Aktualny język artykułu: PL

Mniej łaknienia, mniej obaw

Jestem Białorusinem polskiej wiary - tak przedstawia się wielu katolików w różnych regionach Białorusi

Co sądzą o nas dzisiaj inni - po 10 latach zasadniczych przemian ustrojowych i gospodarczych, czy obraz Polski i Polaków uległ w ostatnich latach jakimś znaczniejszym przemianom? W cyklu "Jak nas widzą, jak nas piszą", którego autorami są głównie zagraniczni korespondenci i współpracownicy "Rzeczpospolitej", opublikowaliśmy dotychczas szkice Jerzego Jastrzębowskiego "Koniec żartów" ("Plus Minus" nr 8/99 - USA i Kanada), Krystyny Grzybowskiej "Gdy nie ma wielkiej łąki..." (nr 10/99 - Niemcy), Andrzeja Świdlickiego "Więcej światła w smudze cienia" (nr 12/99 - W. Brytania), Sławomira Popowskiego "Nieśmiertelne stereotypy" (nr 15/99 - Rosja "), Jerzego Haszczyńskiego "Nie taki diabełek straszny" (nr 17/99 - Litwa), Jacka Moskwy "Dwie odległości z Rzymu do Warszawy" (nr 19/99 - Włochy), Marzeny Hausman "Ocean coraz mniej urojony" (nr 20/99 - Szwecja), Barbary Sierszuły "Tak blisko, tak daleko" ( nr 22/99 - Czechy), Piotra Kościńskiego "Polskiemu panu się udało" (nr 24/99 - Ukraina), Andrzeja Niewiadowskiego "Głęboki cień księcia Lotaryńskiego" (nr 27/99 - Austria), Krzysztofa Rutkowskiego "Zatrzaśnięte wieko kufra" (nr 29/99 - Francja), Bogdana Góralczyka "Bratanków żywoty paralelne" ( nr 32/99 - Węgry). Dziś Jerzy Haszczyński omawia obraz naszego kraju i narodu widziany oczami Białorusinów (red.)

- Przed ćwierćwieczem, kiedy byłem jeszcze bolszewikiem, znaczna część elity polskiej, politycznej i naukowej, myślała o Białorusi jak o kresach wschodnich. Teraz Polacy wiedzą, że niezależna Białoruś jest potrzebna Polsce. Przez te dwadzieścia pięć lat zaszły więc pozytywne zmiany. Ja przestałem być bolszewikiem, a polskie elity przestały patrzeć na Białoruś jak na kresy - mówi Stanisław Szuszkiewicz, w latach 1991 - 94 przewodniczący białoruskiej Rady Najwyższej, dziś jeden z liderów opozycji.

W pewnym sensie Polska jest teraz dla opozycji białoruskiej tym, czym w latach osiemdziesiątych były dla działaczy "Solidarności" państwa zachodnie. Oczywiście, nie w takim szerokim zakresie, bo do Polski wyemigrowało z powodów politycznych kilkunastu, najwyżej kilkudziesięciu Białorusinów.

Jest jeszcze jedna zasadnicza różnica - obywatele Białorusi mogą bez przeszkód przekraczać polską granicę, wystarcza im powszechnie dostępny i tani voucher. Dzięki temu opozycjoniści czy ludzie o niezależnych poglądach mogą do naszego kraju przyjeżdżać, żeby - jak to określił jeden z nich - naładować akumulatory czy poczuć się wolnym. Robią to często, w tym i Stanisław Szuszkiewicz, przewodniczący ugrupowania Białoruska Socjaldemokratyczna Hramada. Z kolei działacze Białoruskiego Frontu Narodowego (BFN) składają w Polsce wizyty swojemu przywódcy, Zianonowi Paźniakowi.

- Dla białoruskiej emigracji politycznej to najlepszy kraj. Ze wszystkich państw europejskich, poza tymi, które należały do ZSRR, najlepiej sytuację na Białorusi rozumie właśnie Polska. Polacy sami byli pod zaborem Rosji i wiedzą, co to jest moskiewska polityka - mówi Paźniak, który ma w Polsce kartę stałego pobytu.

W 1996 roku obawiając się zamachu na swoje życie wyjechał do USA, gdzie otrzymał azyl polityczny. Jednak jego żona i córka podobny status uzyskały w Polsce. Tutaj więc w końcu osiadł i sam Zianon Paźniak. - Stąd blisko na Białoruś - mówi - granice przezroczyste, można utrzymywać kontakty z kolegami z opozycji, no i język podobny, psychologicznie jest łatwiej, zwłaszcza że odczuwam poparcie. Gdy w 1996 roku zainteresowanie Białorusią było bardzo duże i występowałem w polskiej telewizji, to potem na ulicach w Gdańsku czy Warszawie, nawet w tramwaju, ludzie okazywali mi sympatię, solidaryzowali się.

Podejrzani rodacy dobrej nauczycielki

- W propagandzie radzieckiej na Białorusi Polacy odgrywali negatywną rolę. Mówiono o "polskich panach", podkreślając ich obcość, strasząc nimi i zarazem ich wyśmiewając. I ten stereotyp jeszcze funkcjonuje, choć oczywiście nie wśród zorientowanej na zachód inteligencji - mówi Lawon Barszczewski, zastępca dyrektora Białoruskiego Liceum Humanistycznego w Mińsku i jeden z liderów BFN.

Jako przykład tej silnej propagandy Barszczewski podaje powieść czołowego pisarza, Janki Bryla, "Chleb sierocy". Występuje w nim bardzo pozytywna postać - polska nauczycielka: - Ale żeby móc coś takiego wydrukować, Bryl musiał wprowadzić do powieści kilku innych Polaków, złych i podejrzanych.

Niezupełnie zgadza się z tą opinią Zianon Paźniak: - W radzieckiej Białorusi realizowano moskiewską politykę wobec Polski. PRL była oficjalnie krajem bratnim. Przynajmniej pozornie wyglądało to na przyjaźń. Propaganda komunistyczna nie uderzała szczególnie w Polaków. Według niej, normalny był ten, kto nie miał nic, a inni - obszarnicy, kapitaliści, ale niekoniecznie polscy - byli źli.

- Przez długie lata w radzieckiej prasie na Białorusi Polska była poza wszelką krytyką - mówi natomiast Paweł Jakubowicz, redaktor naczelny "Sowietskiej Biełorussiji", organu Administracji Prezydenta.

Nabożeństwo i niechęć

"Polskość równa się pańskości. Łakniemy jej i boimy się zarazem" - pisał przed laty Sokrat Janowicz, najbardziej znany pisarz białoruski mieszkający w Polsce.

- To jest coraz mniej aktualne, dotyczy jeszcze mojego pokolenia - mówi teraz 63-letni Janowicz. - Młode pokolenie się tej pańskości nie boi, no, może trochę. Wynika to z logiki historii. Polacy na Białorusi to była zawsze "diaspora" - albo miasto, albo dwór, nigdy wieś. Dlatego wytworzył się stereotyp, że Białorusin to tyle, co chłop, a Polak to pan we dworze, względnie wypachniony mieszczuch. Jest to stereotyp nie tyle narodowościowy, ile klasowy, społeczny, wynikający z dominacji Polski w dawnych czasach, głównie zresztą ekonomicznej. To jest anachronizm, który załatwią nam cmentarze, on umrze. Młodszym Białorusinom Polak zniknął z horyzontu - i ten z dworu, i ten z miasta. Źródła stereotypu wyschły, ale on żyje w umysłach starszych ludzi. Pokolenie moich synów, jak słyszy, że Polak to pan, to myśli, że to żart, bo oni, podobnie jak Polak, chodzą w dżinsach.

- Na Białorusi to jednak jeszcze działa - dodaje Janowicz. - Proszę zwrócić uwagę, z jakim nabożeństwem, podszytym niechęcią, Białorusini handlujący w Polsce wymawiają "pan". Zdawałoby się, że powinni powiedzieć w swoim języku "spadar" czy po rosyjsku "gaspadin", a oni nie, posługują się słowem "pan", notabene pochodzenia tureckiego. Mówią tak dla podkreślenia, że rozmawiają z Polakiem. I to w tym ich ruskim gadaniu brzmi śmiesznie. Interesująca jest ta otoczka emocjonalna, z jaką na bazarze się wymawia "pan". "Słuszaj, pan!" - toż to kabaret.

Polska wiara

- Jestem Białorusinem polskiej wiary - tak przedstawia się wielu katolików w różnych regionach Białorusi, także na wschodzie, który nie należał przed II wojną do Polski.

- Rozmawiam z chłopem po białorusku, a on powiada, jak pan dobrze mówi po polsku - denerwuje się Zianon Paźniak. - On pozostał w przeszłości, jemu się wydaje, że jak ktoś chodzi do kościoła, to jest Polakiem.

- Nadal błędnie łączy się jednoznacznie katolicyzm z polskością - podkreśla prof. Adam Maldzis, dyrektor Narodowego Centrum Naukowo-Oświatowego im. Franciszka Skaryny w Mińsku. - Nie jest tak, że jak ktoś jest katolikiem, to musi pochodzić z polskiej rodziny. Zapomina się, że w latach 30. XIX wieku, gdy skasowano unię, około miliona unitów, czyli Białorusinów, przeszło nie na prawosławie, a na katolicyzm. Stąd są teraz Białorusini katolicy.

Prof. Leonid Łojko, historyk z Państwowego Uniwersytetu Białoruskiego, wspomina, jak jeszcze w latach 50. w znanej mu dobrze wsi Sakowka, położonej 40 km na wschód od Mińska, mieszkańcy prawie przez cały rok byli Białorusinami: - Tylko przed Bożym Narodzeniem wieś się dzieliła na Polaków, czyli katolików, i Ruskich, czyli prawosławnych.

- W niektórych miejscowościach wciąż uważa się białoruski za język codzienny, a polski za wyższy, świąteczny czy towarzyski. Tak jest w dawnych zaściankach, gdzie mieszkała przeważnie szlachta - mówi prof. Maldzis, dając przykłady wsi Kiemieliszki i okolic Bystrzycy z rodzinnego rejonu ostrowieckiego (na północny zachód od Mińska, w kierunku Wilna): - Co ciekawe, księża Polacy wygłaszają kazania po polsku przeważnie w tych wsiach, gdzie mieszka ludność białoruska, natomiast we wsiach, gdzie ludność częściej używa polskiego, są księża, którzy dobrze polskiego nie znają. Nie wiem, czy to przypadek.

Litania i bilet do kina

Przekonanie o związkach katolicyzmu z polskością wykorzystują niekiedy zwolennicy bliskiej integracji z Moskwą. Kilka miesięcy temu gazeta "Słowianski Nabat" (wydawana przez największe targowisko w Mińsku) sugerowała, że Polacy i katolicy w zachodniej Białorusi mogą zacząć walczyć o autonomię, co grozi powtórką z Kosowa.

- Łukaszenko głosi, że opozycjoniści mają polskie korzenie i myślą o autonomii - mówi Zianon Paźniak. - Ja, według niego, też jestem Polakiem, podobnie jak Szuszkiewcz, wszyscy katolicy. To głupota jeszcze z czasów radzieckich, nastawiona na ludzi zacofanych i niewykształconych.

O Stanisławie Szuszkiewiczu i niektóre polskie źródła podają, że jest synem Polki. - Moja matka i mój ojciec byli Białorusinami - prostuje były przewodniczący Rady Najwyższej. - Matka była katoliczką, podobnie jak babka po kądzieli, która modliła się po polsku, ale rozmawiała po białorusku.

Szuszkiewicz, który teraz określa się mianem niepraktykującego, od babki nauczył się modlić po polsku: - Przekonywała mnie do tego w ten sposób, że jak opanowałem jakąś litanię czy modlitwę, to dawała mi pieniądze na kino.

Polityka w praktyce

- Polska jest dla nas przykładem. Dowodzi, że można nie patrzeć, co było ileś lat temu, i kto był kim, bo jakieś oskarżenia zawsze można wysunąć przeciw każdemu - mówi Szuszkiewicz, z wykształcenia fizyk nuklearny. Od 25 lat utrzymuje kontakty z Polską, w latach 70. pracował jako profesor wizytujący na Uniwersytecie Jagiellońskim.

- Odwiedzałem Polskę wiele razy, także w czasie, gdy w sklepach nie było nic prócz octu i chleba. Polityki uczyłem się nie na książkach, ale na tym, co się działo w Polsce - opowiada, dodając, że jego zapatrzenie na Polskę w pewnym momencie w naturalny sposób się skończyło. Nie miała z nim nic wspólnego decyzja o rozwiązaniu Związku Radzieckiego, którą to on właśnie podejmował pod koniec 1991 roku wraz z Borysem Jelcynem i Leonidem Krawczukiem.

Szuszkiewicz podkreśla, że nigdy nie odnosił się do Polski nieufnie. W przeciwieństwie do wielu posłów dawnej Rady Najwyższej, którzy - "czego lepiej nie przypominać" - jeszcze całkiem niedawno uważali, że całe dobro dla Białorusi pochodzi od Rosji, a całe zło od Polski: - Oni byli zdezorientowani. Nie mieli wiedzy. Później zrozumieli, że się mylili.

Wśród tych, co błądzili, był jeden z liderów opozycji, chętnie dzisiaj szukający w Polsce poparcia, który kilka lat temu - tak się złożyło, że 3 maja - krytykował w Radzie Najwyższej Polskę za wielowiekową "pańską" politykę ucisku wobec Białorusinów. Inny, czołowy dziś opozycjonista, żądał sprowadzenia do parlamentarnego bufetu "naszej radzieckiej" musztardy zamiast polskiego "łajna", które tam oferowano.

Zapach kawy i parówek

- U was to dopiero jest, ja tam w Polsce nigdy nie byłam, ale moja koleżanka często jeździ. I jak mówi, wciąż czuje zapach kawy z warszawskich kawiarń. Podobno tak tam u was kolorowo i bogato - opowiadała mi w zeszłym roku sprzedawczyni w kołchozowym sklepiku, 30 km na północ od Mińska, do którego trafiała z rozdzielnika najwyżej gruzińska herbata.

Wątek pełnych polskich sklepów pojawia się w wypowiedziach Białorusinów bardzo często. Nic dziwnego, wielu przyjeżdża do Polski na zakupy. Przed kilkoma miesiącami w ciągu jednego dnia spotkałem w Warszawie trzech robiących zakupy dziennikarzy białoruskich, z różnych mediów. Przyjechali po odzież, jeden przymierzał spodnie w Domach Centrum, drugi oglądał tam płaszcze, a trzeci krążył wśród koszul w sklepie przy Marszałkowskiej.

Jelena Striełkowa, 32-letnia publicystka i historyk, po raz pierwszy była w Polsce pięć lat temu. Już wówczas zaopatrzenie zrobiło na niej duże wrażenie: - Chciałam kupić czekoladę z orzechami, a sprzedawca pyta, którą, bo było pięć rodzajów. Bardzo mnie to zaskoczyło.

Pozytywnie o nowych sklepach i o piwie, "dobrym, zimnym i w dużych ilościach", wypowiada się Michał Bacian, radca ambasady białoruskiej w Polsce. Uważa jednak, że smak żywności się pogarsza: - W latach 80. pracowałem w Warszawie jako korespondent "Komsomolskiej Prawdy". Wtedy były jeszcze kartki na mięso, a my z żoną kupowaliśmy parówki w sklepie dla obcokrajowców. Zapach tych parówek pamiętam do dziś. Teraz są gorsze. Choć jakość wędlin w Polsce i tak jest lepsza niż na Zachodzie, co wiem z własnego doświadczenia, bo trzy lata pracowałem w Austrii.

Zdaniem Baciana, w porównaniu z latami 80. zaszło w Polsce wiele zmian w obyczajach i mentalności: - Jest mniej pijanych ludzi, jak idę do domu i zobaczę jednego, to dobrze, a kiedyś było ich więcej. Ludzie teraz dbają o pracę, chcą zarobić. Szczególnie podoba mi się młodzież, zwłaszcza studencka. Jej pęd do wiedzy.

Lawon Barszczewski, lider BFN, czuł się dobrze w Polsce nawet w pierwszej połowie lat 80., zaraz po zniesieniu stanu wojennego. Miał wówczas 25 lat i wystąpił jako konferansjer w programie białoruskim na Festiwalu Piosenki Radzieckiej w Zielonej Górze. - Wiem, jaki to był czas dla Polski, ale dla mnie i moich znajomych to i tak była wolność - wspomina.

Fiskus z Dworca Zachodniego

Zwykli Białorusini przyjeżdżają do Polski z duszą na ramieniu. Boją się napadów i rozbojów na drogach, bazarach, często - jak przyznaje radca Bacian - dokonywanych przez innych przybyszów ze wschodu.

Wielu się przekonało, że polska policja nie zaprząta sobie głowy przestępstwami, w których ofiarami i sprawcami są obywatele państw byłego Związku Radzieckiego. W Białorusinach narasta przekonanie, że przestępcy ze wschodu bardzo dobrze się w Polsce czują, a ich ofiary nie mają co liczyć na jakąkolwiek pomoc.

- Złą sławą cieszy się Dworzec Zachodni w Warszawie, gdzie grasują reketierzy ze wschodu. Żądają po 50 dolarów od osoby, przedstawiając się jako radziecki fiskus - opowiada Jelena Striełkowa.

O tych złych stronach pobytu w Polsce pisuje białoruska prasa.

Na łamach "Sowietskiej Biełarussiji", największego dziennika, rzadko pojawiają się teksty o wydarzeniach w Polsce, bo gazeta nie ma u nas swojego korespondenta. - Ostatnio pisaliśmy o protestach pracowników przemysłu zbrojeniowego - mówi redaktor naczelny, Paweł Jakubowicz.

Kilka miesięcy temu sporo miejsca zajmowała w prasie sprawa przystąpienia Polski do NATO. - Sojusz przybliżył się do naszych granic, obawialiśmy się, że to może być zagrożenie dla Białorusi czy Związku Białorusi i Rosji - opowiada. - Przeważało jednak przekonanie, że Polacy mają prawo sobie wybierać los, że to ich własna sprawa. Temat ten zresztą wygasł.

Kontrowersyjne dwudziestolecie

Zdarzało mi się spotykać na Białorusi ludzi, którzy wyrażali żal, że Józef Piłsudski nie przyłączył do Polski większej części ziem białoruskich. Uważali, że uchroniłoby to wiele wsi przed myśleniem kołchozowym, że nie byłoby teraz tylu ludzi bezradnych, niesamodzielnych. Do dziś widać różnice w podejściu do gospodarki, do ziemi i do własnego obejścia między - zaradniejszą i bogatszą - zachodnią częścią Białorusi, która w okresie międzywojennym należała do II Rzeczypospolitej, a wschodnią, już wówczas radziecką.

Jednak dla części polityków tamte lata w Polsce były najczarniejszym okresem dla Białorusinów. Niewątpliwie, historia dwudziestolecia międzywojennego wzbudza najwięcej emocji.

Zianon Paźniak twierdzi, że Polska prowadziła wówczas najgorszą politykę wobec Białorusinów. - Posłowie otwarcie żądali w Sejmie, żeby Białorusinów polonizować. Ludzie starsi to pamiętają, a dodatkowo podgrzewała to bolszewicka propaganda.

Prof. Łojko mówi, że na temat II Rzeczypospolitej historycy z Białorusi dopiero wyrabiają sobie pogląd: - Niedawno porównywaliśmy, jak się żyło w okresie międzywojennym na Białorusi radzieckiej i w Polsce. Do łagrów na Syberię trafiło wielokrotnie więcej Białorusinów niż do polskich więzień. Ekonomicznie w Polsce też było im lepiej niż w ZSRR. Na korzyść radzieckiej Białorusi przemawiają natomiast sprawy kulturalne. Jednak do pełnej oceny wciąż brakuje nam jeszcze materiałów.

Zianon Paźniak podkreśla, że teraz zniknął "problem, który istniał od dawna, zwłaszcza w okresie międzywojennym", czyli problem polskiego zagrożenia dla Białorusi, dla jej niepodległości. Dowodem jego dezaktualizacji, uważa przewodniczący BFN, jest wstąpienie Polski do NATO i przyjęcie przez nią europejskich wartości.

Paźniak należy do tej grupy polityków białoruskich, którzy - jak to określił przytaczany wcześniej Stanisław Szuszkiewicz - jeszcze kilka lat temu odnosili się do Polski z nieufnością. W 1994 roku sporo zamieszania zrobił jego artykuł opublikowany w "Narodnej Gaziecie", w którym wiele osób doczytało się roszczeń terytorialnych wobec Polski, Rosji i Litwy.

Kontrowersyjny fragment przytacza między innymi opublikowana niedawno w Polsce książka białoruskich autorów. - Nie ma żadnych roszczeń, to manipulacja, a manipulowała zawsze KGB - kwituje pytanie o swój tekst Paźniak.

Szlachta poszła za królem

Mniej emocji niż historia sprzed sześćdziesięciu-osiemdziesięciu lat budzi ta dawniejsza, z czasów I Rzeczypospolitej. W tej dziedzinie Białorusinom trudniej się dogadać z Litwinami niż z Polakami. Oba narody dzieli ocena tego, kim byli twórcy Wielkiego Księstwa Litewskiego.

- Wielkie rody, Radziwiłłów czy Sapiehów, uważamy za białoruskie - mówi prof. Łojko - To, że nie były polskie, to jasne. Litewskie? Nie, bo dawna Litwa to dzisiejsza Białoruś, a dawni Litwini to dzisiejsi Białorusini.

Wynarodowienie i polonizacja wielkich rodów białoruskich to temat bolesny dla Białorusinów. - Jednak szlachta sama poszła za swoim królem, najpierw do Krakowa, a potem do Warszawy. Winy Polski w tym nie ma - podkreśla Leonid Łojko.

Jeszcze dzisiaj w księgarniach Mińska można kupić wydane przed kilku laty książki, w których takie postaci jak Stanisław Moniuszko czy Tadeusz Kościuszko są przedstawiane jako Białorusini. - To efekt odrodzenia narodowego. Na jego fali wyolbrzymia się niektóre fakty czy niewłaściwie interpretuje. Niektórzy chcieli przezwyciężyć swój kompleks niższości. Nie ma w tym tragedii, to przejdzie jak choroba dziecięca - mówi prof. Adam Maldzis. - Pewne postacie historyczne należą i do Polski, i do Białorusi. Jak Moniuszko i Kościuszko, u których korzenie białoruskie są widoczne. Ale trzeba się liczyć przede wszystkim z ich świadomością narodową. Poza tym nie zawsze da się jednoznacznie określić, czy ktoś przynależy do kultury polskiej, czy do białoruskiej. Jeszcze w XIX wieku ludzie uważali się najpierw za patriotów regionu, jak Mickiewicz Nowogródczyzny, potem Wielkiego Księstwa, a na końcu całej Rzeczypospolitej.

Adam Mickiewicz jest dziś jednym z ważniejszych pisarzy, których poznają w szkole dzieci na Białorusi, także w szkołach rosyjskojęzycznych. Wśród lektur obowiązkowych są też dzieła Elizy Orzeszkowej i Henryka Sienkiewicza.

Kwestia interpretacji

Znaczna część mieszkańców Białorusi nie porównuje swojego kraju z Polską czy jeszcze dalszym Zachodem, nawet nie do Litwy czy Łotwy. Wyłącznie do Rosji. - A w tym wypadku porównanie wypada nieźle, w Rosji przecież w ogóle się nie szanuje ludzi pracy, weteranów, rencistów i emerytów, co pokazuje powszechnie oglądana na Białorusi rosyjska telewizja - martwi się wielu białoruskich opozycjonistów.

To zjawisko zauważają też działacze Związku Polaków na Białorusi (ZPB). - Obywatele (liczącej 10 milionów mieszkańców) Białorusi przekraczają granicę z Polską sześć milionów razy rocznie. Jedni dziesięć razy, inni raz, a jeszcze inni wcale. Ci, co byli w Polsce, to gdy wrócą, chyba muszą opowiadać o rozwoju, zadbanych ulicach, kolorowych miastach, o sklepach - zastanawia się Tadeusz Malewicz, wiceprzewodniczący ZPB. - Nie wiem, jak to interpretują, bo jak dochodzi do jakiegoś głosowania, to większość nie opowiada się za zachodnim dobrobytem, nie za stylem życia, który prezentuje Polska, ale za opcją wschodnią.

Zdaniem Malewicza, to paradoks. Zwłaszcza w zachodniej części kraju, w obwodzie grodzieńskim i brzeskim, gdzie wiele rodzin żyje z Polski. Ludzie widzą tę wielką różnicę standardu, widzą, że Polska to jednak zagranica, a nie, jak mawiał ongiś namiestnik Królestwa Polskiego, książę Gorczakow, a nie tak dawno jeszcze śpiewała Ałła Pugaczowa: "Kurica nie ptica, Polsza nie zagranica".

Ale jakoś to do nich nie przemawia.

Jerzy Haszczyński