Aktualny język artykułu: PL

Do lustra. Sokrat Janowicz, Jerzy Chmielewski “Nasze tysiąc lat”

Nasze tysiąc lat autorstwa Sokrata Janowicza i Jerzego Chmielewskiego przeczytałam rzeczywiście od deski do deski, ale najpierw zainteresowały mnie deski właśnie.

Na okładce jest zdjęcie Janowicza i jego plecy. Lustrzane odbicie. Znowu “swoi o swoich”? Na tylnej okładce twarz Jerzego Chmielewskiego, ale znowu te same plecy. Wygląda więc na to, że obydwaj autorzy chcą zmierzyć się z kimś trzecim, do niego mówią, jego próbują przekonać. Może dlatego dwaj “piewcy” białoruskości ziemi białostockiej napisali książkę w języku polskim. Nie o nich samych więc chodzi, ale o coś ważniejszego, tak trudnego, że trzeba umieć to powiedzieć, patrząc w lustro, czyli sobie prosto w oczy.

Jak bolesne stawiają sobie problemy, przekonuje pierwszy rozdział “Przed drogą”. Pytania zadaje młodszy, Jerzy Chmielewski, trochę już rozgoryczony i jeszcze zadziorny. Pyta: kiedy w końcu stanie się ta prawdziwa Białoruś, jaka będzie, dlaczego “my świadomi Białorusini, nawet przez swoich uznawani jesteśmy za dziwaków, którzy przeszkadzają im być Polakami”, dlaczego piszemy po polsku? Odpowiada starszy, Sokrat Janowicz, najwybitniejszy pisarz białoruski, uznany przez współczesnych za narodowego mędrca i guru.

Mówi spokojnie, z dystansem, czasami ironią. Tłumaczy, skąd wzięła się niechęć Polaków do Białorusinów i odwrotnie (co da się też niekiedy wyczytać z tonu pytań Chmielewskiego), która nawarstwiła się przez wieki jak tapety w byle jak remontowanym mieszkaniu. Autorzy zadali sobie trud, by te tapety zdzierać jedna po drugiej, do tynku, pokazując cały brud spod spodu. Janowicz odsłania wszystkie historyczne zakręty (poczynając gdzieś od V wieku, skąd datują się pierwsze wspominki o ludach Białostocczyzny) i polityczne manipulacje, które doprowadziły do tej polsko-białoruskiej alergii na siebie nawzajem. Nie oszczędza swoich. Oskarża “naszych chłopców” - decydentów z czasów PRL-u, którzy nic nie zrobili, by na białoruskich wsiach żyło się choć ciut lepiej, wspomina aktywnie niechętny stosunek Białorusinów w latach 80. do “Solidarności”, ale wypomina też niemożliwość zrobienia kariery urzędniczej przez Białorusina w dzisiejszym Białymstoku. Całość nie ma nic z napuszonego wykładu, ale jest rozmową dwójki przyjaciół na trudne tematy, więc czasami sobie gawędzą, czasami żartują.

Bardzo dobitne są też zestawienia sytuacji białostockich Białorusinów i innych europejskich nacji, np. słoweńskiej Karyntii w Austrii. Janowicz przytacza wypowiedź współczesnego pisarza austriackiego: “Wrogość, która w Karyntii odnosi się do Słoweńców, a w Wiedniu np. do Polaków, jest zawsze próbą wyparcia się, zatarcia i wymazania pewnych cech własnej tożsamości (Karl-Markus Gaus). Selbsthass, czyli nienawiść do siebie samego, także pasuje jak ulał do Białorusinów”. Żeby to zmienić, potrzeba setki lat, mówi Janowicz, ale jest optymistą: “...każda budząca się do istnienia narodowość płaci wysoką cenę w postaci strat asymilacyjnych, ale nie ginie zupełnie”. Zresztą, być może “wioskowa mowa ojców” pójdzie do piachu, ale nie zniknie już białoruska literatura. Dlatego ostatni rozdział książki “Słowo jest wszystkim” poświęcony został twórczości Sokrata Janowicza i literaturze.

Może ten trzeci, odwrócony plecami, po jej przeczytaniu też usiądzie przed lustrem, by odpowiedzieć sobie na kilka trudnych pytań o własną tożsamość narodową.

Urszula Pietroczuk, 2000/07/20