Zmień język artykułu: BEAktualny język artykułu: PL

Bykau o reżimie Aleksandra Łukaszenki. Z Wasilem Bykauem rozmawiają Wojciech Maziarski i Olga Hardziejczyk

"Katastrofa, jaką jest antynarodowa dyktatura Łukaszenki, przewyższa rozmiarami klęskę czarnobylską. Skażenia po Czarnobylu dotknęły jedną piątą terytorium Białorusi, a polityka obecnego reżimu obejmuje terytorium całego kraju" - mówi wybitny pisarz białoruski Wasil Bykau

Wojciech Maziarski, Olga Gardziejczyk: Jak to się stało, że spotykamy się w Berlinie?

Wasil Bykau: Nie ma w tym niczego zaskakującego. Dziś już można wyjechać z Białorusi, nawet jeśli wiąże się to z większymi czy mniejszymi trudnościami. Do Niemiec przyjechałem na zaproszenie tutejszego PEN Clubu, który ufundował mi półroczne stypendium twórcze...

Źle Pan nas zrozumiał. Nie dziwi nas to, że udało się Panu wyjechać z Białorusi, tylko to, że warunków do spokojnej pracy musi Pan szukać za granicą. Przed przyjazdem do Berlina mieszkał Pan w Finlandii.

- Tak, półtora roku byłem w Helsinkach. Uważam, że miejsce każdego człowieka jest we własnym domu. A już zwłaszcza miejsce pisarza, który z rodzimej gleby czerpie pożywkę dla twórczości. To jednak jest ideał, a w praktyce świat urządzony jest tak, że spokojnej przystani często trzeba szukać z dala od ojczyzny. I właśnie mnie to spotkało.

Warunki panujące dziś na Białorusi nie sprzyjają pisaniu czy ogólnie - twórczości artystycznej. Po długim okresie, kiedy demonstrowałem sprzeciw wobec reżimu panującego w moim kraju, poczułem się zmuszony wyjechać za granicę. Nie chciałbym jednak, by uznawano to za emigrację.

Co to znaczy, że warunki panujące na Białorusi nie sprzyjają tworzeniu?

- Oczywiście ekonomiczne warunki życia są tam trudne, ale nie o to chodzi. Przede wszystkim nieznośny jest klimat polityczny. Ja osobiście stałem się obiektem ataków oficjalnej propagandy, która stara się przedstawić mnie jako wroga publicznego. Dyktator przejął kontrolę nad sferą kultury, a także nad poligrafią i innymi środkami technicznymi, co postawiło w trudnej sytuacji całe piśmiennictwo narodowe. Nasz język, nasza kultura, nasze życie duchowe są tępione. W tych warunkach po prostu nie byłem w stanie żyć i tworzyć. I tak mogę się uważać za szczęściarza, bo wielu twórców białoruskich nie ma szans na taki wyjazd jak mój.

W ZSRR kultury narodów podbitych przez imperium były tępione w imię komunistycznej ideologii. Dziś do tej ideologii nikt się już nie przyznaje. W imię czego więc Aleksander Łukaszenko tak obsesyjnie zwalcza wszystko co białoruskie?

- Dziś sytuacja jest wręcz gorsza niż w czasach ZSRR. Wtedy bolszewicy przynajmniej starali się stworzyć pozory rozwoju kultur narodowych. Obowiązywał oficjalny model kultury "narodowej w formie i socjalistycznej w treści". Oczywiście była cenzura, tępiono wszelką niezależną myśl, ale zachowano rekwizyty, zewnętrzne atrybuty kultur narodowych. To dawało twórcom pewną swobodę manewru - na wąskim polu wyznaczonym przez władze co nieco dało się przemycić.

Dziś nie ma nawet tego. Dyktator prowadzi politykę świadomego i brutalnego tępienia języka białoruskiego. W ślad za tym niszczone są narodowy teatr, narodowe malarstwo i inne dziedziny twórczości i duchowego życia Białorusinów.

W imię czego Łukaszenko to robi? To przecież jasne - w imię integracji Białorusi z imperium rosyjskim. Jak powszechnie wiadomo, w imperium powinna obowiązywać jedna wiara, jeden język i jedna władza.

Sądzi Pan, że zwolennicy integracji zdołają osiągnąć swój cel?

- Gdy obserwuję, z jakim zdecydowaniem do tego zmierzają, dochodzę do wniosku, że jest to możliwe. I integracja z Rosją, i wyniszczenie kultury narodowej wydają się groźbą całkiem realną.

Podobny pesymizm przebija też z najnowszego tomu opowiadań "Ściana", którego polski przekład właśnie się ukazał. Naprawdę uważa Pan, że Białorusinów czeka tak ponura przyszłość? A może raczej chce Pan rodaków przestrzec i zmobilizować?

- Pesymizm jest immanentną cechą białoruskiego etnosu. Wprawdzie nasz naród wciąż jeszcze istnieje, ale od czasu upadku Wielkiego Księstwa Litewskiego w naszej historii nie zdarzyło się nic, co dawałoby podstawę do optymistycznego spojrzenia w przyszłość. Było tylko gorzej i gorzej.

Wam też nie wiodło się dobrze, ale w XX wieku Polska zachowała przynajmniej formalną niezależność, dzięki czemu dziś może budować suwerenny byt. My nie mieliśmy tyle szczęścia, choć wszczynaliśmy powstania i podejmowaliśmy takie próby jak proklamowanie w 1918 Białoruskiej Republiki Ludowej. Do dziś jednak nie możemy wybić się na niepodległość i to jest źródłem mojego osobistego pesymizmu.

Właśnie wróciliśmy z Mińska, który wywarł na nas odmienne wrażenie. Zgoda, jest ciężko, kultura białoruska i wszelka niezależna myśl są tępione, lecz mimo to proces formowania się nowoczesnej tożsamości białoruskiej postępuje. Mimo prześladowań ukazują się gazety i czasopisma, młodzież przychodzi na koncerty białoruskich kapel rockowych, odbywają się patriotyczne demonstracje. Jeden z naszych rozmówców zwrócił uwagę, że wszystko, co w mińskim życiu intelektualnym i kulturalnym ma jakąś wartość, powstaje w języku białoruskim. Rosyjski pozostaje językiem oficjalnej propagandy i estradowej pop-kultury. To wskazuje, że w białoruskiej kulturze drzemie potencjał, który w przyszłości zaprocentuje. Ten proces może trwać jeszcze dość długo, ale kierunek jest dobry.

- Z tym "dobrym kierunkiem" nieraz już mieliśmy do czynienia. Każdy z tych naszych "dobrych kierunków" kończył się katastrofą, z których ostatnia była szczególnie bolesna. Oficjalnie proklamowaliśmy istnienie suwerennego państwa - Republiki Białoruś. Państwo to miało rząd i różne instytucje, flagę, godło, urzędowy język - i inne atrybuty niezależnego bytu. To był niewątpliwie "dobry kierunek". I oto nagle wszystko to przepadło. Nie w wyniku frontalnego starcia z jakimś zewnętrznym wrogiem, lecz wskutek zdrady elit rządzących, które odwróciły się od własnej państwowości i zaczęły prowadzić politykę zmierzającą do jej likwidacji.

Bo może ta suwerenność była skrojona trochę na wyrost? Imperium obalono w Moskwie, a nie w Mińsku. Białoruś znalazła się w sytuacji kolonii, która ni stąd, ni zowąd otrzymała niepodległość, zanim jeszcze zdążyła się o nią upomnieć. Obecna kontrofensywa imperium pokazuje, jakie są prawdziwe proporcje sił w społeczeństwie białoruskim. I pewnie dopiero teraz dojrzewają i konsolidują się siły, które staną się fundamentem przyszłej niepodległości - już tej prawdziwej, bo samodzielnie wywalczonej.

- Być może. Tym większym paradoksem jest więc to, że o rozwiązaniu ZSRR zadecydowano właśnie na terenie Białorusi, w Puszczy Białowieskiej. Rzeczywiście, nastąpiło to tak nagle i niespodziewanie, że ani na Białorusi, ani na Ukrainie, ani nawet w samej Rosji nikt nie był na to przygotowany. Gotowi do budowania suwerennych, demokratycznych państw byli tylko mieszkańcy republik nadbałtyckich i niektórych republik wschodnich.

Ludność Białorusi została całkowicie zaskoczona rozwojem wypadków, natomiast bolszewicki establishment z czasów ZSRR zareagował wrogo na sam pomysł utworzenia niepodległej państwowości. Już w chwili powstania Republiki Białoruś dawny aparat, który do dziś sprawuje w Mińsku władzę, zaczął bojkotować i sabotować nowe państwo. Nieprzygotowane społeczeństwo nie potrafiło przeciwstawić się tym działaniom i w efekcie mamy to, co mamy - całkowitą klęskę.

Ale przecież ta klęska nie jest definitywna! Białorusini po prostu przegrali bitwę, do której nie byli przygotowani. Więc teraz się przygotowują i zbierają siły. W 1990 r. w jednym z wywiadów mówił Pan tak: "Każde społeczeństwo musi przejść wyznaczoną przez los drogę do demokracji; nie da się przeskoczyć żadnego z etapów". Skąd więc ten Pański dzisiejszy pesymizm?

- Mówiąc to, byłem przekonany, że to rzeczywiście będzie długi proces, który jednak będzie stale postępować, przynosząc kolejne zdobycze. Że to będzie linia wznosząca się. Nie przewidziałem gwałtownego regresu.

Proszę też pamiętać, że to zdanie wypowiedziałem jeszcze przed moskiewskim puczem w 1991 r. i przed rozpadem ZSRR. Myślałem wtedy, że należy postępować roztropnie, niezbyt radykalnie, żeby nie wywołać reakcji ze strony obrońców imperium. Okazało się jednak, że sukces odnieśli ci, którzy w tamtym okresie postanowili szybko i w sposób zdecydowany wyrwać się na wolność, jak Litwini. Narody, które postawiły na stopniową i powolną transformację, utknęły w połowie drogi. To dotyczy nie tylko Białorusi i Ukrainy, lecz także samej Rosji, która drepcze w miejscu i wcale nie wiadomo, czy uda jej się zbudować system demokratyczny.

W publicystycznym tekście z 1988 r. pisał Pan: "Najniebezpieczniejszym naszym wrogiem jest ten, którego zrodziła nasza przeszłość i który tkwi w nas samych". Na ile dzisiejsza dyktatura na Białorusi jest stworzona przez tego wewnętrznego wroga, drzemiącego w duszach obywateli?

- W pewnym sensie dyktatura jest dziełem tego wewnętrznego wroga. A także rezultatem nie do końca uformowanej tożsamości narodowej Białorusinów. W tej części Europy historia potoczyła się tak, że Białorusini nie mieli okazji okrzepnąć jako naród. Kolejne pokolenia wychowywały się w obcym otoczeniu, w obcych środowiskach kulturowych, w nie swoich państwach. Trudno więc się dziwić, że ludzie ukształtowani w takich warunkach, z tak niedoprecyzowaną świadomością narodową, nie byli w stanie zapewnić dostatecznej bazy politycznej i społecznej przywódcom reprezentującym obóz białoruskiej demokracji i niepodległości.

Czasem można się spotkać z zarzutem, że Białoruski Front Ludowy "Odrodzenie" pod przywództwem Zianona Paźniaka zraził do siebie ludzi swoim zdecydowanym przywiązaniem do demokratycznej idei białoruskiej. Że oderwał się w ten sposób od narodu. Ten niesłuszny i niesprawiedliwy zarzut formułują nie tylko wrogowie Białorusi - czasami można go usłyszeć także w obozie demokratycznym.

A przecież to dzięki tej polityce konsekwentnego promowania białoruskości w życiu publicznym część społeczeństwa przebudziła się i zrozumiała, że można czerpać dumę i satysfakcję z tego, że jest się Białorusinem. Szacuję, że dzisiaj jakieś 10 proc. naszego społeczeństwa to świadomi Białorusini. W innych warunkach politycznych te 10 proc. stanowiłoby zaczyn fermentu i wzrostu. Gdybyśmy żyli w suwerennym i demokratycznym państwie, liczba świadomych Białorusinów radykalnie by wzrastała i być może proces formowania się nowoczesnego narodu białoruskiego rychło by się dopełnił. Ponieważ jednak straciliśmy swoje państwo, do tych 10 proc. nie dołączają kolejne grupy.

A nam się wydaje, że nawet w tych niesprzyjających warunkach owe 10 proc. promieniuje na innych, zwłaszcza na środowiska młodzieżowe. Pamięta Pan filmy nakręcone na demonstracjach w Mińsku? Widać tam głównie twarze studentów, licealistów, dzieciaków, które w dorosłe życie wkraczają już jako Białorusini aspirujący do Europy.

- Może z boku widać lepiej. Chciałbym, żebyście mieli rację. Może to też kwestia wieku - jesteście dużo młodsi i dlatego więcej w was skłonności do optymistycznego patrzenia na rzeczywistość. Mój optymizm szykuje się już do odejścia.

Gdy władze zablokowały druk Pańskiej ostatniej książki, sami czytelnicy zorganizowali się, zebrali pieniądze i dzięki temu ten tom został wydany. Innymi słowy - białoruscy czytelnicy uznali, że tak bardzo zależy im, by wydrukowano białoruską książkę, iż gotowi byli za to zapłacić. Czy to też nie skłania Pana do optymistyczniejszego spojrzenia na stan ducha swego narodu?

- To wyjątkowy przypadek, który nie może być podstawą do uogólnień na temat sytuacji białoruskiego piśmiennictwa. Białoruska literatura jest w stanie katastrofalnej zapaści. Nie z powodu braku utalentowanych autorów i dobrych tekstów, lecz w wyniku polityki władz, które dążą do wyrugowania języka białoruskiego z życia społeczeństwa i zastąpienia go rosyjskim. Czy można sobie wyobrazić większą katastrofę dla kultury narodowej? Zasięg tej tragedii przewyższa rozmiary klęski czarnobylskiej, bo skażenia po Czarnobylu dotknęły jedną piątą terytorium Białorusi, a polityka językowa obecnego reżimu obejmuje terytorium całego kraju.

Wysiłki niezależnych wydawców i grup obywateli nie mogą zmienić tej sytuacji. W latach 80. sześć tomów moich utworów wyszło w nakładzie 76 tys. egzemplarzy. W takich ilościach drukowano wówczas białoruskie książki. Tymczasem wydana dzięki przedpłatom czytelników "Ściana" ukazała się w 1998 r. w nakładzie zaledwie 750 egzemplarzy.

Ale przecież tego nie można porównywać! W ZSRR państwo dotowało książki, a "Ściana" ukazała się bez żadnych dotacji, dzięki zrzutce społecznej. W Polsce nakłady książek też są dziś znacznie mniejsze niż w czasach PRL.

- To prawda, skończyły się dotacje. Ludzie zaś, borykając się z trudnościami życia w permanentnym kryzysie gospodarczym, w ogóle przestali kupować książki. To tylko pogłębia zapaść na rynku wydawniczym.

Czy zwolennicy demokratycznej idei białoruskiej nie mogą liczyć na życzliwość i wsparcie ze strony demokratycznych sił w Rosji? Wiemy, że w 1994 r. otrzymał Pan od prezydenta Borysa Jelcyna Order Przyjaźni - i to białoruski prezydent Aleksander Łukaszenko aż przez trzy lata nie dopuszczał do wręczenia Panu tego odznaczenia.

- Przez wiele lat utrzymywałem dobre kontakty z demokratycznymi kręgami inteligencji rosyjskiej, współpracowałem z moskiewską prasą. Popierałem rosyjskich demokratów i czułem, że ja też mogę liczyć na ich poparcie. To właśnie moi ówcześni przyjaciele i sojusznicy byli inicjatorami przyznania mi tego orderu.

Jednak dwa-trzy lata temu, gdy publicznie zacząłem krytykować Łukaszenkę, białoruskie władze wszczęły kampanię propagandową mającą mnie skompromitować w oczach świata i Moskwy. Łukaszenko osobiście oświadczył, że Bykau jest oszalałym nacjonalistą, który domaga się od Rosji oddania Smoleńszczyzny, a od Polski województwa białostockiego. Powiedział to bezpośrednio po tym, jak w 1995 r. W Mińsku powstał z mojej inicjatywy Białoruski Komitet Helsiński, mający pilnować przestrzegania praw obywatelskich.

Ze zdumieniem skonstatowałem, że ta kampania absurdalnych oszczerstw odniosła w Rosji skutek. Wielu moich wcześniejszych przyjaciół przestało ze mną rozmawiać i odcięło się ode mnie jako od wroga, który dąży do rozbioru państwa rosyjskiego. Uwierzyli Łukaszence, a nie mnie.

Oficjalna propaganda białoruskich władz usiłuje także oczernić Pana w oczach krajowej opinii publicznej.

- W styczniu tego roku wróciłem do Mińska po półtorarocznym pobycie w Helsinkach. Już w dwa dni po moim przyjeździe w mediach pojawił się zalew materiałów demaskujących mnie jako wroga narodu, a w dodatku kiepskiego pisarza.

Zacząłem się wręcz obawiać, że może mnie spotkać ten sam los, który stał się udziałem niektórych naszych deputowanych i byłych ministrów - którzy tajemniczo zniknęli albo wylądowali w więzieniach za rzekome przestępstwa kryminalne. Postanowiłem więc wyjechać do Niemiec i swoją obecnością nie psuć humoru naszemu dyktatorowi. Oczywiście, tym sposobem podarowałem sobie kilka miesięcy spokojnego życia.

Wielu Pańskich rodaków na tej samej zasadzie trafiło do Polski.

- Mnie jakoś tak się losy ułożyły, że od lat regularnie utrzymuję kontakty z Niemcami. Przez Polskę tylko przejeżdżałem; raz byłem w Warszawie z rządową delegacją białoruską, gdy na czele naszego państwa stał Stanisław Szuszkiewicz. Z Polską nie mam kontaktów, mimo że moja żona jest polskiego pochodzenia i zna język polski. Wiem jednak, że Polska udzieliła schronienia i pomocy białoruskiej opozycji po tym, jak władzę przejął Łukaszenko. Bardzo się cieszę, że Paźniak żyje właśnie w Polsce, a więc blisko domu, a nie gdzieś za oceanem.

Czuje się Pan tylko pisarzem czy także politykiem?

- Nigdy nie byłem politykiem i nigdy nie chciałem nim być. Zawsze chciałem zachować osobistą niezależność i dlatego nigdy nie wstąpiłem do partii komunistycznej. Pamiętam, że w czasach ZSRR moi przyjaciele, którzy należeli do partii i wdali się w jakąś dysydencką działalność, byli prześladowani - wyrzucano ich z partii, usuwano z kierowniczych stanowisk, pozbawiano pracy. A mnie nikt nic nie mógł zrobić. Kierowniczych stanowisk nie zajmowałem, do partii nie należałem - więc nie było mnie skąd wyrzucić. Miałem święty spokój i wewnętrznie czułem się wolny.

Dopiero w latach 80. wybrano mnie - a właściwie wysłano - do Rady Najwyższej Białorusi i ZSRR. Nikt mnie nie pytał, czy chcę być deputowanym. Zostałem nim, ale starałem się nic nie robić i gdy tylko mogłem, wykręcałem się od udziału w posiedzeniach. Gdy rozpadło się imperium i powstała niepodległa Białoruś, poczułem się w obowiązku dołączyć do założycieli Frontu Narodowego. Tak mi kazało sumienie. Występowałem przeciw dyktaturze - najpierw komunistycznej, a potem łukaszenkowskiej. Łukaszenkę krytykowałem jeszcze w czasach, gdy ubiegał się o fotel prezydenta.

Wybrano mnie na prezesa PEN Clubu, zakładałem Komitet Helsiński. A dziś jestem tu, w domu literata w Wiepersdorfie.

Przez 12 lat żyłam w Mińsku w środowisku ludzi mówiących tylko po białorusku. Aktorzy, muzycy, literaci. Dziś mają już dzieci, które z domu też wynoszą znajomość białoruskiego jako języka ojczystego. Jaka przyszłość je czeka?

- W życiu każdego narodu najważniejsze jest własne suwerenne państwo. Tylko ono pozwala rozwiązywać problemy. Jeśli będziemy mieć niepodległą Białoruś, będziemy też mieć warunki do rozwoju kulturalnego, narodowego, ekonomicznego i każdego innego. Jeśli zaś tego państwa nie będzie, jeśli Białoruś stanie się jedną z prowincji rosyjskiego imperium - to rychło niczego nie będzie, białoruska kultura zniknie z powierzchni ziemi.

Gazeta Wyborcza, 06-07-2000

Napisz komentarz