Aktualny język artykułu: PL

Giedroyc i Białorusini

Umarł Jerzy Giedroyc. Odszedł z życia wielki Polak, ważny nie tylko dla Polski. Wiele zawdzięczają mu także Białorusini. Pamiętam swoje pierwsze zetknięcie z "Kulturą", o której sporo słyszałem lecz nigdy nie widziałem na oczy. Zdarzyło się to za czasów Gierka, kiedy doszły mnie słuchy, że pismo Giedroycia jest do poczytania w bibliotece Związku Literatów Polskich na Krakowskim Przedmieściu. Podczas któregoś ze swoich wyjazdów do Warszawy posłużyłem się legitymacją członkowską związku i mogłem spokojnie godzinami tkwić przy bibliotecznym regale zapełnionym numerami "Kultury". Niestety, o wypożyczeniu nie było mowy, a o kserokopiarce wówczas jeszcze nikt nie słyszał.

Od razu znalazłem się pod wrażeniem tematyki białoruskiej i akcentowania jej wagi w roztrząsaniu problemów polskich. To było oszałamiające odkrycie! Nie przypuszczałem, że białoruski okrawek olbrzymiego Związku Radzieckiego, może okazać się tak istotny. W prasie owych lat - owszem - trafiały się publikacje o Białorusinach, zazwyczaj jednak na poziomie ciekawostki albo egzotyki folklorystycznej. O wiele rzadziej natomiast wyodrębniano Białoruską SSR z ogólnego tła ZSRR. Nie postrzegano Białorusi i Białorusinów jako zjawiska znaczącego. Przeciętny Polak nie zdawał sobie sprawy z istnienia narodu białoruskiego. Inteligenci też. Jeżeli mogłem nawiązać z kimś kontakt meryto-ryczny w tej sprawie to jedynie z pisarzami i historykami. Sam zresztą byłem niewiele mądrzejszy, mimo że "uprawiałem" białoruskość wręcz manifestacyjnie. Dotychczasowa wiedza książkowa była wręcz modelowa podług wzorców radzieckich. W pojawiających się wydawnictwach historia Białorusi poczynała się od października 1917 roku i wiązała się ściśle z kolejnymi zjazdami bolszewików. Trochę dziwiło wprawdzie, że klasycy literatury białoruskiej żyli i tworzyli jeszcze przed owymi zjazdami, ale nikt sobie dłużej tym głowy nie zaprzątał. Po prostu żyłbył sobie nieszczęsny lud białoruski i jego pieśniarze, uratowany przez Lenina i spółkę.

I tu nagle "Kultura" z tekstami, z których wynikało, iż nie jesteśmy wcale poczciwinami z głodowymi zaciekami na policzkach i dość pustymi czerepami rubasznymi. Ta inność emigracyjnego tonu kontrastowała z dozwoloną przez PRL narodowościową aktywnością kulturalno-oświatową, która nie wykraczała - nie mogła - poza wierszyki, piosneczki, tańce ludowe i kalendarzowe porady rolnicze.

Spostrzegłem także z zaskoczeniem, że do tych półek z "Kulturą" w bi-bliotece przy Krakowskim Przedmieściu wcale nie ustawiały się kolejki. Sam jeden sterczałem przy nich, niczym kandydat na wroga władzy ludowej. Co, przyznaję, w końcu spłoszyło mnie.

Nie wiem, czyja to zasługa, że "Kultura", za posiadanie której wylatywało się u nas z pracy, stała sobie w Warszawie całymi rocznikami, i tylko od pani bibliotekarki zależało, czy kogoś do niej dopuści, czy nie. W Białymstoku nawet szeptem strach było się o niej zająknąć, nawet w otoczeniu bliskiego koleżeństwa. Tak silne było przekonanie o wszechwiedzy Służb Bezpieczeństwa.

Tak było i pozostało aż do Okrągłego Stołu. Redagując białoruskie druki podziemne w okresie stanu wojennego, zwłaszcza "Białoruskija Dakumenty", starałem się co nieco odwzorowywać poetykę publicystyki "Kultury", kładąc nacisk nie na komentarz, lecz na fakty. Nie szło mi to łatwo, zważywszy emocjonalizm tak charakterystyczny dla autorów białoruskich.

Z perspektywy tych minionych lat widzę, że "Kultura" oddziaływała na mnie, Białorusina, zgoła inaczej, aniżeli na moich kolegów, Polaków. Przede wszystkim uderzała śmiałością osądów, co w środowisku białoruskim, do szpiku kości chłopskim, uchodziło za awanturnictwo. Chłop - ze swej natury - bał się władzy, żywiąc do niej jednocześnie strachliwy szacunek, jak również przekonanie o jej zwierzchniej mądrości. Jedyna krytyka jaka istniała w owych czasach, zależna była od rytmu sezonów politycznych i miała nieodmiennie spowiedniczy charakter, czyli dokonywała się w tonacji miłej ludowemu sercu samokrytyki. Wyznawano błędy, poprzysięgając zarazem solenną poprawę.

W takiej aurze czytanie "Kultury" nosiło znamiona lektury czegoś wysoce nieprzyzwoitego. Dawało się o niej pogwarzyć dosłownie z paroma przyjaciółmi. Z nich wszakże ani jeden nie poprosił o wypożyczenie tekstu do domu, by głębiej zastanowić się nad jego treścią. Otóż to, nie było lektur, jeno rozmówki. Dobre i to - miałem o czym porozmawiać i choć na krótko doznać satysfakcji uczestniczenia w innym myśleniu.

"Kultura" Jerzego Giedroycia najsilniej ujęła mnie docenieniem problematyki białoruskiej, w owym czasie ostentacyjnie lekceważonej. Jeśli zwierzam się czasami, że proces dojrzewania mojej białoruskiej świadomości narodowej, w znacznym stopniu zawdzięczam Polakom, to stale mam na myśli krąg czytelniczy paryskiej "Kultury", który na dobre zaczął się wyłaniać przede mną zaledwie u schyłku PRL-u. Chętnie uległem namowom pisywania do polskiej prasy podziemnej, drugoobiegowej. Zawiązywały się nowe kontakty i koneksje, postępowało wychodzenie z zaścianka w świat. Nie byłoby to możliwe bez uprzednich lektur "Kultury", przebudowujących moją świadomość, przełamujących jednostronność postrzegania przeze mnie Polaków, innych od prowincjonalnych klerykałów nie wysuwających nosa poza własną parafię, otwartych na spotkanie ze mną, Białorusinem, innym.

Jerzy Giedroyc cenił marszałka Piłsudskiego i - jak on - nie znosił endecji, jej narodowego egoizmu, który w przypadku każdego narodu prowadzi do katastrofy. "Bez niepodległych Ukrainy, Litwy i Białorusi niemożliwa jest niepodległość Polski" - oto co dobiegało mych uszu z kart "Kultury". Ja uświadamiałem sobie także odwrotną zależność - bez polskiego poparcia nic nie wyjdzie z białoruskiego wybijania się na niezawisłość. Trudno sobie wyobrazić większą zbieżność interesów - bez was nie ma nas, tak jak bez nas nie ma was. Coraz wyraziściej zdając sobie z tego sprawę, popadłem w nieustający do dziś konflikt z otoczeniem. Wina leży po obu stronach, czyli w dominacji zwalczających się nacjonalizmów. Niestety, trzeba nieprzeciętnie długiego życia naszych moralnych autorytetów, aby ich postawy przyniosły wymierne rezultaty. Jerzy Giedroyc żył dziewięćdziesiąt cztery lata.

Ucząc się od Redaktora politycznego myślenia, pojąłem moc oddziaływania słowa drukowanego, celnej publicystyki, koniecznie niebędącej na usługach propagandy. Uzmysłowiłem sobie różnicę między myślą wypowiedzianą a myślą opublikowaną. Czasami śmieszyła mnie hałaśliwa reakcja partyjnych władców Polski Ludowej na ukazywanie się "Kultury", przecież niskonakładowej w porównaniu z peerelowskimi periodykami, i w dodatku wydawanej gdzieś pod Paryżem, skąd przenikały kontrabandą nie tak liczne egzemplarze. Było to jednak słowo drukowane, a więc takie, po które można było sięgnąć dowolną ilość razy, powrócić, przeczytać raz jeszcze, dać innym.

Reżymowcy denerwowali się przede wszystkim istnieniem odmiennych myśli utrwalanych drukiem poza ich kontrolą. Wpływami mniej się martwili, doskonale wiedząc, że ani klasa robotnicza, ani chłopstwo pracujące, nie zaczytywałyby się tym grubym czasopismem, gdyby nawet dozwolono na popularną jego sprzedaż w kioskach z gazetami i papierosami czy w sklepach spożywczych. Inteligencja zaś łatwo dawała się uzależnić, gdyż w tym słowiańskim socjalizmie była ona inteligencją pracującą, czyli "wiszącą u klamki". Tymczasem "Kultura" pulsowała w rytmie miesięcznika, docierała do odległych miejsc na prowincji i ta jej żywotność musiała wkurzać władze.

O tym, jak Jerzy Giedroyc nie znosił pokazowych gestów oraz wszelkiej bohaterszczyzny, świadczy jego stosunek do prezydenta Łukaszenki. Posiadając wystarczające wiedzę o Białorusi, uważał, że należy wykorzystać możliwości, które już tam istnieją. Zaczęły się zatem pojawiać w Mińsku białoruskie przekłady z "Kultury", a także wydawnictwa temu towarzyszące. Dzisiaj "Kultura" trafia na Białoruś zwykłą pocztą. Jej czytanie nie sprzyja oczywiście awansom służbowym, ale też nikogo już się tam nie wsadza za to za kratki. To niebagatelna miara przemian jakie nastąpiły od czasu, gdy dotarły tu pierwsze "zakazane owoce" z ogrodów w Maisons-Laffitte.

"Kultura" jest szerzej znana i czytana na Białorusi niźli na Ukrainie czy Litwie. Brzmi to dosyć paradoksalnie ze względu na głuchotę opozycyjną wśród Białorusinów, ale w tym przypadku zadziałał czynnik historyczny - mentalna bliskość z Polakami, wieki bezkonfliktowego współżycia za czasów Pierwszej Rzeczypospolitej, stosunkowo spore oddziaływanie kultury polskiej. Kiedyś marszałek Piłsudski żartował, że Białorusini są źle mówiącymi po polsku Polakami...

Warto zwrócić uwagę na odmieną skalę odbioru "Kultury" przez Białorusinów. Jeśli Polakom jej lektura dawała sposobność pogłębionego myślenia o problemach społecznych i politycznych, zarówno kraju jak i świata, to Białorusini interesowali się głównie zrozumieniem samych siebie i swych interesów narodowych. Na więcej ich wówczas nie było stać. Mniejszość białoruska w Polsce znajdowała w "Kulturze" ponadto istotne wsparcie i dowartościowanie, które pozwalały zmagać się z doskwierającym poczuciem sierocości i zapomnienia przez Boga i wszystkich świętych. Oto jest bowiem gdzieś daleko taki człowiek, w głos którego wsłuchują się przyzwoici Polacy, i który od czasu do czasu pokiwa palcem swoim rodakom: nie tędy droga, panowie, w stosunkach z Białorusinami.

Rzecz jasna inna była recepcja "Kultury" w Republice Białorusi. Tam problemem było i jest nie tylko przetrwanie narodowości, ale także własnego państwa. Budowanie silnego państwa, zagadnienie ważne w dyskusjach Polaków, do którego Redaktor przywiązywał tak wielką wagę, musiało przykuwać uwagę także Białorusina walczącego o to samo z drugiej strony granicy. Wertował więc "Kulturę" bynajmniej nie wyrywkowo. Poszukiwał i w dalszym ciągu poszukuje w niej analogii do przemyśleń i własnej działalności. Bardzo możliwe zatem, że oto teraz właśnie zaczyna się prawdziwy czas "Kultury" na Białorusi. Tej Białorusi polonofońskiej przecież i w dużym stopniu bliskiej mentalnie Polakom.

Uświadamiając sobie to wszystko nie powinniśmy poprzestać na słodkiej zarozumiałości, że oto coś tak istotnego ofiarowujemy sąsiadom. Jerzy Giedroyc byłby tym niepocieszony. Wszak stale mawiał: bez niepodległej Białorusi, tak jak i bez niepodległej Ukrainy i Polski, nie będzie niepodległej Polski. Przeżywanie losów białoruskich jest i pozostanie w sferze również naszych, polskich, interesów narodowych i państwowych.

Sokrat Janowicz

Tekst pochodzi z "Krasnogrudy",nr 12 wydawca: Fundacja Pogranicze