Aktualny język artykułu: PL

Dekada ZBM

Białoruskość normalnie radykalna – dekada ZBM

ZBM to pierwsza białoruska organizacja młodzieżowa w demokratycznej Polsce. Trafili do niej ludzie ze wschodnich miasteczek białostocczyzny i w tych nowych warunkach też jako pierwsi nie potraktowali sprawy politycznie. Byli za młodzi, by borykać się z fałszem i śmieszną cepelią PRL-u, nie zajmowali stanowisk w PZPR, nie nadstawiali karków w okopach Solidarności, obce im było i kombatanctwo i białoruskie stygmaty. Byli za to wystarczająco młodzi, by buńczucznie i bez ogródek domagać się przyzwoitego traktowania mniejszości na Podlasiu. Chcieli po prostu i bez wstydu zamanifestować swą przynależność do narodu białoruskiego. Chcieli normalności. Takich samych praw jakie mają inne narody, by bez ściszania głosu mówić na ulicy w swoim języku, śpiewać po białorusku o ważnych, współczesnych sprawach, poznawać nieprzekłamaną historię ziemi gdzie się urodzili. Swoim przykładem mieli pokazać, że nie wyrzekając się białoruskości można osiągnąć wiele. Czasami było to nie do pomyślenia nawet dla samych Białorusinów.

Jak daleko zaszli? Można już spojrzeć wstecz, bo Związek działa ponad 10 lat. W ciągu tej dekady demokracji pojawiły się w organizacji pewne nurty i idee, które w swoim czasie nabierały pierwszorzędnego znaczenia. Można już zrobić pierwsze podsumowanie i zastanowić się, które z nich naprawdę coś dały młodym Białorusinom żyjącym w białostockim kraju.

Skauting

Pod koniec lat 80 w Bielsku Podlaskim zebrała się zgrana paczka młodych ludzi, świadomych swego białoruskiego pochodzenia. Nie studiowali, nie mogli więc zapisać się do BAS-u (Białoruskiego Zrzeszenia Studentów), kilku było bezrobotnych, kilku z techników, garstka absolwentów uczelni. Trzymali się razem. Pomagali przy organizacji Basowiszcz, studenckich rajdów. Spotykali się na próbach teatru „Parnas” działającego przy bielskim klubie BTSK, prowadzonego przez Jana Mordania. Gdzieś koło roku 90 dojrzeli do tego, by założyć własną organizację.

 - Białoruski ruch młodzieżowy z tamtego okresu zrobił się właściwie sam – opowiada Bogdan Simonienko (Bodo) – Zdarzyła się po prostu grupa odpowiednich ludzi w odpowiednim miejscu i czasie. Był Marenio, Tomson, Sieńka, Krzysztofor, Sławek, Jola i Elka z Hajnówki.

- Pamiętam to jako przyjacielskie spotkania – wspomina Marek Zabrocki (Marenio). –Zaczęliśmy się razem zastanawiać czy nie warto założyć organizacji dla ludzi takich jak my, do której mogłaby należeć młodzież z liceów, zawodówek i ludzie pracujący, nie studenci. Chcieliśmy wypełnić lukę, ale też odróżnić się jakoś od BAS-u. Zrobiliśmy w liceach w Bielsku i Hajnówce ankietę, żeby sprawdzić, czy to się uda, czy jest na prawdę taka potrzeba wśród białoruskiej młodzieży i dostaliśmy potwierdzenie, że tak. Stawialiśmy na ludzi 16-18-letnich. To wiek, kiedy się szuka swego miejsca w życiu. Kiedy najłatwiej można skierować kogoś ku ważnym tematom takim jak świadomość narodowa. Szukaliśmy formuły, która przyciągnęłaby młodzież. Proponowałem coś na wzór skautingu. Do tej pory uważam, że to nie był głupi pomysł. To atrakcyjna forma dla młodych ludzi. ZBM-owcy planowali założenie organizacji na wzór przedwojennego Sojuzu Biełoruskaj Moładzi, ale doszli do wniosku, że może to nie przejdzie. Nawet współcześnie SBM ciągle jest pomawiany o faszyzm i probiałoruski nacjonalizmem.

- Choć jest to etykietka nieprawdziwa, Sojuz nie wspierał hitleryzmu – twierdzi Bodo, który konsultował się w tej sprawie z Jerzy Turonkiem, znanym białoruskim historykiem. Ostatecznie doszli jednak do wniosku, że nowe SBM mogłoby by się źle kojarzyć zarówno Polakom, jak i starszemu pokoleniu Białorusinów. W roku 1992 zarejestrowali ZBM (Związek Młodzieży Białoruskiej). Na pierwszego przewodniczącego wybrali Marka Zabrockiego. W organizacji było wtedy około 30 osób, bardzo energicznych, aktywnych. Związek nigdy nie dzielił się na szefów i „papierowych” członków. Często spotykania odbywały się na boisku, czasami w pubie, kiedy indziej gdy trzeba było coś zaprotokółować, zbierali się w szkole. Postanowili stworzyć swoje symbole, flagę, znak. Projekt zrobił Leon Tarasewicz (dzisiaj jednen z najlepszych malarzy w Polsce), ale na zebraniu przegłosowana została kontrpropozycja, graficzna, czarno-białą. Był pomysł na uniformy, miały być szarże, obozy z ćwiczeniami obronnymi. Ale ostatecznie nic z tego nie wyszło, przyjęło się tylko, że ZBM-owcy ubierają się na czarno.

- Atmosfera była luźna, wszyscy byliśmy kumplami, lubiliśmy się, nie goniliśmy za forsą, chcieliśmy coś razem robić – mówi Bodo. – Nie było nawet takich formalnych zebrań. Po prostu spotykaliśmy się kiedy tylko był czas i wszystko się kręciło. Były rozmowy z mądrymi ludźmi. Zapraszaliśmy Turonka, Tarasewicza, Janowicza. Nikt na tych spotkaniach nie czuł się widzem ani prelegentem. Nie było gadania do ściany, dyskutowaliśmy, bawiliśmy się Zaczęliśmy wydawać humorystyczną gazetkę w nakładzie pięciu egzemplarzy. Pracowali przy tym Marenio z Sieńką i Tomsonem. Wyszedł jeden numer i powstało pół drugiego. Przygotowywaliśmy rajd.

ZBM w pierwszych latach szybko zdobył sporą popularność w środowiskach białoruskich, głównie w Bielsku i Hajnówce, ale także w Białymstoku, Gródku. Cele były oczywiste: po pierwsze przyciągnąć młodzież, która szuka swoich korzeni, tłumaczyć i pokazywać, że białoruskość to nie żaden skansen, to codzienne życie, że to nie wstyd być Białorusinem, bo historia tego narodu jest długa i niezwykła. Chodziło też o to, żeby poprzez oficjalną organizację móc pozyskiwać środki na organizację imprez i inne zadania. Swoim impetem i radykalną narodową postawą ZBM jakby przeraził, a może zdystansował inne białoruskie organizacje działające na białostocczyźnie. BAS zaczął się przyglądać Związkowi z podejrzliwością. Powstał też wtedy Związek Białoruski. ZBM wpisał się w jego struktury. Jednak kiedy okazało się, że ZB nie zamierza z młodymi konsultować swoich decyzji, uznali, że współpraca jest fikcją i odcięli się. Nie chcieli być figurantami.

Zaraz po rejestracji przesłali do Ministerstwa Kultury RP kalendarz imprez i złożyli wniosek o dotacje. Resort przyznał środki „satysfakcjonujące”, jak to określa Bodo. Szli siłą rozpędu, wszystko się układało. I wtedy ten najważniejszy, pierwszy entuzjazm zgasił jeden artykuł, wywiad z Markiem Zabrockim w „Wieczernim Mińsku”, który ukazał się na Białorusi, gdzie ZBM porównano do nazistowskich „czarnych koszul” straszących poczciwych bielszczan.

 - Być może była to jakaś prowokacja. Moje słowa przekręcono, cały akcent postawiono na nasze fascynacje faszyzmem, co było zupełna bzdurą – wspomina Marenio. – Dziennikarz przyszedł do mnie do domu i wśród tysiąca książek na półkach wypatrzył „Main Kampf” i właśnie o tym napisał.

Po tym tekście Ministerstwo Kultury RP, podejrzewając że ZBM to nacjonalistyczna bojówka wstrzymało środki przyznane na działalność, po prostu nie przelało pieniędzy na konto. Zabrocki napisał wyjaśnienie, wraz z kolegami jeździł do Warszawy, by wyprowadzić urzędników z błędu, ale nie na wiele się to zdało. Jesienią 1993 roku podał się do dymisji i zrezygnował z działalności w ZBM.

 - Związek był i jest potrzebny. Wypełnił pewną lukę, ale czuje się też rozczarowany – podsumowuje Marenio po latach. - Nie wywiązał się ze swojej głównej powinności. Stał się teraz zamkniętą organizacją kilkunastu osób, które robią dwie duże imprezy w roku. A naszym celem było przecież przekonanie jak największej grupy młodzieży do białoruskiej idei, uświadomienie im, że białoruskie korzenie to wartość. To dobrze, że ZMB organizuje „Jesień Bardów”, ale Związek nie powinien istnieć tylko dla kilku imprez kulturalnych, od tego jest BTSK. Imprezy miały być tylko metodą docierania do ludzi, a nie celem.

Festiwale, Kupalle

- Przyznaję, że bojąc się, by w ministerstwie i innych ośrodkach decyzyjnych nie przypięli nam łatki nacjonalistów zacząłem odciągać chłopaków od mundurów i całego tego skautowskiego stylu. Zresztą nawet sami Białorusini różnie na to patrzyli – mówi dziś Bodo, który po Mareni został drugim przewodniczącym ZBM. – W 1994 roku nie dostaliśmy z budżetu ani grosza. Postawiłem sobie wtedy za cel, że mimo wszystko zrobimy w Bielsku imprezę dla śpiewających poetów. Zacząłem ten festiwal robić chałupniczo, po znajomości. Kilka osób z zewnątrz bardzo nam pomogło: Andrzej Stepaniuk (późniejszy burmistrz), Bazyli Leszczyński. To był istny zryw narodowy. Ktoś dał worek ziemniaków, ktoś przysłał cebulę. Załatwiliśmy noclegi w Unibudzie. Wprawdzie pokoje były jeszcze bez wody, ale jakoś nam to wtedy nie przeszkadzało. Białoruski konsulat zorganizował transport. Autobus przywiózł i odwiózł ludzi z Mińska. Jakoś udało się.

W październiku 1994 roku odbył się pierwszy dwudniowy festiwal pt.: „Jesień Bardów”, gdzie miała być prezentowana białoruska piosenka autorska. Sala w Bielskim Domu Kultury wypełniona była szczelnie. Przyszło dużo młodzieży, ale było też wiele starszych osób, szczególnie drugiego dnia festiwalu, w niedzielę. Okazało się, że ludzie właśnie czegoś takiego potrzebowali, że propozycja BTSK skupiona wyłącznie na festynach i konkursach folklorystycznych nie jest wystarczająca, że tutejsi Białorusini potrzebują aktualnych tekstów dotyczących zwyczajnego, codziennego życia. W następnym roku ministerstwo bez problemu przyznało kolejną dotację na „Jesień Bardów”. Festiwal znowu odniósł sukces, publiczność dopisała. W prasie pojawiły się bardzo pozytywne recenzje. Przez ostatnią dekadę na bielskiej scenie zaprezentowali się najlepsi wykonawcy z Polski i Białorusi, czasami z zupełnie innych muzycznych nurtów jak Szałkiewicz i Kasia Kamocka. Prawdziwym wydarzeniem była V edycja „Jesieni Bardów”, kiedy pokazano rewelacyjny „Norodny Albom”. W 1995 Ministerstwo wsparło też finansowo organizację Kupalle w Narwi, które także przyjęło się wśród młodzieży od razu. Nad Narwią paliły się wielkie ogniska i bawiło się kilka tysięcy młodych ludzi. Kupalle stało się alternatywą dla folklorystycznych festynów BTSK. W Narwi grało się folkowo. Występowała tu między innymi Czeremszyna, Trojca, Kriwi, a także kapele rockowe: Ulis, N.R.M., Novaje Nieba. Związek znowu nabrał rozpędu, zaczęto go traktować jako poważną organizację, która wie jak dotrzeć do młodzieży. I znowu podcięto ZBM skrzydła. - W 1998 roku podczas „Jesieni Bardów”, w sobotę, na salę „wparowało kilku łebków”, zwyczajnych „zadymiarzy”, którzy chcieli wziąć odwet, chodziło o jakąś pannę – opowiada Bodo. – Przyjechali dwoma samochodami załadowanymi bejsbolami, byli pijani, agresywni, mieli żyletki miedzy palcami, pojawił się jakiś nóż. Próbowaliśmy wyprosić ich siłą perswazji, ale nie poszło łatwo. Kilku organizatorów oberwało. Mogłem pozwolić, by ZBM-owcy zrewanżowali się, ale skończyłoby się to wybitymi szybami i byłby to ostatni festiwal. Nie chciałem bójki, bandytów udało się w końcu wyprosić i koncert toczył się dalej najzupełniej spokojnie. Ale kilka dni później w humorystycznym dodatku do „Niwy” ukazał się tekst Koli Wawreniuka „Zwiaz Bitych po Mordzie”. Od tego momentu zaczął się kryzys, wewnętrzny rozpad organizacji. Wszyscy byliśmy zdania, że tego artykułu darować nie można. Ludzie zaczęli się z nas trochę podśmiewać.

Bodo domagał się, żeby „Niwa” przeprosiła ZBM za nieprawdziwe informacje i za chamskie potraktowanie. Przeprosiny były jednak w jeszcze gorszym stylu niż artykuł. „Niwa” najwyraźniej nie chciała przeprosić. ZBM wystąpił z rady programowej pisma. Cześć członków Związku odeszła, mówiąc, że nie chce należeć do organizacji, która jest wyśmiewana, cześć domagała się samorozwiązania ZBM. Na jednym z zebrań był nawet głosowany taki wniosek. Nie przeszedł.

- Część młodych miała do mnie pretensję, może i słuszną, że nie pozwoliłem wtedy nałomotać kogo trzeba. Niektórzy mają do mnie żal, że po tym wszystkim nie było ze strony ZBM ostrej reakcji. Wyglądało na to, że Zwiaz nie ma kręgosłupa. Ale gdyby dziś była znowu taka sytuacja zachowałbym się podobnie. Uważam że nie można odpowiadać brutalnością i przemocą. Kilka ważnych osób odeszło: Krzysztof Szyszkiewicz, Irek Łukaszuk. Widzę, że dopiero od kilku lat wszystko zaczęło się odradzać od nowa. Celów swoich ZBM nie spełni pewnie do końca nigdy, ale był taki moment, że czuć było prawdziwą jedność. Ludzie, którzy później kierowali organizacją, właśnie wtedy zostali do niej przyciągnięci. To już coś.

Za Boda ZMB dryfował w kierunku organizacji kulturalnej. Ci, którzy nie odeszli po awanturze z „Niwą” domagali się, by ZMB stał się organizacją silną, nie Związkiem Bitych. Powrócił pomysł uniformów. Postawiono na inne zadania, nie tylko na imprezy kulturalne, ale głównie na pracę wśród młodzieży, spotkania z nimi, rozmowy. Szefem został najpierw na dwie kadencja Jurek Osiennik (Sieńka), a potem, też na dwie, Igor Łukaszuk.

Spotkania bez dystansu

Po kryzysie w ZBM nie zostało wielu, może 20 osób.

- Te starcia i blokowanie nas przez samych Białorusinów, starszych kolegów odbieram trochę jako naturalną walkę pokoleń – mówi Igor Lukaszuk, przewodniczący Związku od 1999 roku. - My po prostu patrzyliśmy na białoruskość inaczej niż oni, choć trudno to wytłumaczyć. Nasze podejście wydaje mi się naturalniejsze, bez tzw. stygmatyzowania. Jako Białorusini chcieliśmy chodzić z podniesioną głową, a nie kryć się po kątach. To postawa tutaj, na Podlasiu radykalna. Można ją nazywać nacjonalizmem, ale tylko w tym pozytywnym XIX-wiecznym znaczeniu. Mniejsza o to, my robiliśmy swoje. Zarzut, że Związek stał się zbyt elitarny, zamknięty, jest wyolbrzymiony i do podważenia. Nam po prostu nigdy nie zależało na tym, żeby zapisało się do nas 100 czy 1000 osób. Chcieliśmy by nasi członkowie naprawdę pracowali na rzecz mniejszości białoruskiej, a nie figurowali na papierze. Mamy bardzo duże grono sympatyków, którzy współpracują z nami przy wszystkich niemal projektach.

Igor jest zdania, że udało mu się pogodzić wizje silnej organizacji z rolą animatora imprez kulturalnych w środowisku białoruskiej młodzieży. Uważa, że nie można było zaprzepaścić wcześniejszych ważnych osiągnięć, czyli wycofać się z „Jesieni Bardów”, która nadal jest popularna. ZBM zrezygnował z organizacji Kupalle, ale w zamian powołał nową cykliczną imprezę „Zimowe Spotkania Muzyczne” w Białymstoku (pierwsze w 2002 roku), na której prezentują się kapele różnych mniejszości narodowych.

- Szkoda Kupalla, bo przez kilka lat była to świetna impreza, ale powoli zaczęła przypominać piknik. Nie chcieliśmy robić kolejnego festynu, więc zdecydowaliśmy się na tę zamianę. Zimowe Spotkanie mają swój klimat. – wyjaśnia Igor Łukaszuk. - Za najważniejszą i najefektywniejszą formę działalności ZBM ostatnich lat uważam jednak bezpośrednie spotkania z młodzieżą, takie jak rajd, czy kontakty z klubami w białoruskich liceach w Bielsku i Hajnówce.

Rajd Ściana na początku był tylko towarzysko-rekreacyjnym wydarzeniem na łonie natury (pierwszy w 1993 roku biegł trasą Narew – Suraż, ostatni w 2004 roku prowadził z Krynek do Walił ). Z czasem zaczął jednak bardziej przypominać badania terenowe. Uczestnicy zbierali po drodze materiały historyczne i etnograficzne. Niektóre rajdy zamieniały się w plenery fotograficzne. Najważniejsze były jednak spotkania z ludźmi, rozmowy pokolenia wnuków i dziadków.

- To były spotkania bez dystansu – opowiada Igor. - Ot po prostu szliśmy sobie przez wieś, całą grupą, sami młodzi. Na ławeczkach siedzą miejscowi. Zapraszają nas. Dosiadamy się. A kiedy okazuje się, że mówimy po białorusku, że jesteśmy z niedaleka, zaraz zaczynały się poczęstunki, gościny i rozmowy. Zaraz okazywało się, że ktoś tam znał czyjegoś dziadka i lecą historie. To było niezwykłe. Oni nasza białoruskość rozumieli, choć jej tak nie nazywali, dla nich to swojskość. Nie byliśmy sobie obcy.

W roku 2004 ZMB dostał grant z Fundacji Wspomagania Wsi na „Carski hościniec” z Hajnówki do Bielska. Związek ma przygotować na trasie tablice informacyjne w najciekawszych punktach, wytyczyć i opisać dla turystów i miejscowych dawny trakt. Igor uważa, że ZBM ciągle rozwija się.

- Jest nadal formą atrakcyjną dla młodzieży – mówi. – Już udało się nam wychować nową młodą białoruską elitę i ona to zadanie będzie kontynuować. Oni przyciągną młodszych.

W jakim kierunku ZMB będzie szedł w najbliższych latach? Od roku 2004 ma nowego przewodniczącego Michała Stepaniuka. - Wokół Związku znowu zrobiła się bardzo dobra atmosfera – mówi. – Od jakiegoś czasu nie płoszymy ludzi. ZBM odrzucił etykietkę elitarnej grupki. Stał się bardziej otwarty. Jak byłem w liceum w ZBM było kilka osób, które robiły jakieś ważne, niedostępne dla innych rzeczy. Teraz chcemy, żeby te rzeczy były dostępne, żeby mógł je zobaczyć, rozumieć i robić każdy kto zechce. W końcu pracujemy dla innych Białorusinów.

Komentarze

ZBM-owcy to pokolenie, które bardzo radykalnie zamanifestowało swoją białoruskość. Nie przystawało do wzorców wcześniejszych, stworzonych przez BAS. Okazali się mniej ugodowi, konformistyczni. Starsi koledzy nie potrafili się z tym pogodzić, nie podali im ręki.

Ta ich radykalność sprawiła, że Białorusini patrzyli na nich trochę z niedowierzaniem. Zaczęły się pojawiać jakieś pogłoski, że to niebezpieczni nacjonaliści itd., bo ZBM-owcy nosili czarne koszule, glany, mieli ogolone głowy. Ale czy jak ktoś ma długie włosy to zaraz jest narkomanem? Czy to niebezpieczne? To bzdura.

To jedna z największych głupot jaką popełniło moje pokolenie. Zamiast szukać z młodymi ludźmi porozumienia, to ta grupa solidarnościowo-kombatancka, do której należeli m.in. Eugeniusz Wappa, Oleg Łatyszonek, Kola Wawreniuk ustawiła się w pozycji guru i tak naprawdę nie dawała się ZBM rozwijać.

Pamiętam pojawił się w „Niwie” ośmieszający artykuł, gdzie ZBM przerobiono na Związek Bitych po Mordzie. Albo były takie teksty o kapeli „Braha”: „Sieńka stojący na scenie z manierycznym papierosem w ręce może dobrze śpiewa wstępy, ale rockowego wokalisty to nigdy z niego nie będzie”. Tymczasem właśnie „Braha” wyrosła na grupę dorównującą muzycznie poziomem scenom polskim i białoruskim. Potem Jurek nie bez przyczyny śpiewał „Nigdy nie zapomnę, że gardło podrzynali nam swoi” Z drugiej strony jest to naturalne zderzenie pokoleń, które odbieram jako postęp, bo dzięki temu i w naszym środowisku pojawia się różnorodność: są demokraci, prawicowcy, prawosławni itd., a ponad nimi wyłaniają się postaci, które stają się scalającymi autorytetami dla całej społeczności, jak Sokrat czy Maks.

Do Zwiazu zapisywali się ludzie głównie z małych miejscowości, nie mający studenckich doświadczeń, ale to oni właśnie zachowali moralność, nie komercjalizowali się, nie tworzyli dużych, rozdmuchanych struktur. Niektórzy jak Sieńka, czy Tomson, do dziś próbują być naprawdę niezależni. Myślę, że ZMB stanie się swoistym pomostem pomiędzy pokoleniami, pokaże następnym czym może być normalna białoruskość.

Na początku istnienia zwrócili się do mnie, żebym im zaprojektował flagę, znak itd. Przygotowałem, ale wybrali co innego. Zdecydowali się na prostą biel i czerń. W naszym środowisku jest tak, że gdy ktoś ma swoje zdanie, to jest postrzegany negatywnie, ale dla mnie jest to jak najbardziej zdrowy i pozytywny objaw. Ucieszyłem się, bo to znaczyło, że wiedzą czego chcą i potrafią się uprzeć przy swoim.

ZMB stworzył kilka rzeczy, które nie pójdą w zapomnienie: rajd Ściana, „Jesień Bardów”, Braha (teraz „0-85”). Nowa młodzież może zechce działać w wypracowanej już formule, ale może będzie chciała założyć strukturę zupełnie nową i inną.

Leon Tarasewicz, malarz

Kiedy powstawał ZMB, z organizacji białoruskich skupiających młodych ludzi działał tylko BAS. Patrzyliśmy na młodszych z dużym zaciekawieniem. Podobało mi się idea jaka wtedy przyświecała ZMB-owcom. Miała to być organizacja otwarta, masowa, nastawiona na młodych ludzi niestudiujących, czyli dla robotników, bezrobotnych, dla młodzieży z liceów, techników itd. Tak było na początku, ale potem stała się organizacją elitarną, wprawdzie skupiająca bardzo dobrą młodzież, reprezentującą wysoki poziom, ale zamkniętą. To mi się nie podobało, choć zapewne to kwestia takiej a nie innej koncepcji. ZMB zakwestionował przywództwo BAS-u i teraz kiedy jako historyk patrzę na to z perspektywy czasu przyznaję, że było to nieoczekiwane i bolesne.

My też nie byliśmy wtedy tacy mądrzy jak nam się zdawało.

ZBM znalazł swoje miejsce w życiu mniejszości białoruskiej. Wypełnił swoje zadanie. Wychował grupę młodych ludzi, którzy teraz już weszli w wiek dorosły i są znaczącymi postaciami w środowisku mniejszości białoruskiej. Przyciąga też nowych członków. Teraz nasze stosunki są poprawne. ZBM zaprasza mnie na rajdy, a ja zawsze staram się wpaść tam chociaż na jeden dzień.

Oleg Łatyszonek, historyk