Aktualny język artykułu: PL

Mój jest ten kawałek podłogi. Wystawa Leona Tarasewicza, laureata Nagrody im. Jana Cybisa

Podłoga pokryta pasami fioletu, oranżu i żółci wydaje się wielkim refleksem słońca na ziemi lub trawie. Kompozycja ta działa swoim pięknem, ale i przez zaskoczenie - zobaczyć obraz na podłodze to dzisiaj dosyć rzadkie.

Leon Tarasewicz jest zachłanny, żarłoczny, zaborczy, nienasycony. Na pewno jest jeszcze więcej przymiotników, które określiłyby specyficzny głód, który go trawi. Głód malowania? Raczej zagarniania przestrzeni i jej przeobrażania. Nie jest zdobywcą, który byłby zadowolony z tego, co ma, raczej wędrowcem, który obejmuje w posiadanie to, co widzi, a potem porzuca bez żalu. Ma przed sobą jeszcze długą drogę i nie może dźwigać cieżarów. Tarasewicz od połowy lat 80. maluje wprost na ścianach galerii, a jego kompozycje po skończeniu wystawy zostają zamalowane. Powstają następne - na ścianach, na wybudowanych tymczasowo tunelach, korytarzach i filarach. Teraz Tarasewicz poszerzył teren swej ekspansji i rzucił obraz na podłogę, przekształcając przy tym nieciekawe i już wydawałoby się skazane na bezbarwny galeryjny żywot wnętrze Galerii Związku Artystów Plastyków przy Mazowieckiej w Warszawie. 145 metrów kwadratowych podłogi zostało pokryte tynkiem i wielobarwnym akrylem. Po skończeniu wystawy ta kompozycja także zniknie.

Niechęć do przywiązywania się do miejsc i rzeczy w jakiś sposób widoczna jest także w ewolucji olejnego malarstwa Tarasewicza. Jego obrazy malowane na płótnie wciąż można oczywiście kupować, kolekcjonować i przenosić z galerii do galerii. Na najnowszych (sierpień ’99) położona jest bardzo gruba warstwa farby. Ma się jednak wrażenie, że tzw. materia malarska służy tu do oderwania obrazu od jego materialnego bytu. Paradoksalnie, im więcej farby, tym mniej ciężaru. Małe, zamaszyście malowane, abstrakcyjne obrazy są jak kwadraty wycięte z szerokiej strugi barwy. Patrzymy na nie jak w lustra z odbiciami kolorowego strumienia światła, który zaraz wielki reflektor poprowadzi w inną stronę. Podobnie podłoga pokryta pasami fioletu, oranżu i żółci wydaje się wielkim refleksem słońca na ziemi lub trawie.

Kompozycja ta działa swoim pięknem, ale i działa przez zaskoczenie - zobaczyć obraz na podłodze to dzisiaj dosyć rzadkie.

Tarasewicz w wypowiedzi opublikowanej w katalogu tegorocznej wystawy indywidualnej w Zachęcie w Warszawie wspomina swoje przeżycia jako dziecka, które chodziło do cerkwi w Gródku (na Białostocczyźnie, skąd pochodzi i gdzie dzisiaj mieszka), “w całości pokrytej freskami”. W dawnych kościołach nie tylko ściany i sklepienie, ale i podłoga bywała dziełem sztuki. Do Bazyliki św. Marka w Wenecji wchodzi się jak do wnętrza zdobionej szkatuły, której jedną ze ścian stanowi posadzka wyłożona marmurową mozaiką. Miejscami zdobiona ornamentem roślinnym, miejscami abstrakcją geometryczną sprawia, że świat odwraca się do góry nogami, bowiem to na dole wyobrażono niebieski porządek.

Malarstwo Tarasewicza, które bywa nazywane pogardliwie “tapetą”, ma podobną funkcję zaczarowywania przestrzeni. W tym sensie ma związek z przestrzenią sakralną, bo ją dzieli i porządkuje. Czy ma związek z ikoną, o czym się niekiedy mówi? Wiedząc, że Tarasewicz urodził się w rodzinie prawosławnej, wiążemy go z czymś duchowo wyższym. Podobnie malarstwo Nowosielskiego, który jest prawosławny, bywa uznawane za bardziej uduchowione niż dajmy na to Gierowskiego. Czy nie wynika to przypadkiem z zewnętrznej perspektywy? Żywimy, chyba iluzyjne, przekonanie, że prawdziwa duchowość jest tam, nie tutaj. Tymczasem bardzo trudno byłoby udowodnić, że malarstwo Tarasewicza jest bardziej mistyczne niż wielu innych znakomitych malarzy, których celem było szukanie rytmu i harmonii - Marka Rothki, Barnetta Newmana, Henryka Stażewskiego, Claude’a Moneta, malującego stawy z nenufarami.

Na wystawie jest trochę mistyki, ale jest i trochę żartu. Pokazano pejzażyk wiejski z roku 1972 (artysta miał 15 lat) namalowany po ukończeniu podstawówki w stylu polskiego koloryzmu (styl ten poznajemy po tym, że kolory są brudne i poszarzałe). Spełnia on tu podwójną funkcję, z jednej strony jest dowodem na to, że artysta potrafi namalować pejzaż “poprawnie”: dom to dom, stóg siana to stóg siana. Z drugiej strony służy temu, by pokazać, czego artysta dokonał poźniej i jak daleko poszedł w syntetycznym ujęciu natury.

Jest jeszcze drugi żart: obraz podziemny. W Galerii ZPAP prócz sal wystawowych na parterze, dzisiaj zajętych w większości pod kompozycję położoną na podłodze przez Tarasewicza, jest też niewielka przestrzeń na dole. Ta salka bez okien, z trzema kolumnami i wielkim lustrem naprzeciw schodów sprawia kłopoty plastykom - obrazy wygladają tu przeważnie martwo i źle. Tarasewicz sobie z nią poradził, ponieważ ją zatopił. Wyłożył podłogę plastikową folią i napuścił tam wody zmieszanej z niebieską farbą. Powstało jezioro czy, jak kto woli, basen. Nie należy się tym przejmować i twierdzić, że Tarasewicz porzucił malarstwo i teraz zamiast obrazów będzie tworzył baseny - to raczej pomysł na przeobrażenie wnętrza tej właśnie galerii. Kiedy patrzy się w dół schodów, ma się wrażenie, że parter dryfuje na powierzchni wody. Skojarzenie z Wenecją nie byłoby więc być może całkiem pozbawione sensu. Kiedy zaś zejdzie się na dół i spojrzy w górę, perspektywa zmienia się raz jeszcze i pojawia się nowy sens podwodnego jeziora. Idąc z parnego pomieszczenia wypełnionego wodą w górę do sali, w której są obrazy, można sobie wyobrazić skróconą historię ewolucji. Byliśmy rybą, teraz wypełzamy na ląd, tam na brzegu widać trawy, drzewa, nagrzany słońcem piasek. W wyjściu z wody jest wyzwolenie i radość, oddech przez płuca jest oddechem ulgi. Czyżby artysta chciał nam powiedzieć, że za każdym razem, kiedy maluje obraz, przeżywa coś w rodzaju powtórnych narodzin? Jeśli tak, nie ma bardziej optymistycznego malarza niż Tarasewicz.

Dorota Jarecka, 1999/08/19