Aktualny język artykułu: PL

Krajobraz bez Łukaszenki. Białoruska Jesień Bardów

W sobotę i niedzielę w Bielsku Podlaskim można było usłyszeć największe gwiazdy białoruskiego rocka oraz ich wspólny projekt artystyczny - wielostylową rock-operę "Narodny Albom".

Nieprzypadkowo w Bielsku Podlaskim - tam znajduje się największe, obok Hajnówki i Białegostoku, skupisko ponad 200-tysięcznej białoruskiej mniejszości w Polsce, tu więc jest publiczność. Tu ma też siedzibę Stowarzyszenie Młodzieży Białoruskiej - od pięciu lat organizator m.in. Jesieni Bardów.

Wchodząc na wypełnioną po sufit salę bielskiego domu kultury, dostajemy się jakby do innego świata - mikrokosmosu z własnym językiem, tradycją, obyczajami i, co w tym wypadku najważniejsze, muzyką. Także z publicznością, która zna na pamięć teksty wszystkich przebojów, tym samym odpowiednie konteksty i znaczenia. Ma własne przeboje, kultowych artystów i hierarchię gwiazd, których nazwy i nazwiska jeszcze dzień wcześniej kompletnie nic mi nie mówiły.

Najciekawsze, że cała ta egzotyka nie mieści się gdzieś na Madagaskarze, ale tuż pod bokiem - ledwie 200 km od Warszawy. Lepiej wiemy, co dzieje się w artystycznych salonach Nowego Jorku niż Mińska, Kijowa czy Bratysławy. Artystyczna ranga tych wydarzeń jest oczywiście nieporównywalna, ale dotyczy nas w nieporównanie większym stopniu.

Co się dzieje na Białorusi, każdy mniej więcej wie z telewizyjnych dzienników. Nie trzeba chyba wspominać, że rock nie jest ulubioną dziedziną sztuki tyleż groźnego, ile groteskowego satrapy Aleksandra Łukaszenki.

Niewielkie środowisko rockowe to underground. Przede wszystkim dlatego, że Białorusini wolą słuchać muzyki rosyjskiej, amerykańskiej albo własnej wersji disco polo. Jest kilka zespołów, kilka kaset wydanych domowymi metodami i garstka publiczności, która chce tego słuchać. To jednak wystarczy, żeby np. zgromadzeni w bielskim domu kultury znali utwory na pamięć. Mówi się nawet, że ta grupa artystów bardziej jest popularna wśród Białorusinów po tej niż po tamtej stronie granicy, bo "tam są już Sowiety".

Dlatego pierwsze wystawienie w Polsce ich wspólnego projektu jest ogromnym wydarzeniem. Mówiło się o tym już od kilku lat, premiera miała miejsce w grudniu 1997 r. w Mińsku. Pisał o tym obszernie ("Gazeta" z 16 stycznia '98) Cezary Goliński.

"Narodny Albom" (Ludowy album) to program składający się z 27 piosenek opowiadających historię "Białorusi w pigułce" - miasteczka na pograniczu Rosji Radzieckiej i RP w okresie międzywojennym. Aby oddać narodową, kulturową i światopoglądową mozaikę pogranicza, każdy z utworów utrzymany jest w innym stylu - są tu piosenki rosyjskie, polskie, niemieckie, żydowskie, argentyńskie tanga, romanse cygańskie, polki, piosenki biesiadne, marsze wojskowe, przede wszystkim jednak białoruski folklor. Są to zresztą tylko stylizacje, czasem nawet mocno przerysowane - czuć, że wykonawcy są rockmanami. Do repertuaru koncertu dostały się elementy takich białoruskich szlagierów jak "El Condor Pasa", "La Bamba", "Twist And Shout" czy "Smoke On The Water". Jest tu tyleż nostalgii, ile poczucia humoru, autoironii z licznymi aluzjami do współczesności.

Muzycznie "Narodny Albom" może być odpowiednikiem albumu naszej Szwagierkolaski, zespołu, który nagrał w rockowej stylizacji przedwojenne piosenki Stanisława Grzesiuka. Inne porównania mogłyby być nietrafione, bo chociaż to jest rock, brzmi szalenie świeżo i oryginalnie. Nie jest to na pewno orientalna Cepelia, bogoojczyźniana "podróż sentymentalna" ani śpiewogra w typie "Do grającej szafy grosik wrzuć".

Najpierw wydawało mi się dziwne, że w kraju, w którym dzieje się wiele ważkich spraw, artyści zajmują się historiami sprzed 80 lat. Okazuje się jednak, że używając takiej formuły, można o Białorusi powiedzieć o wiele więcej i nie sprowadzić projektu do roli bieżącego politycznego komentarza. Dzięki temu "Narodny Albom" jest przede wszystkim dziełem sztuki, którego wymowa jest oczywista. Całe przedsięwzięcie reklamowane jest w Polsce jako "antyłukaszenkowska rock-opera", z czego śmieją się sami twórcy i podkreślają, że istnieją przecież na Białorusi oficjalnie. "Antyłukaszenkowskość" "Narodnego Albomu" polega być może właśnie na tym, że Łukaszenki tam nie ma. Z perspektywy czasu i spraw poruszonych w piosenkach, setek lat trwania i ścierania się na pograniczu narodów, centralna postać współczesnej białoruskiej ikonografii wydaje się mała i nieistotna. Sprawa idzie zresztą o coś więcej niż samego Łukaszenkę. Sytuacja we współczesnej muzyce białoruskiej przypomina naszą muzykę w stanie wojennym i później. "Wiosna Ludów" roku 90 i 91 była, w wielkim uproszczeniu, odpowiednikiem naszego Sierpnia '80. Miał tam miejsce rockowy boom. Łączył nowoczesność muzycznej formy z rodzimym folklorem i postulatem używania języka białoruskiego.

Zespoły Ulis, Niepodległa Republika Mroja, Nowaje Nieba czy Krywi kreowały współczesną kulturę białoruską. Musiały ją w dużej mierze stwarzać, bo białoruska tradycja kulturalna i narodowa nie pozwalała nawet na to, aby na banknoty niepodległego państwa trafiły postaci historyczne, a nie leśne zwierzęta.

Potem jednak pojawił się Łukaszenko, zwolennik także kulturowej integracji z Rosją, i zaczęło się cenzurowanie mediów. "Narodny Albom" jest więc głosem w toczącym się od nie wiadomo kiedy sporze, czy niepodległa Białoruś ma sens. Łukaszenko zdaje się twierdzić, że nie. Dlatego właśnie "Narodny Albom" jest antyłukaszenkowski i dlatego przeszłość okazała się kluczem do współczesności.

Przede wszystkim jest to jednak dobrze napisany i wykonany barwny kawałek bardzo oryginalnie dla nas brzmiącej muzyki i jako taki, a nie jako przejaw politycznej egzotyki ościenne go państwa, powinien być interesujący dla nas. Jest w nim zresztą dużo celnie i dowcipnie o Polsce i Polakach - warto więc spojrzeć na siebie oczyma sąsiadów.

Po koncercie dla "swojej" publiczności (w Bielsku Podlaskim) zespół został zaproszony na występy do Poznania, gdzie zagrał wczoraj w klubie Eskulap, a w czwartek wystąpi w Gorzowie Wielkopolskim.

Robert Leszczyński, Gazeta Wyborcza, 1998/10/28