzie rozmawiali szeptem jak w świątyni.
Białostocczyzna pojawiła się w mojej świadomości innym razem, z innej strony. Stało się to dzięki mojemu późniejszemu zainteresowaniu białoruskością.
Kilka dobrych lat po mojej pierwszej wizycie w Polsce, gdzieś na początku lat 80-tych gdy studiowałem już w mińskiej artystycznej uczelni, zacząłem czytać książki, czasopisma i gazety drukowane po białorusku.
Któregoś dnia, zupełnie przypadkiem, kupiłem w Mińsku białostocką „Niwę”. Gazeta zdziwiła mnie- wtedy sowieckiego Białorusina, swoją apolitycznością i jakąś „swojską” białoruskością. Mówiąc o poziomie tej gazety, trzeba przyznać, że też był „swojski”, czy mówiąc bardziej krytycznie, amatorski. Dziś rozumiem, że wtedy nie mogło być inaczej, że białoruska autonomiczna kultura w PRL miała swoje określone przez władze ramy. Jednak wtedy przyjąłem to jako coś dane.
Jednak i to niewinne białoruskie wydanie, jak i cała polska prasa, znikło z mińskich sklepów po powstaniu „Solidarności” i związanych z tym wydarzeń.
W tym samym czasie na Białorusi też coś się działo i nie ma racji ten, kto mówi, że polskie wydarzenia nie miały wpływu na sąsiadów. Mianowicie polski przykład sprowokował chęć większej swobody, szczególnie w młodzieżowym środowisku Mińska i innych większych miast Białorusi.
Wtedy to właśnie zaczęły powstawać liczne młodzieżowe ruchy, w tym i „Mjstrounia”- kuźnia młodych twórców nowego białoruskiego odrodzenia. Właśnie przez „Majstrounię” trafił do mnie przedruk książki Arkadzija Smolicza „Geografia Białorusi” wydanej po raz pierwszy w Wilnie w 1919 roku.
Smoilcz pisał swoją książkę w okresie, w którym nowe twory państwowe na terenie, wtedy już byłego, Imperium Rosyjskiego pojawiały się i znikały kilka razy do roku. Z tej właśnie przyczyny, a także dlatego, że Smolicz był białoruskim patriotą i swą książkę pisał z właśnie pozycji białoruskiego patriotyzmu, osobny rozdział jego książki poświęcony jest białostocczyźnie.
Smolicz użył dyplomatycznego sformułowania mówiąc o składzie etnicznym białostockiego kraju. Jego treść przedstawia się mniej więcej tak: na zachodzie i północy regionu Białorusini są przemieszani z Polakami. W miastach mieszkają Żydzi. Wynikało z tego logicznie, że wszędzie (oprócz wyżej wymienionych miejsc) mieszkają Białorusini. Tak właśnie uważałem do czasu mojej pierwszej wizyty w tym regionie.
Podsumowując bagaż moich ówczesnych wiadomości (jaki mimo woli wpływa na ten obraz, który mam i dziś), mogę namalować taki oto, w wielu miejscach idylliczny obrazek: za Puszczą Białowieską, za granicą państwową leży ostatnia oaza białoruskości, gdzie są białoruskie szkoły, gdzie ludzie chodzą do cerkwi, gdzie wydawana jest niepolityczna gazeta „Niwa”. Dzięki książce Smolicza wiedziałem o wielu lasach porastających ten region, a także o tym, że ze wszystkich białoruskich regionów białostocczyzna była najbogatsza i miała najlepiej rozwinięty przemysł.

Gdzieś na początku lat 90-tych, z wiadomych wszystkim przyczyn, Granica między nami, pisana wielką literą, przeistoczyła się w zwykły punkt kontrolny. Ludzie zaczęli jeździć tam i z powrotem, rozkwitł przygraniczny handel. Rozkwitły także kontakty kulturalne pomiędzy Białorusinami z obu stron granicy.
Trzeba przyznać, że te kontakty istniały zawsze, gdyż starsi działacze utrzymywali więzi w czasach sowieckich. Mam jednak wrażenie (i przepraszam jeśli się mylę), że niezapomniane wspólne projekty nie powstały. Naturalnie z wyjątkiem przekładów. Przyczyna nieobecności tychże wspólnych projektów leży według mnie właśnie w braku częstych kontaktów.
Białoruska kultura była wówczas sprawą elitarną, czasem profesjonalnym zajęciem. Utrzymywała się dzięki grupce ludzi. Było tak dopóki nie zjawiło się dużo młodych ludzi, dla których białoruskość stała się kwestią światopoglądu i samoświadomości. Na białostocczyźnie byli to ludzie, których studenckie czasy przypadły na okres „Solidarności”, ale w ślad za nimi szli jeszcze młodsi. Na Białorusi była to generacja „Majstrouni” i również ludzie młodsi. Przed białoruską wspólnotą postawione zostały nowe zadania. Teraz trzeba było zachowywać nie tylko kulturalną tradycję, ale i w ramach tej tradycji stworzyć możliwości rozwoju.
Sprostanie tym wyzwaniom wymagało nie tylko pracy w sferze kultury, ale i polityki. I wielu ludzi, tak czy inaczej, zaczęło się polityką zajmować. W ogóle, w tym czasie wszyscy byliśmy mocno upolitycznieni. Swojej białoruskości trzeba było dowodzić. Dowodzić nie tego, że mamy prawo nazywać siebie Białorusinami, ale że z tego prawa mamy zamiar korzystać.
Mam wrażenie, że polska większość białostocczyzny była wtedy tym trochę zszokowana. Przypuszczam nawet, że najbardziej zszokowani, a nawet oburzeni byli ci Białorusini, którzy oderwali się od swych korzeni i zaczęli uważać się za Polaków. Bo właśnie tak było w tym czasie na Białorusi.
Tak czy inaczej, Polacy okazali się na tyle mądrzy i zechcieli nas zrozumieć i w wielu sferach wyszli nam naprzeciw. Tak przynajmniej widzi się to z Mińska. A kiedy nas zrozumieją zrusyfikowani i zsowietyzowani czy też spolonizwani rodacy- tego nie wiem.

Boję się, czy nie zabrzmi to zbyt patetycznie, ale zauważcie: w końcu w moim tekście (niezależnie ode mnie) pojawiło się słowo „my”. Raptem zrozumiałe, dlaczego tak ciężko jest mi pisać na temat „Pogląd na białostocczyznę z Białorusi”. Pisać jakby z boku jest bardzo ciężko, bo od razu ukazują się znajome twarze i, szczerze mówiąc, boję się dalej pisać, aby nikogo prywatnie nie obrazić.
I oto, czego nie mogę zrozumieć, i co mnie strasznie złości to ten stan bycia obrażonym, który (choć jest białoruską cechą) na białostocczyźnie nabył przeogromnych rozmiarów. Ja sam nie jestem wyjątkiem. Też jest mi przykro, ale jest mi przykro bo cierpi przez to cała białoruska kultura. Korzystając z okazji, proszę o nie obrażanie się na mnie tych, którzy mają ku temu podstawy.
Tak więc pierwszą charakterystyczną białostocką jaskółką w Mińsku był Leon Tarasewicz ze swoją wystawą w Pałacu Sztuki. I jaskółka zrzuciła prawdziwą bombę! Na otwarciu wystawy nie można było znaleźć wolnego miejsca. Wraz z żoną Aleną przyszliśmy na wystawę z kwiatami, ale nie znalazłszy odpowiedniego momentu dla wręczenia bukietu dla bohatera, wróciliśmy z kwiatami do domu. Osobistą znajomość zawarliśmy kilka lat później w Waliłach, podczas „Basowiszcza”.
Osobę Tarasewicza ciężko jest przecenić, tak dużo zrobił dla naszej kultury i sztuki. Ale nie znajdziecie na jego temat nic w państwowej białoruskiej prasie. Nie ma w tym nic dziwnego, bo temu państwu ktoś pokroju Lonika nie jest potrzebny.
Dziwi fakt, że niezależne kulturalne wydania bardzo rzadko piszą cos na jego temat. I to na tle stałej jego obecności w polskich i europejskich środkach masowego przekazu. Szczerze mówiąc nie wiem dlaczego tak jest.
Może nasi są tak ograniczeni i leniwi, że nie mogą dzięki wyszukiwarce internetowej zajść na stronę malarza. A może sam artysta nie uważa za ważne od czasu do czasu przypominać o swojej twórczej działalności, przynajmniej poprzez informacje prasowe o mających się odbyć wystawach. Tak czy inaczej, ludzie na Białorusi pozbawieni są jeszcze jednej wiadomości o tym, z czego można i trzeba być dumnym. Zresztą zwyczajnie pozbawieni są ciekawej informacji o swoich kulturalnych bohaterach.

Wyprzedzając fakty, muszę stwierdzić, że wiele ciekawych rzeczy, które odbywają się na białostocczyźnie, do szerszego kręgu na Białorusi niestety nie dochodzi. I znów mowa tu nie o oficjalnych wydaniach, ale o niezależnej prasie.
W ogólnym rozrachunku Białoruś, a w dzisiejszej sytuacji jej intelektualna elita, ma wobec białostocczyzny duży moralny, można by rzec, dług. Jedyną rzeczą, którą z naszej strony otrzymuje białostocczyzna w wystarczającej, albo wręcz przesadnej ilości, jest rock w różnych jego formach i odmianach. Również młoda Białoruś dzięki przyjaciołom z Białostocczyzny ma możliwość wypowiedzenia się i bycia usłyszaną. Nie wiem czy gdziekolwiek indziej na świecie istnieje jeszcze sytuacja, w której największy narodowy festiwal rockowy odbywa się poza granicami kraju. Dlatego właśnie „Basowiszcza” to fenomen. O „Basowiszczu” można by pisać dużo. Można by (i warto) nakręcić film, napisać książkę. Jestem prawie pewien, że taka książka zostanie napisana, a film nakręcony, ale kilka znaczących momentów chciałbym zaznaczyć już teraz.
Pierwsza sprawa: to pierwszy znaczący kulturalny projekt Białorusinów białostocczyzny i metropolii (oj, jak nie pasuje do Białorusi to słowo!). Druga: jest to trwały projekt, co w naszych warunkach jest rzadkością. Trzecia: jest to projekt efektywny, bo w wielu kwestiach wyznacza rozwój kultury rockowej i, szerzej, kultury młodzieżowej, czyli kultury jutrzejszej Białorusi.
Ciężko porównywać z „Basowiszczem” inny festiwal, a mianowicie „Jesień Bardów”, gdyż zbytnio się różnią. Inna forma, inny rozmiar. Mimo wszystko spróbuję je jednak porównać.
Otóż wydaje mi się, iż pierwszy z nich robi się coraz bardziej festiwalem muzyki mainstreamu i wyjście poza stylowe ramy gwarantuje porażkę w konkursie. Jest to tendencja bardzo niebezpieczna, gdyż hamuje poszukiwania nowych form, a więc przeszkadza sztuce rozwijać się.
Drugi festiwal ,odwrotnie, zrobił się eksperymentalna płaszczyzną dla muzyków starszej formacji i klubem corocznych spotkań. Jest tu naprawdę zawsze gościnna aura, która sprzyja przyjacielskim i twórczym kontaktom. Brakuje jednak jednej bardzo istotnej rzeczy (i wpłynąć na to festiwal nie może), a mianowicie nowych twarzy. Jeśli na „Basowiszczu” jest dużo naprawdę ciekawych uczestników, to na „Bardauskaj Wosieni” jest z tym problem.
Problem jest poważny, gdyż ukazuje, że w dzisiejszym młodzieżowym środowisku białoruskim zapotrzebowanie na muzykę słowa jest mniejsze niż na muzykę w ogóle.
Mówię naturalnie o swoim widzeniu sprawy. Mogę naturalnie się mylić, ale są miłe wyjątki, które obalają moja tezę.
Chciałbym wymienić wszystkich z imienia, ale mając na uwadze ramy tego artykułu wymienię tylko dwa nazwiska: Kobzar i Sulima. Główne, czego im brakuje to pewności siebie.
Taka pewność siebie była kiedyś w każdym z nas, a prywatnie w założycielach ZMB. Osobiście podczas pierwszego kontaktu z nimi zaskoczyła mnie ta ogromna ilość energii, która od nich biła. Jeśli jeszcze do tego wyobrazimy sobie, że chłopcy mieli postury niczego sobie, to możecie sobie wyobrazić, jaka to była siła.
Na białostocczyźnie wszyscy zresztą są potężni. Widać to szczególnie, gdy ktoś przyjeżdża do nas do Mińska w odwiedziny. Pewnego ranka zeszedłem na pocztę obok mojego domu. Było to rano, niewielu ludzi. Od razu zobaczyłem dwóch zdrowych i potężnych osobników z plecakami. Od razu pomyślałem, że to natowscy spadochroniarze, ale gdy się im przyjrzałem, poznałem Igora i Krzysztofa. Warto przy tym podkreślić, że u siebie wyglądają oni na wręcz chudych.
Pamiętam również, jak trafiłem po raz pierwszy na białostocczyznę na wyżej wymieniony „leśny” festiwal. Chodzę, nikogo jeszcze nie znam, nie mam jeszcze nowych znajomych, a nagle naprzeciw idzie prawdziwy „killer” o odpowiednich „killerskich” rozmiarach, w kamuflażu i z ogoloną głową. „Killer” podszedł do stolika, gdzie sprzedawano kasety, groźnie obejrzał asortyment i...ruszył dalej. „Co to było?”- zapytałem Kasię Kamocką. „To Tomson”- odpowiedziała. Tomson był widocznie pierwszym Białorusinem z białostocczyzny, z którym przynajmniej tak zaocznie, zapoznałem się.
Ale on o tym nie wie. Ja w sumie tez o tym zapomniałem, ale przed chwilą to sobie przypomniałem. I aby wreszcie zakończyć tą antropologiczną dygresję, pragnę zauważyć, że u mieszkańców białostocczyzny bardziej niż tu rozwinięte jest poczucie bycia gospodarzem, spokojna pewność i poczucie własnej odpowiedzialności. Może dlatego, że większość ludzi pochodzi ze wsi, ze swej ziemi, której nikt nie zabierał, że nikt nie zaganiał ich do kołchozów. Może dlatego, że chodzą do cerkwi, a może po prostu się mylę i wszystko zależy od indywidualnych cech człowieka?
Gdybym nie poznał tych ludzi z białostocczyzny, których znam, z pewnością moje wrażenia byłyby inne. I Białystok i Bielsk, i tenże Gródek byłyby dla mnie zupełnie innymi miastami, z inna geografią, z inna aurą.
Pewnego razu musiałem dobijać się do Białegostoku stopem. W samochodzie, który zabrał mnie jeszcze z białoruskiej strony jechało kilka osób z Grodna zajmujących się po prostu handlem. Jeżdżą do Białegostoku często, ale jak się okazało, miasta nie znają wcale. Mówiąc dokładniej, znają nie to miasto, które znam ja. Wcale nie znam tego Białegostoku, który znają oni. W wyniku tego, aby dostać się na dworzec autobusowy (musiałem dalej jechać do Bielska) musieliśmy pytać o drogę miejscowych. Co prawda, ten Białystok, który znam ja jest ładniejszy od „ich Białegostoku”. Poszczęściło mi się.
Z drugiej strony nie znam i nie chciałbym znać całej prawdy o Białymstoku. O jego bazarach, blokowiskach, obrzeżach. Na razie wystarczy mi znajomość odcinku od dworca do początku ulicy Lipowej i stamtąd do Pałacu Branickich. Wszystko, czego potrzebuję znajduje się wzdłuż tej trasy. Wszyscy moi przyjaciele i znajomi pracują bądź przy samej Lipowej, bądź niedaleko od niej. A to między innymi świadczy o niebylejakim statusie białostockich Białorusinów w miejskim społeczeństwie. Jeszcze raz powtórzę: poszczęściło mi się.
Muszę przyznać, że pierwsza faza znajomości z Białymstokiem już u mnie minęła. To znaczy, że w ślad za pierwszym przyjemnym wrażeniem zaczął się etap krytycznego stosunku. Oznacza to, że miasto robi się dla mnie coraz mniej obce. I już zaczynam się przejmować losem malowniczego kącika przy ulicach Kijowskiej i Młynowej, już drażni mnie niesmak nowej zabudowy, już dziwi bezguście niektórych szyldów reklamowych.
A co do wyżej wymienionych miejsc, uważam, że cała inteligencja miasta powinna zebrać się razem i postarać się o zachowanie tego fragmentu starego miasta. Mam na uwadze zarówno polskie ośrodki kulturalne, jak i białoruskie czy żydowskie. To ogólna spuścizna. Taka zabudowa i taki duch są charakterystyczne dla tego regionu. Dalej na zachód tego nie ma. Podobna zabudowa występuje na Wileńszczyźnie, gdzie coraz częściej uważana jest za historyczną i kulturalną kosztowność. Jest jeszcze trochę na Białorusi, ale u nas ruinuje się nawet bardziej kosztowne obiekty. A my uratować ich nie możemy.

Prawdę mówiąc, Bielsk podoba mi się bardziej niż Białystok. Niech nie maja mi tego za złe białostoczanie. Do centrum miasta lepiej jest wchodzić od strony stacji przez park, mijając grodzisko.
Nigdy nie byłem w Bielsku zimą, nie byłem wiosną i latem też nie udało mi się być. W moim Bielsku zawsze była jesień. I zawsze była bardowską. W Bielsku po raz pierwszy zapoznałem się z wieloma z tamtejszych przyjaciół. Z Igorem Łukaszukiem, z Krzysztofem, z Osiennikiem. Nawet z Wicią Szałkiewiczem zapoznałem się też w Bielsku.
Bielsk, po Mińsku i Białymstoku, przyjemnie zadziwia swoją harmonijnością. Nawet grodzisko jest tu harmonijne. Takie, że bez wysiłku można je obejść dookoła,,, albo wspiąć się po jego stoku. Kiedy wchodzę do centrum od strony stacji, zawsze z zaciekawieniem patrzę, jak będzie udekorowany pierwszy dom po lewej stronie od wyjścia ze ścieżki. Gospodarze zawsze wymyślą coś nowego. Oni, sami tego nie wiedząc, wyznaczają co roku nastrój dla mojego trzydniowego pobytu w Bielsku. Od razu za domkiem białoruskie liceum- dodaje mi wiary w przyszłość. Naprzeciw mur, na powierzchni którego 10 lat temu toczyła się wojna na obelżywe hasła pomiędzy bardzo młodymi Białorusinami i bardzo młodymi Polakami. Za murem wieże niebiesko- błękitnej cerkwi, z przodu Bielski Dom Kultury, dalej ratusz, drewniana karczma i sklepiki, i barokowy kościół, który zamyka perspektywę ulicy.
Oto co wiem. Nadzieja Artymowicz wie i może powiedzieć o Bielsku, o każdym jego detalu, znacznie więcej i tysiąc razy głębiej. I choć każdego razu stwierdza, iż jej Bielska już nie ma, pozwalam sobie nie zgodzić się, bo akurat Bielsk pani Nadziei- stracony, przeżyty... żyje i będzie żyć swym życiem w jej poezji. Podobnie jak będzie żyć polskojęzyczny Bielsk Jerzego Plutowicza, albo malowany Bielsk Olega Kobzara.
Już zapomniałem, kto z moich białostockich przyjaciół po raz pierwszy pokazał mi ulicę Młynową, ale pamiętam dobrze że odczuć piękno tutejszego tradycyjnego krajobrazu, jego detali, pomogła mi fotografia Jurka Osiennika. Dane jest mu znajdować piękno w zwyczajnym, a to dar, którym trzeba się dzielić. Jego wcześniejsze zainteresowanie obiektami tradycyjnej zabudowy i, szerzej, tradycyjnego środowiska była bardzo na czasie, bo tradycja bez artystycznej analizy trwa tylko do pewnego momentu. Według mnie taki moment już nadszedł i jeśli nikt nie oprawi tej tradycji w ramkę, nie udowodni, że jest to piękne- tradycja zginie. A my- Białorusini, zgubiwszy już wiele z naszej spuścizny zrobiliśmy się nieciekawi sami dla siebie.

I czy nie tego dowodzi Sokrat Janowicz swoją twórczością wysyłając filozoficzne posłania ze swych zagadkowych Krynek w szeroki świat? Bo naprawdę, wyjątkowość białostocczyzny, jej przestrzeni jako etnicznego pogranicza, jako pola wzajemnego kulturalnego wpływu ma równie ogromne znaczenie dla Polaków jak i dla Białorusinów. To samo można powiedzieć o polskiej obecności na Białorusi i o fenomenie niegdysiejszej żydowskiej kultury po obu stronach dzisiejszej granicy i o innych etnosach, które formowały na przeciągu wieków ta wspólnotę, która dziś jest białostocczyzna. To jaką będzie jutro zależy w dużym stopniu od tego czy znamy kulturę swoją i sąsiadów.

W związku z tym trzeba powiedzieć o przekładach. O tej wielkiej pracy, którą wykonali i dalej wykonują na tym polu Oleg Łatyszonek, Mirosława Łuksza, Halina i Jan Maksymiuk, Alina i Mikołaj Wawrzeniuk, Czesław Seniuch, Aleksander Wierzbicki. Znów trzeba powiedzieć o książkach Sokrata Janowicza, o twórczości Leona Tarasewicza i o jego własnej osobie. I o zespole N.R.M., który jest popularny wśród Białorusinów i Polaków nawet dalego poza granicami białostocczyzny. Należy też wspomnieć o Bogdanie Dudko i jego „Kartkach”, które z różnych stron badają kulturalny fenomen białostocczyzny, w tym i jego białoruski składnik, a także o tych kulturalnych i artystycznych spotkaniach, które organizował zapraszając do udziału w nich oprócz Polaków i Białorusinów także Litwinów i Ukraińców.

I w końcu, “Last, but not least”, szkoła. Gdyby nie było na białostocczyźnie tych białoruskich szkół, nie miałby kto czytać tego artykułu. Niestety znam osobiście tylko dwóch nauczycieli: Andrzeja Stepaniuka i Igora Łukaszuka. Rok temu nauczyciel Łukaszuk powiedział mi między innymi, że bycie Białorusinem na białostocczyźnie dla młodych ludzi staje się normalnym stanem. Nie muszą nikomu tłumaczyć takiego wyboru, ani udowadniać praw do takiego wyboru. Po prostu tak jest i tyle. Odpowiedź na pytanie „Kim jesteśmy?” już mamy. Mnie to cieszy.

Wydaje mi się, że na Białorusi jest podobna sytuacja. To znaczy, wysiłki, jakie wkładaliśmy w udowodnienie durniom, że po prostu jesteśmy, można skierować na ważniejsze potrzeby. Można na przykład odpowiedzieć na następujące pytanie: „Skąd jesteśmy i dokąd idziemy?”.

Michał Aniempadystau