Aktualny język artykułu: PL

Białoruskie odrodzenie narodowe w Polsce

Białoruskie odrodzenie narodowe Polsce, po okresie kolonialnym, dotyczy lat powojennych (od jesieni 1944 r.). Związane jest z istnieniem ok. dwustutysięcznej mniejszości białoruskiej, kompleksowo zamieszkującej wtedy centrum i wschodni pas województwa białostockiego (na terenie współczesnych powiatów: Sokólskiego, Białostockiego, Hajnowskiego, Bielskiego, Siemianowskiego). Była to ludność wiejska, w niewielkim procencie małomiasteczkowa; miejska diaspora Białorusinów stanowiła marginalny odsetek. W aspekcie socjalnym przejawiało się to istnieniem stereotypu “Białorusin-mużyk”, jako synonimy tegoż zjawiska społecznego. Nie więcej jak po pół wieku sytuacja ta zmieniła się radykalnie.

Pierwsze kiełki narodowej białoruskości, w tym czasie, nie miały istotnych tradycji i przejawiły się przede wszystkim w częściowej odbudowie siatki białoruskojęzycznych szkół, utworzonych w okresie dwóch lat, kiedy to białostocki region znajdował się w Białoruskiej Socjalistycznej Republiki Ludowej (od lata 1941 r.). W pewnym stopniu zadziałał tu mechanizm automatyzmu związany z niejasnościami co do granicy państwowej między Polską i ZSRR. Ustalona “Linia Kerzona” charakteryzowała się niedokładnością topograficzną. Dopuszczane były przesunięcia granicy tak w jedną, jak i w drugą stronę (np. w Hajnówce najpierw zainstalowały się struktury administracji sowieckiej). Mała liczebność białoruskiej inteligencji narodowej (na niektórych obszarach wręcz jej incydentalność), wyraźnie utrudniała nawet to szkolne przedsięwzięcie. Pod pojęciem “inteligencja” rozumiano osoby ze średnim, a nawet średnim niepełnym wykształceniem; o tych z wyższym nawet nie było mowy. Na taką sytuację kadrową złożyły się dwa fakty historyczne: socjalna bieda białoruskiej ludności i wywołany nią brak dostępu do średniej lub wyższej oświaty w powojennej Polsce; a także exodus białoruskich intelektualistów przed sowieckim frontem w 44 r. Uświadamiali oni sobie naturę bolszewickiego frontu, i nie mylili się w przypuszczeniach, że będą oskarżeni o kolaborację z niemieckim okupantem (chociażby dlatego, że nadal pracowali w swoich zawodach, zamiast zająć się partyzantką).

W taki sposób powstała intelektualna pustka w środowisku białoruskiej mniejszości narodowej w Polsce.

W 1947 r. odbyła się likwidacja (metodami administracyjnymi) wszystkiego co białoruskie. W nastroju wszechobecnej repatriacji (wymiany ludności z sąsiednimi państwami), Białorusinów, którzy nie wyjechali do ZSRR, potraktowano jako optujących za polską świadomością narodową.

W 1949 r. Okazało się, że repatriacja stąd do białoruskiej SRR nie nabrało masowego charakteru; oprócz białorusko - mazowieckiego pogranicza, gdzie dochodziło do ostrych etnicznych konfliktów na styku prawosławia ze szlacheckim katolicyzmem. Kierownictwo ówczesnej partii rządzącej-PZPR kierując się, widocznie, polityczną potrzebą związku z ZSRR, zdecydowało o odnowieniu w trybie pilnym białoruskiego szkolnictwa. Przy czym należy pamiętać, że autochtoniczni Białorusini nie przejawiali inicjatywy i działań w tym kierunku. W warunkach pustyni narodowo- intelektualnej przejawiać nie mogli. Do tego potrzebna jest inteligencja z tradycjami.

Oprócz założenia ponad trzydziestu szkół podstawowych z białoruskim językiem nauczania (dokładne rachunki są niemożliwe ze względu na niesolidną statystykę), odgórnie wprowadzono do około setki pozostałych szkół we wsiach i miasteczkach tych powiatów fakultatywny przedmiot “język białoruski z literaturą” ; najmniej w powiatach Siemianowskim i Sokólskim, w których przeważa ludność rzymskokatolicka. Utworzono klasy białoruskie w bielskim Liceum pedagogicznym (miały stanowić bazę kadrową) i dwa licea ogólnokształcące z białoruskim językiem nauczania (w rzeczywistości jest to fikcja; nie było i nie na kadr, oraz chęci ze strony rodziców). Nie powołano ponownie do życia, rozgonionego w 1947 r., białoruskiego gimnazjum w Białymstoku.

Władze wyznaczyły sobie zadanie (przyjęły sobie założenie): stworzyć białoruskojęzyczny system oświaty o takim znaczeniu i na takim poziomie jak polskojęzyczny. Nikt jedna nie zauważył, że jest to jedynie utopia- przecież dramatycznie brakowało kadry nauczycielskiej, nie mówiąc już o braku specjalistów, którzy byliby w stanie stworzyć odpowiednie podręczniki. Na początku wszystkie założenia realizowano na poziomie amatorskim, a nauczycieli przygotowywano w awaryjnym tempie na tzw. wakacyjnych kursach podwyższania kwalifikacji.

Rozważając o białoruskim odrodzeniu narodowym w powojennej Polsce nie zawsze pamiętamy o tym elementarnym fakcie historycznym, że Białostocczyzna znajdowała się na peryferiach ruchu białoruskiego. Nie organizowały się tu żadne trwałe, wieloletnie białoruskie struktury życia narodowego: tajne szkoły, redakcje czasopism (jak na przykład na Grodzieńszczyznie, Wileńszczyźnie, czy całym Nadniemniu).

Wielce prawdopodobnym jest, że centralne władze Polski nie były zorientowane w faktycznym stanie świadomości narodowej Białorusinów i w stosunku do nich realizowały politykę analogiczną do tej wobec Litwinów, Ukraińców, Słowaków, czy Niemców - narodowości dojrzałych. Ta właśnie “mechaniczność administracyjna” wyraźnie rzuca się w oczy chociażby przy utworzeniu, zimą 1956 r. , Białoruskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego i tygodnika “Niwa”; ileż problemów przysporzyło znalezienie człowieka, który potrafiłby pisać po białorusku przynajmniej na poziomie gazety. Zabezpieczenie potrzeb kadrowych odbywało się na drodze oddelegowywania ludzi, z jako taką białoruską świadomością, z różnorakich instytucji i urzędów, w tym także ze struktur siłowych.

W tym czasie żyło dokładnie czterech - pięciu półintelektualistów z ogólną świadomością białoruskiej tradycji narodowej. Pierwszym przejawem publicystyki w tygodniku “Niwa” okazały się, nazbyt zresztą uczniowskie, pogadanki na temat samego istnienia białoruskiej kultury i literatury. Wiele w tym kierunku pomogło utworzenie dwa lata później zaocznego oddziału Białoruskiej filologii w Białymstoku, na którym wykładała zaproszona sowiecka kadra profesorska.

Dlatego zupełnie naturalnym jest, że nie można mówić o białoruskim ruchu literackim tego okresu w regionie. Badaczom znanych jest dosłownie kilku poetów ludowych: Kurszel, Jurawiec, Zdun. Byli to trochę oczytani wieśniacy z wrodzoną umiejętnością klecenia wierszy na manierę rodzinnej i weselnej liryki; zazwyczaj humorystyczno-satyrycznej. Pojawienie się “Niwy” przyczyniło się do znacznego ożywienia podobnej twórczości, nierzadko w formie wierszowanej korespondencji. Charakterystycznym jest jednak, że wyłącznie w środowisku starszego pokolenia byłych czytelników wileńskich przedwojennych białoruskich czasopism (np. satyrycznej “Małanki”). Wyraźny ślad pozostawiła okupacyjna “Novaja Daroha”, w szczególności humoreski poetyczne Szerszania, którego osoba do tej pory nie została “rozpracowana” przez historyków literatury. “Novaja Daroha”, redagowana przez znakomitego poetę Chwiedara Iliaszewicza, staje się pierwszą stabilną publikacją w historii Białostocczyzny. Niestety, kontekst “okupacyjnej gazety” przekreślił na całe pokolenia jej znaczenie w późniejszym formowaniu świadomości narodowej.

Dość szybko, na łamach “Niwy”, zaczęto drukować debiuty młodych autorów, licealistów i studentów. Były to teksty jakościowo inne, często pisane z wyczuwalnym talentem, bliskie prawdziwej literaturze (wyższych lotów) (np. Dubicki, Barski, Hajduk). Szczęśliwie spotkało się to z zainteresowaniem szefa “Niwy”, Jerzego Wołkowyckiego, absolwenta moskiewskiego Instytutu Literatury (ukończył go jako student z Polski). W czerwcu 1958 r. Zorganizował on przy redakcji kółko literackie, z którego wyrosło potem Białoruskie Zjednoczenie Literackie “Białowieża”. Po roku wyszedł almanach “Ruń”, maleńki zbiorek wierszy “niwowych” poetów. Czytelnicy przyjęli go jak sensacje. Pojawiły się nawet recenzje z zagranicy. Przy tej okazji trzeba zaznaczyć, że “Ruń” ukazała się jako pierwsza poetycka książka w wielowiekowych dziejach Białegostoku, przy czym białoruska w tym bardzo polskim mieście (o małomiasteczkowym wówczas charakterze, mimo rozwiniętego przemysłu tekstylnego). Zamieszkujący w nim polscy literaci nie przedstawiali sobą chociażby średniej ręki twórców i byli przybyszami, a nie ludźmi z białostockimi korzeniami. Dlatego, być może, byli niezbyt zorganizowani i mało dynamiczni; bardziej pochlebcami kultury, niż jej twórcami. Stąd bierze się prymat białoruskiego życia literackiego nad polskim, który wciąż się utrzymuje, nie bacząc na zabiegi aktualnych władz, by białoruskość marginalizować. Kolejna dowód siły, ponad już półwiekowej, tradycji.

W innych dziedzinach kultury polscy Białorusini nie osiągali tak dobrych wyników. Na przeszkodzie legła zapuszczona prowincjonalność Białostocczyzny, jej ekonomiczno-cywilizacyjna zbędność w systemie państwa polskiego, które po znaczącym przesunięciu granic na zachód wzbogaciło się o niemieckie tereny wzdłuż Bałtyku i Odry-Nysy.

Białoruskie odrodzenie narodowe w Polsce powojennej w ciągu długiego czasu (niemalże dwóch pokoleń) nie podlegało elitarnemu rozróżnieniu i miało zupełnie ludowe oblicze. Białoruskojęzyczna edukacja nie sięgała ponad szkołę podstawową, czytelnicza baza “Niwy” w zasadzie nie przemieszczała się poza wieś i miasteczka, amatorski ruch (chóry, kółka teatralne) rzadko organizował się w większych centrach miejskich, w których to zawsze dominowała polska kulturowość. Audycje radiowe, prowadzone w języku białoruskim od 1958 r., były skierowane do wiejskiego słuchacza. Siatka kółek BTSK działała na poziomie gminnej problematyki. Jednocześnie z narastającym procesem masowej migracji do miast i coraz szybszym zanikaniem klasy wiejskiej - białoruskie odrodzenie traciło siłę społeczną. Te obiektywne przyczyny pogłębiała polityka państwa, która w drugiej połowie lat sześćdziesiątych jednoznacznie była już skierowana na pełną asymilacje, polonizacje. Nie pozwalano na nic, co wychodziłoby poza ramy działalności tegoż BTSK i towarzyszących mu struktur pomocniczych. Likwidowano nawet dozwoloną działalność gospodarczą o komercyjnym profilu. W dekadzie Gierka, gdy obowiązywała teza moralno-politycznej jedności narodu Polski, jawnie wzięto kurs na ograniczenie białoruskiego ruchu kulturalno-oświatowego do pokazowej atrapy, do jakiegoś akwarium z “białoruskimi rybkami” - żeby zagraniczni goście mogli sobie pooglądać. Trudno powiedzieć, na ile to wszystko było inicjatywą samej Warszawy. Możliwe, że mamy tu do czynienia z synchronią z polityką ZSRR, z dążeniem Moskwy do “zlania” narodów sowieckich w jeden nowy - na gruncie rosyjskości... Satelicki Moskwie rząd warszawski nie mógł tolerować u siebie mniejszości współ graniczących narodów sowieckich. To brzmi logicznie.

Jedna po drugiej umierały pomocnicze struktury wokół BTSK, poza tym miała miejsce tendencja, by “Niwę” przekształcić na polskojęzyczną gazetę, pozostawiając jedynie jej stronę literacką w wersji białoruskojęzycznej. Degenerację nauczania języka białoruskiego (nie dopuszczano do nauczania elementów historii Białorusi) doprowadzono do skrajności, zmuszając liderów BTSK do ogłoszenia, iż nauczanie języka ojczystego stanowi przeszkodę w intelektualnym rozwoju dziecka.

Kultura narodowa każdego narodu cechuje się tym, że dość łatwo ją zdeptać i nadzwyczaj trudno ożywić. Z białoruską, jakże słabo jeszcze zakorzenioną w narodzie, poszło władzom dziecinnie łatwo. I dziś mamy to co mamy: wyobcowanie Białorusinów z białoruskiej kulturowości (kultury), przemiana jej z wyznacznika ludowości w wyznacznik inteligencji (jako warstwy społecznej)- mieszkaniec wsi nie chce już rozmawiać z dziećmi w swoim języku, tłumacząc się jego zbędnością i innymi racjami życiowej pragmatyki. Identyczny mechanizm asymilacji językowej można zaobserwować, na przykład, u hiszpańskojęzycznych już Basków, czy anglojęzycznych Irlandczyków, których nie przekonuje do powrotu ku językowi irlandzkiemu nawet jego status języka państwowego w Republice Irlandii. Jak zabity człowiek nie zmartwychwstanie, tak i zabity język pozostaje martwy, choć zrozumiały (jak w przypadku białoruskiego w słowiańskim, przecież, otoczeniu.

Ja, jako Białorusin, nie mogę sobie wyobrazić sytuacji, w której PRL, czy Związek Radziecki istniały by w ciągłości do roku dwutysięcznego. My, jako naród, znaleźlibyśmy się do tego czasu w głębokiej mogile. Po nas, Białorusinach, zostały by marne eksponaty w muzeach - nudne dla publiczności, ciekawe dla badaczy przeszłości. Taki koniec szykowała nam władza ludowa w Polsce i komuniści w ZSRR. Stworzono społeczny stereotyp: Białorusin to ten, kto opóźniony w swoim rozwoju osobowym.

Wymuszona przez władze monopolizacja białoruskiego ruchu odrodzeniowego na Białostocczyźnie przez BTSK, podyktowana polityczną potrzebą jego limitowania, eliminacji w nim tendencji rozwoju w celu zaplanowanej stagnacji i ostatecznej redukcji do minimalnych jego przejawów na użytek propagandy... - skończyła się wraz z upadkiem systemu komunistycznego. Znamiennym był ty rok 1981 (pierwsza jego połowa), kiedy to w wiosenne miesiące udokumentowało swoją działalność Białoruskie Niezależne Wydawnictwo, kolportując m.in. periodyk “Białaruskija Dakumenty” (drukowany techniką szapirograficzną). Tak przejawiło swoje istnienie, nie przeczuwane dotąd, pokolenie młodej białoruskiej inteligencji narodowej; przede wszystkim studenci, z którymi BTSK starannie unikało szerszych kontaktów, jako jemu ryzykownymi. Metaforycznie rzecz ujmując: niespokojne w polityczny złom epok dzieci zbuntowały się przeciwko, tkwiącym w wygodnym marazmie, rodzicom.

W Warszawie, Białymstoku, Lublinie, Olsztynie i innych ośrodkach akademickich, sformowało się, na początku w ramach autonomii uniwersyteckiej, wynikowe Białoruskie Zrzeszenie Studentów (Biełaruskaje Abjadnannie Studentau);. Sądową rejestrację tej walecznej struktury wstrzymał stan wojenny w Polsce (od połowy stycznia 1981 r.). Abrewiatura BAS-u nie znikła jednak w ciągu całej podziemnej odyseji białoruskiego ruchu, aż do momentu przejścia władzy w ręce “Solidarności”. Jeszcze w trakcie obrad “okrągłego stołu” pojawiła się trzecia nielegalna struktura - Klub Białoruskiej Myśli Politycznej (Klub Białaruskaj Palitycznaj Dumki), jako elitarne centrum przygotowania białoruskich kadr politycznych. Pod skróconą nazwą - “Klub Białoruski”, wziął on udział w wyborach parlamentarnych w czerwcu 1989 r.. Jego kandydaci do Sejmu i Senatu zdobyli nawet więcej głosów od komunistycznych. W warunkach liberalizacji reżimu półlegalnie ukazywał się bardzo dobry periodyk “Kontakt”, jednak, w związku z likwidacją cenzury, szybko stracił rację bytu.

Każdy ruch narodowy dąży do finalnego zdefiniowania się we własnej partii politycznej. Tak też było z polskimi Białorusinami. Wspomniany udział w wyborach parlamentarnych (z nieoczekiwanie dobrymi wynikami) wywołał potrzebę powołania politycznego przedstawicielstwa. Na kadrowej bazie Klubu Białoruskiego doszło, w lutym 1990 r., do utworzenia Białoruskiego Zjednoczenia Demokratycznego (Biełaruskaha Demakratycznaha Abjadnania). Partia ta istnieje po dzień dzisiejszy, jednak, jakby, w stanie embrionalnym; chociaż przy ostatnim formalnym przerejestrowaniu poparło ją ponad tysiąc zwolenników, poza tym wywalczyła sporo mandatów w szeregu wyborach samorządowych na Białostocczyźnie (np. w gminie Gródek zupełnie dominuje). W ślad za nią organizowano inne białoruskie komitety wyborcze; z dobrymi wynikami w Bielsku Podlaskim i Hajnówce (Białoruski Komitet Narodowo-Wyborczy). W tym momencie historycznym wydaje się to szczytem możliwości białoruskiego ruchu wyborczego. Spadek jego dynamiki, początkowo nadzwyczaj prężnej, wiąże się z ogólną sytuacją w Polsce, z jej przejściem na system kapitalistyczny, a przede wszystkim na gospodarkę wolnorynkową. Ujawniło to ekonomiczną marginalność Białostocczyzny, jej znaczenie w ogólnopaństwowym potencjale w granicach, jedynie, jednego z ułamkiem procenta. Dlatego, w aspekcie gospodarczym, Białostocczyzna pozostaje dla Polski bez znaczenia. Można powiedzieć, że Białostocczyzny mogłoby nie być w ogóle.

Oprócz samego Białegostoku, centrum o kolonialnym impecie, podległy mu region pustynnieje, miasta satelickie kurczą się, stopniowo zamieniając się w przystanki na drodze do szerokiego świata. Dramatyczną jest sytuacja samej Hajnówki, jeszcze do niedawna celu wszystkich cywilizacyjnych przeprowadzek z okolicznych wiosek i miasteczek. Dotąd żyła z Puszczy Białowieskiej, którą w interesie Polski trzeba przekwalifikować z kompleksu leśnego o znaczeniu przemysłowym w rezerwat przyrody. A fakt, że dla Hajnówki jest to wyrok śmierci, jest akurat najmniej istotnym. Tak jak nie istotnym było zatopienie pod zalewem w Siemianówce dziesiątki wiosek, które stanowiły etniczne jądro białoruskości na Białostocczyźnie. Jasne, w świetle europejskich praw mniejszości narodowych jest to przestępstwo, ale stało się i niczego nie odwrócisz. Martwi nie wracają.

W pulsacji białoruskiego ruchu lat dziewięćdziesiątych obserwuje się jawny paradoks: etniczna masa w oszałamiającym tempie nabiera charakteru miejskiego, w konsekwencji czego następuje totalna samopolonizacja, znika czytelnik narodowego słowa, a przy tym, nie mniej oszałamiająco, wzrasta aktywność białoruskich struktur i organizacji. Bardzo produktywnie działają: Białoruskie Zrzeszenie Literackie “Białowieża” (już prawnie niezależne), Białoruskie Towarzystwo Historyczne, Białoruskie Zrzeszenie Studentów, Związek Młodzieży Białoruskiej, Rada programowa tygodnika “Niwa”, Białoruskie Towarzystwo Oświatowe. O ile w poprzednich dekadach wydanie dwóch białoruskich książek w ciągu roku uważane było za osiągnięcie, o tyle teraz co miesiąc to nowa książka: literacka, naukowa, popularyzacyjna, kalendarzowa. Ludową “Niwę” uzupełniają inteligencki miesięcznik “Czasopis” i literacki periodyk “Termopile”, nie licząc przypadkowych efemeryd w stylu półprywatnych inicjacji. Na bazie świeżej struktury - Stowarzyszenia Villa Sokrates z siedzibą w Krynkach na Sokólszczyżnie, przygotowywany jest periodyk -“Rok Białoruski”- wielojęzyczny, przeznaczony dla czytelników w Europie, którzy interesują się, przede wszystkim, literaturą białoruską.

Impulsywne rozszerzenie infrastruktury ruchy białoruskiego- w połowie lat dziewięćdziesiątych- zasadniczo nie wyszło poza sferę młodego pokolenia Białorusinów o inteligenckim statusie. Praktycznie nie dotyczyło Białoruskiego Towarzystwa Społeczno-Kulturalnego z jego tradycjami pracy organizacyjnej w teorii. Dlatego nie przypadkowo zignorowało ono zaproszenie do wstąpienia w szeregi Związku Białoruskiego w Rzeczpospolitej Polskiej, w tą organizację organizacji, utworzoną z inicjatywy Białoruskiego Zjednoczenia Demokratycznego w celu zwiększenia efektywności partnerstwa z organami rządzenia. Wniosek - do BTK należą nostalgicy o postkomunistycznej orientacji, wyraźnie przeciwstawni młodobiałoruskiemu europeizmowi.

Sytuację dodatkowo komplikuje “kresowy” nacjonalizm białostockiej “Solidarności”, który nie może ścierpieć Białorusinów ogólnie. Prowadzi to do takiego położenia Białorusinów w Polsce, w jakim znajdują się Bantu w RPA. (Prowadzi to do bantustyzacji białoruskiej enklawy), do sytuacji muru, albo dwóch oddzielnych i przeciwstawnych sobie jakby parafii, z ich wewnętrzną walką. Z pośród dwóch realnych wariantów polityki państwowej wobec mniejszości narodowej - integracji albo asymilacji - ponownie wybrano właśnie asymilację.

Piętą achillesową ruchu białoruskiego jest bezustanny brak własnego kapitału, wieczne oczekiwanie na rządowe dotacje. Przyczyna tego leży w historycznej jednoklasowości narodu białoruskiego, w jego chłopskim rodowodzie, w braku słoja burżuazji. Co, wielce prawdopodobne, zadecyduje o etniczno-narodowej katastrofie. Białorusini nie wypracowali wolnorynkowej gospodarki towarów i pracy, horyzontalnych powiązań. Znajdują się w całkowicie wertykalnych zależnościach od fanaberii ministerialnych referentów, wyznających perwersję “chcę - dam, nie chcę - nie dam”. Małe dotacje wielkiej sprawie (na wielkie sprawy), kwoty “na cukierki”...

I tak, białoruskie odrodzenie narodowe w Polsce u schyłku wieku nie nabrało społecznego rozmachu. Jego sytuacja polepszyła się o tyle, że w tym momencie nie jest poddawane formalnemu limitowaniu, i to wszystko. Społeczność białoruska nadal nie jest zdolna do wypracowania potencjału materialnego na potrzeby narodowe. Wszystko to, co było organizowane w jej środowisku, nabrzmiewało mentalnością klienteli - to “proszący”, a nie gospodarze swoich planów, czy zamiarów. Ciągła wegetacja z krótkimi przerwami bogatszej życzliwości, przeważnie w momencie napływu międzynarodowej koniunktury. Typowy los intelektualisty, za plecami którego nie widać kogoś z wypchanym portfelem.

O ile pół wieku temu byliśmy silni etnicznie i słabi intelektualnie, o tyle teraz proporcje są odwrotne.
Sokrat Janowicz

tłumaczenie z języka białoruskiego: Igor Łukaszuk