Aktualny język artykułu: PL

Białoruś jako zjawisko europejskie

Europa – wszystko to, co znajduje się poza Rosją. Także Białoruś. Tak, jak o Polsce pierwsze wzmianki historyczne dotyczą państwa gnieźnieńskiego, tak w przypadku Białorusi najwcześniej mówią o władztwie połockim na Dźwinie. Są napomknienia o nim w sagach staroislandzkich, jako echa wędrówek Wikingów prastarym szlakiem “z Waregów w Greki" - z Bałtyku Dźwiną, Dnieprem do Morza Czarnego i Bizancjum. Przez okres rzymski i kilka wieków później dokonywały się wędrówki ludów na Międzymorzu, Germanów, Baltów, Słowian. Ślady tych przemieszczeń daje się zaobserwować dzisiaj w wykopaliskach archeologicznych, w nazewnictwie geograficznym. Również w typach rasowych autochtonicznej ludności. Antropologicznie ludność Białorusi nie zmieniła się od 2500 lat, co świadczy o substracie Bałtów.

Szczególnie czytelnym pod tym względem jest areał zachodniej Białorusi, zwłaszcza w aspekcie stosunków słowiano-bałtyjskich. Białorusinów - zdaniem antropologów - można nazwać zesłowiańszczonymi przodkami dzisiejszych Litwinów i Łotyszy. Poczynając od Polesia, niemal w całości nazewnictwo topograficzne jest niesłowiańskie - cieki wodne, akweny, uroczyska, etc. Podstawowe słownictwo białoruskie charakteryzuje się zauważalnym podobieństwem akcentowym i nasyceniem rzeczownikami odbałtyjskimi, głównie w warstwie pojęć agrarnych, etymologicznie zrozumiałymi tylko z pomocą słownika języka litewskiego.
Do niedawna ignorowano owe oczywistości, ograniczając się do twierdzenia, że Białorusini ukształtowali się z trzech związków plemiennych, mianowicie: Krywiczów, Drehowiczów, Radzimiczów. Częściowa to jednak prawda. Krywicze sięgnęli bowiem brzegów Morza Białego, jacyś Drehowicze--Druguwiti znaleźli się też w Macedonii, a Radzimicze kolonizowali nie tylko obszary dorzecza Dniepru i Soźa. Jak o odmienności rosyjskiej zadecydowało podłoże etniczne ugryjskie, tak o białoruskiej - bałtyjskie.

Asymilacja na skalę społeczną ma to do siebie, że zmienia oblicze obu podmiotów, zarówno asymilującego jak i asymilowanego. Wytwarza nową jakość. Słowianie ze swych prasiedzib przenikali na Polesie i dalej na północ zapewne od bardzo dawna. Będąc cywilizacyjnie na wyższym poziomie, zakładali ośrodki typu przedmiejskiego. Stąd wiemy o drehowickim Turowie na Prypeci czy Krywigrodzie, późniejszym Wilnie, założonym przez Krywiczów. Ze względu na brak danych archeologicznych trudno orzec, czy ta kolonizacja przebiegała bezkonfliktowo, bez pożogi ze strony zaniepokojonych aborygenów. Faktem jest natomiast, że w państwie połockim element słowiański wcale nie dominował demograficznie, była nim sławetna dziesięcioprocentowa (jak obliczają historycy) wierchuszka - warstwa kupców, rzemieślników i innych organizatorów ekonomiki. Jak wiadomo - również z dziejów Polski wczesnopiastowskiej - spore dochody czerpano z handlu niewolnikami na potrzeby śródziemnomorskich i wschodnich rynków (“towar" odławiano w okolicznych puszczach, tudzież w wyprawach wojennych).

Zastanawiają relacje podróżne ówczesnych cudzoziemców. Oni odróżniali Słowian od Rusów. Rzecz w tym, że samo pochodzenie nazwy “Ruś" nie jest jasne. Istnieje pewność w jednym - że Ruś należy łączyć z wikingami-Normanami, których zapraszano do miast położonych na szlaku dla pełnienia funkcji policyjnych i obronnych. Byli to najemnicy, źoł-dziaże, żołnierze, którzy z czasem - jacyś Rusowie ze Skandynawii - wrastali w miejscowe społeczności i przejmowali pełnię władzy politycznej. Do nich należał kniaź na Połocku, Rahvałod, nazywany przez badaczy Rikwaldem lub podobnie. Około 980 roku napadł go inny wiking, równie pogański, młody kniaź z Nowogrodu Wielkiego, nazwany potem Wołody-mirem. Nie była to wojna plemion, lecz raczej gangów normańskich o zwierzchnictwo nad całą Rusią. Włodzimierz szedł podporządkować sobie Kijów, który, znajdując się u wylotu owego słynnego szlaku do Bizancjum, naturalnie kontrolował cały ruch towarów i pieniędzy. Połock zatem nie mógł pozostać nietknięty, bo przedstawiał sobą zbyt dużą konkurencję na szlaku bałtyckim. Rahvałod i synowie zostali zarżnięci, zaś córka, Rahneda (Ragneda), rytualnie zgwałcona i zaliczona w poczet setek żon nowego su-werena. Dopiero usadowienie się tego Warega tam, gdzie chciał i marzył, zapoczątkowało odrębną historię Słowian Wschodnich, formowanie się Rosjan, Białorusinów, Ukraińców. Zachowując się nie lepiej aniżeli Bolesław Chrobry w swym państwie gnieźnieńskim, z równym sadyzmem zabrał się w roku 988 do chrystianizacji, co umocniło go w roli wszechmo-narchy (termin “Ruś Kijowska" jest sztuczny, wymyślony w XVIII wieku przez historyków carskich). Jeśli w Polsce poganie nie bardzo mieli dokąd uciekać, to przed drużynnikami Włodzimierza tłumnie umykano za nieprzejrzane bagna poleskie. Ostatnie dziesięciolecie przed drugim tysiącleciem dziwnie zaowocowało bowiem żywiołowym zakładaniem mnogich ośrodków w Nadniemniu, np. Grodna, Wołkowyska, Słonimia i innych. Bez śladów jednak budownictwa sakralnego; tu władza z Kijowa wszak nie sięgała, a upokorzony Połock póki co trwał w tym samym pogaństwie. Mimo zachodnich misji religijnych nie miano jednakowoż po temu interesu politycznego.

O zaistnieniu Białej Rusi dowiadujemy się ze źródeł łacińskich Alba Rosi-ca. Dostrzegano w nich od Zachodu nie “puszcz litewskich przepastne krainy", lecz Połock właśnie i jego korabie cumujące u ujścia Dźwiny do Morza Wareskiego, czyli Bałtyckiego. Pomysł ze słupami granicznymi to wynalazek już ustabilizowanego feudalizmu, ze skrzętnie spisywanymi rejestrami własności. Wtedy, w dziesiątym wieku po Chrystusie, nikt jeszcze w naszych stronach nie zawracał sobie głowy drobiazgowymi podziałami administracyjnymi. Władza centralna sięgała tak daleko, na ile możliwe było dotarcie drużyny wojów dla brania danin i niewolenia młodzieńców, zdrowych i silnych, dla celów gospodarki plantatorskiej kolonów na ciepłym południu Europy oraz ponętnych dziewic dla zyskownej sprzedaży ich do wschodnich haremów, skąd regularnie przybywali pośrednicy, obładowani srebrem, złotem i błyskotkami. Stąd też pochodzą skarby monet arabskich i rzymskich, ukryte w tutejszej nędznej ziemi...

Połock, obecnie miasto powiatowe z własnym uniwersytetem, zachowywał potęgę cywilizacyjną aż po renesans, zanim rozbłysło Wilno. Wpływy katolickie nie zanikały w tym okolu, chwilami równoważyły się z prawosławiem. Nie inaczej działo się na przeciwstawnym krańcu przyszłej Białorusi, -w książęcym Turowie poleskim, równie ostro jak Połock konfliktującym z zaborczym Kijowem. Turowskie wykopaliska świadczą wręcz o obecności tamtejszej architektury romańskiej, czyli kościelnej, obok cerkiewnej. Czyżby to ledwie pozostałość zamęść Piastówien? Czy raczej coś na -większą skalę, jeśli przypomnimy, że niewątpliwym katolikiem był Franciszek Skaryna, ojciec Renesansu białoruskiego, syn kupca połockiego i absolwent krakowskiej Al-ma Mater z 1506 roku, doktor nauk wyzwolonych na -wszechnicy w Padwie, sekretarz królewski, współwłaściciel faktorii handlowej Skarynów w Poznaniu, tłumacz Biblii na starobiałoruski, założyciel drugiej z kolei, po Fiolu w Krakowie, drukarni na -wschód od Łaby - w Wilnie. W Moskwie odważono się na druk książek zaledwie w przeddzień potopu szwedzkiego. Taka oto brutalna prawda.

Połock nie zdołał stać się mocarzem w basenie Bałtyku mimo oparcia w tym bezkresnym zapleczu. Pojawienie się Teutonów w 1201 roku w Rydze zablokowało rozwój Alba Rosica, chociaż nie od razu; procesy stagnacyjne rozciągnęły się na stulecia przy ówczesnym tempie produkcji i wymiany towarowej. W końcu zaowocowało to zmianą orientacji morskiej na wewnątrzkontynentalną. Świeżo założona przez Niemców Ryga upodobniła się do Gdańska; grube interesy ubijano już nie gdzieś w Lubece, lecz na miejscu, przeklinając pod nosem Niemców inflanckich, uprawiających klasyczny kolonializm, znany jeszcze z antycznej Hellady, która obsiadła była jedynie pobrzeźa Morza Śródziemnego - od słupów Herkulesa po Aleksandrię i Kolchidę na Foncie. Kolonializm kupiecki.

Hanzeatycki związek miast nie potrzebował terytoriów, wystarczały mu porty i spływ surowców z barbarzyńskiego buszu: zboża, skór, drzewa, miodu, wosku, bursztynu i szeregu innych darów bożych, którymi obracano z niebagatelnym zyskiem. Krzyżacy i Teutoni nieźle dawali sobie z tym robieniem pieniędzy radę. Połock tracił siły nadaremnie, usiłując odblokować się; padły wysunięte ku Bałtykowi albaruskie fortece: Hercyke, Kukenojs. Otruto wojowniczego króla Waldemara, który rozbudowywał był na Dźwinie flotyllę wojenną. Niestety, apogeum -władztwa połockiego minęło -wcześniej, na przełomie wieków jedenastego i dwunastego, -wraz ze zgonem - naturalnym -znakomitego Usiasława, przezwanego Czarodziejem. Za jego rządów państwo to doznało rozkwitu i miru. ów geniusz administracyjny skupiał w sobie geny Rahnedy i Włodzimierza, pozostając pełnej krwi wikingiem-Rusem, zapewne dosyć świadomym swojego pochodzenia, sądząc z zachowanych przekazów (będąc chrześcijaninem, uprawiał zarazem gusła skandynawskie “biegając po nocy wilkiem").

Zapadanie się potęgi Ziemi Połoc-kiej, spowodowane pojawieniem się w basenie Bałtyku zakonów rycerskich i tworzonych przez nie struktur państwowych, nie przebiegało w sposób gwałtowny, jak gdzie indziej, np. w Prusach. Zakon Kawalerów Mieczowych, owa swoista “legia cudzoziemska" tamtych czasów, spotykał się z oporem nieporównywalnie większym, aniżeli ze strony Estów czy Semga-łów i Kuronów. Połock, urbanistycznie natenczas nie ustępował Krakowowi.

Bliższa nam przyszłość historyczna Białorusi nie wykluła się w Połocku ani w Turowie. Skoro jej kraniec północny znalazł się pod wpływem germańskim, to południowym zachwiał najazd mongolski, upadek Kijowa i zwasalizowanie Rusi Halickiej. Od zachodu sennie trwała w rozbiciu dzielnicowym Polska przedłokietkowa, od wschodu natomiast - zmartwiałe w przerażeniu księstwa, wśród których liczyła się jako tako suwerenność Aleksandra Newskiego. Krzyżacy zaś borykali się z powstaniami Prusów i daleko im jeszcze było do eksterminacji Jaćwieźy nadniemeńskiej. W otoczeniu buszujących -wokoło cyklonów dziejowych, w samym środku, wytworzyła się strefa względnej ciszy z centrum w Nowogródku (Nowohoro-dok). Ten były sezonowy fort Monomacha - z zadaniem szerzenia cywilizacji chrześcijańskiej w dookolnej Litwie - nielicho spotęźniał na wspomnianej ekspansji, po wyrwaniu się z objęć Kijowa. Gra musiała być cienka, jeśli z tejże Litwy wywodzi się Mendog, bitny wojownik, lecz niestety marny polityk, niepotrafiący utrzymać uzyskanej korony królewskiej (oczywiście katolickiej, z papieskim namaszczeniem). Nie miejsce tu na roztrząsanie okoliczności tego niepowodzenia, ale nie wolno przy tym zignorować czegoś innego, mianowicie zagadki pochodzenia samej Litwy, ongiś stanowiącej enklawę pogańską w dorzeczu górnego Niemna. Wiele danych - językowych i rasowych nade wszystko -wskazuje na to, że Litwa była etniczną resztówką ugryjską pierwotnych mieszkańców wschodnioeuropejskich lasów (całkiem podobna zresztą enklawa dłużej przetrwała w środku Żmudzi przykowień-skiej). Nazwa własna Litwy nie deszyfruje się z pomocą słowników litewskich, natomiast nieoczekiwanie łatwo w archaicznym słownictwie ugrofińskim -jako Pięciorzecze (liczebnik “lit" -pięć, rzeczownik “wa" - woda, rzeka; vide: Moskwa - Czarna Rzeka). Historycy doliczyli się dokładnie pięciu istotnych rzek na tym obszarze. Zachowała się wzmianka wywiadu krzyżackiego, że Jagiełło z Witoldem pewnego razu posługiwali się między sobą narzeczem przez nikogo z sekretnych znawców nie odgadnionym... Mowę Bałtów znano.

Nowogródek - najwcześniejsza stolica Wielkiego Księstwa Litewskiego, umocnił się dopiero po złączeniu się z Połockiem. Sojusz miecza i złota zawsze jest niezwyciężony. W dłu-gotrwającym nowogródzkim zaciszu miała czas i warunki wyrosnąć władza bez kompleksu przeciwnika. Mendog, prąc ku Bałtykowi, wyrzynał niepokornych Żmudzinów czy Jaćwingów, sięgając po ich imponujący Rajgród. Krzyżacy galopowali ledwie w Galindii, czyli w rejonie teraźniejszych Wielkich Jezior Mazurskich.

Kształtująca się w przeciągu średniowiecza Białoruś posiadała słowiańskie oblicze jedynie w miastach i kluczach dóbr, siedzibach parafii prawosławnych (katolicyzm nie wymykał się poza warstwę kupiecko-plebejską). Jak wynika ze szczegółowszych informacji o Jagiełłowym chrzcie Litwy, prawosławie - nie mając w sobie iskry misyjnej - nie przenikało masowo na tereny niezeslawizowane, a takie przeważały na mapie ówczesnego Wielkiego Księstwa Litewskiego. Łaciński chrzest nie dotyczył wszakże wiary greckiej, którą wyznawała również wierchuszka książęca. Przyszły król Polski wcale nie był poganinem, a jego sentyment do cerkwi odkrywamy dziś - to w Lublinie, to w Sandomierzu, to w Krakowie - w postaci malowideł ściennych. Na uczęszczanej trasie z Wilna na Wawel.

Zaistnienie potencji nowogródzkiej kończy normańską epokę; miejsce kondotierskich wikingów zajmuje Litwa, której imieniem przezywa się wnet najbliższa Ruś. Boć Litwin w Lublinie, za bytności tam Mikołaja Reja, gaworzy przecie po rusińsku, tzn. w mowie starobiałoruskiej. Tak zostało do powstania styczniowego i okresu panowania w tej prowincji upadłej Rzeczypospolitej jego dyktatora, sławionego przez lud “króla Litwy", Konstantego Kali-nowskiego vel Wasila Świtki vel Jaśki-haspadara spad Wilni. Ale to było potem, po półtysiącleciu, w którym zdążyła zrodzić się i zemrzeć owa Rzeczpospolita Obojga Narodów.

Wielkie Księstwo Litewskie nie spadło z nieba. Poprzedziło go - rzadko wzmiankowane w publicystyce historycznej - Księstwo Grodzieńskie (Hara-dzienskaje Kniastwa). Od schyłku trzynastego wieku ostro grające w tandemie z Nowogródkiem. Zwłaszcza za kasztelani! Dawida Horodeńskiego, którego geniusz wojskowy umożliwiał wyprawy łupieżcze aż w głąb Brandenburgii. W jego zachowaniu uderza jakaś nieruskość... [Nasuwa skojarzenia z “wycieczkami Litwinów" do przedmurzy Krakowa, czy grabienie przez nich Łęczycy. Rdzenni Rusini znad Dniepru tak daleko nie zapuszczali się, w ogóle ruszali jeno w pochody odwetowe, bardziej zajęci wewnętrznym rozwojem, bogaceniem się. Zbójectwo jest cechą plemion ubogich, tych, którzy nie załapali się na sycącą ekonomię. Księstwo Grodzieńskie, formując się niemal pośrodku Jaćwieźy, ale będąc niewątpliwie tworem Słowian, etnicznie stanowiło strukturę z bałto-jaćwieską dominantą. Nie mogło być inaczej, jeśli weźmiemy pod uwagę fakt żywotności “narzeczy barbarzyńskich" w licznych okolach nawet osiemnastowiecznej Grodzieńszczyzny łącznie z Puszczą Białowieską. Znane są nauce prywatne słowniczki owych narzeczy, sporządzane przez proboszczów parafialnych, stykających się z kłopotami językowymi w swej pracy duszpasterskiej. Etnografowie rosyjscy sprzed pierwszej wojny światowej jeszcze wyodrębniali znaczną, około pięćdziesięciotysięczną grupę tzw. Poleksian między górną Narwią a Kamieńcem, choć i prawosławną, i rusińskojęzyczną, jednakże wyróżniającą się w sferze kultury materialnej (ubiór, zabudowa, narzędzia domowe, sposób gospodarowania). Bliższe badania oraz intensywność typu rasowego wskazywały na Bałtów.

Ów dłuższy wywód pomoże zrozumieć, dlaczego rajzy krzyżackie nigdy nie zagłębiały się w samą Ruś, urywając działania operacyjne między Grodnem a Nowogródkiem. Te tereny widziały się Krzyżakom po prostu przedłużeniem pogaństwa pruskopodobnego, czyli obszarem podlegającym ich obowiązkom misyjnym. Wywiadowcy, przygotowujący marszruty dla oddziałów rycerzy zakonnych, donosili którejś zimy o garnizonie grodzieńskim, składającym się z prawosławnych dowódców, posiadających pod swą komendą ponad tr2ystu Pmsów (Niemcy nie odróżniali Prusów od Jaćwięgów). Państwo Zakonne zatem rozszerzyłoby swe granice o wiele dalej, gdyby nie spotkało się z twardym przeciwdziałaniem rusińskim za Biebrzą i Świsłoczą.
W tym samym okresie Słowiańszczyzna definitywnie rozpadła się na narodowości, -wskutek uprzednio odrębnego losu historycznego jej poszczególnych części, wytworzenia się szeregu państwowości. Za dziedziczną słabość Wielkiego Księstwa Litewskiego należy uznać jego, ułatwioną upadkiem Kijowa, imperialność, która, zresztą, żadnej władzy nie wróży długowieczności. Stając się za Witolda Litwą od morza do morza i od Oki do przedlubelskich grodów, było jasne, że odtąd czeka ją tylko kurczenie się i usychanie. Budowanie mocarności na ciągłych aneksjach, rozroście terytorialnym, zamiast wzrostu sił wewnętrznych, to krótkowzroczność polityczna, za którą potem ciężko się płaci i w ogóle ginie. Ciekawe, że taka pokusa imperialna dotknęła prawie każdy naród europejski. Królestwo Polskie, wchłaniając Litwę w rezultacie unii lubelskiej, skazało się wręcz na zagładę rozbiorową, wówczas nieprzewidywalną. Imperialność przypomina krwotok, upływ energii życiowej, rozrzedzenie się nagromadzonego potencjału.

Pod tym względem Paweł Jasienica miał rację w swej Polsce Jagiellonów, upatrując nieszczęścia w porzuceniu orientacji zachodniej, na której wyrośli Piastowie. Nie wdając się w ryzykowne “gdybanie" trzeba przyznać, że to dzięki Polsce postępowała europeizacja Słowian Wschodnich. Na tyle dalece, że twórca Imperium Rosyjskiego, car Piotr I, znał język polski, i w ogóle polszczyzna pełniła wtedy rolę mowy salonu, lingua franca, wpisywano polskie wierszyki do sztambuchów dam bojarskich. Eleganci epatowali strojem polskim itp. Wysokie fale rozwoju na naszym kontynencie od zarania dziejów toczyły się z prowincji rzymskich, nigdy odwrotnie. Promieniowanie Bizancjum z południa, olbrzymiego Konstantynopola - ponoć aż dwumilionowego naówczas - nie przekraczało Karpat i ledwie dochodziło do peryferyjnych kolonii greckich na wybrzeżu czarnomorskim i Krymie. Charakter cywilizacji bizantyjskiej był tego rodzaju, że nie produkcję ceniono w niej, lecz kupiecki spryt. Imponował przepych nie zapobiegliwość, mówiąc najkrócej. Takie kultury osiągają szczyty w sztukach pięknych i dokonaniach intelektualnych, ale nie wkorzeniają się w etos. Są doskonale elitarne, pozostawiając po sobie skarby i frapujące obiekty archeologiczne, bez szans jednakże na zrozumienie ich przez nakładające się na siebie warstwy tubylców. Czym się wzbogacił duchowo kniaź Witold, delektując się plażami Morza Czarnego? Być może, że ani słyszał choćby o pozostałościach “polisów" greckich na tym pasie lądu czujnie bacząc, by nie obskoczyły go czambuły tatarskie...

Unia krewska zapoczątkowała przełom polityczny, uzasadniany głównie zagrożeniem krzyżackim dla obu partnerów, Korony Polskiej i Litwy, ale nie wydaje się to przekonujące. Zdumiewa bowiem niewykorzystanie Wiktorii grunwaldzkiej, zwłaszcza w zestawieniu z o wiele mniej głośnymi wojnami i bitwami w połowie piętnastowiecza, w rezultacie których przecież zawładnięto na wieki Gdańskiem, Elblągiem i Olsztynem, aliści i samym Malborkiem, z największym w Europie nizinnym zamkiem, stołecznym gniazdem krzyźactwa. Wyrwano bogatą Warmię, zostawiając wielkim mistrzom nieurodzajne Mazury pokryte tysiącem jezior i puszczami na morenach.

Przyczyna unii krewskiej sama się tłumaczy banalną potrzebą ekspansji świetnie prosperującego Królestwa Polskiego, jednakowoż nie na tyle potężnego, by przywrócić dawne rubieże piastowskie. Wiele mówiącym sygnałem takiej sytuacji stała się inkorporacja Rusi Halickiej za Kazimierza Wielkiego. Nic zatem dziwnego, że wzrok wpływowych panów małopolskich skierował się w dobie bezkrólewia nie ku Śląskowi, lecz ku Rusi Litewskiej, w stronę Wilna; wszakże stamtąd namiestnicy zarządzali ziemiami nieopodal, na Podolu. Niepewny swego jutra Jagiełło słusznie ujrzał w tym “propozycję nie do odrzucenia". Odbijając się od polskiej trampoliny, Jagiellonowie już trzęśli pół--Europą; chciano ich na tronie czeskim, także węgierskim, w gestii którego -za sprawą Andegawenów - znajdowało się adriatyckie wyjście ku Śródziem-nomorzu i dalej. Zaiste zawrotna kariera dynastii. Dzisiaj mamy krewniaków prawie na wszystkich dworach monarszych kontynentu, od Madrytu po Sztokholm.

To za króla Kazimierza, co “zastał Polskę drewnianą, a zostawił murowaną", Polacy poszli w step, zamiast dobywać “burgi" nadodrzańskie. Polski pług przeorał Ukrainę, dając jej nieprzeczuwaną energię. Polska szlachta runęła na Litwę - gdzie Dobrzyń a gdzie Nowogródek! - budząc ją z “niedźwiedziego snu" i tworząc z niej zwarty organizm państwowy z administracją, przemieniając mrowie murszejących księstw w przejrzyste organizacyjnie powiaty i województwa. Przypomnijmy sens unii horodelskiej, ledwie w kilka lat po Grunwaldzie: przyjęcie do polskich rodów herbowych szeregu litewskich dziedziców, oczywiście nie bezinteresownie. Filantropia w polityce jest wszak głupim nieporozumieniem.

Niemniej, na samopolonizowaniu się zeszło bojarskiej Litwie jeszcze dwa stulecia z okładem. Mądrzy teraz oglądem dalekości historycznych, nie bądźmy irytująco naiwni: tego procesu nie powstrzymałoby nawet udane koronowanie się Witolda na króla Litwy, czemu przeszkodziła nachalnie dyplomacja wawelska, dwukrotnie przechwytując wiezioną z Rzymu koronę, wyświęconą przez papieża. Wielki kniaź, śniący o własnym królestwie, był bardzo starym człowiekiem i zmarł na raka w 1430 roku. Zdawałoby się, cóż szkodziło Królestwu Polskiemu powstanie Królestwa Litewskiego...

Rosja stale polonizowała Białoruś. Nic to, że w sposób niezamierzony. Agresja potrzebuje uzasadnienia w miarę oczywistego. Moskwa sięgnęła po argument jednoczenia ziem ruskich tym łacniej, że jedy-nowierczych. Pod tym względem nie musiała się specjalnie wysilać umysłowo; z identyczną ideologią na ustach bowiem napierał przedtem Olgierd, a po nim Witold Wielki. I jak to w onych wiekach, wszystko musiało mieć zabarwienie koniecznie religijne - usiłowano umiejscowić metropolię prawosławną w Nowogródku, nie dopuszczając do powstania takowej w nieo-krzepłej Moskwie. Póki co, jedynym miastem metropolitalnym pozostał Kijów (od końca X wieku), nawet pomimo tego, że podczas tłumienia Rusi przez Mongołów, metropolię ewakuowano do Wło-dzierza na Klaźmie. Nie wnikając w historyczne szczegóły, nowogródzka metropolia jednak powstała i to na dość długi okres, z wyraźną skłonnością do uniatyzmu pod niewątpliwym wpływem katolickich suwerenów Wielkiego Księstwa Litewskiego.

W walkach wewnętrznych o przejęcie schedy po zmarłym Witoldzie, prawosławny kniaź Świdrygiełło przyłapał aktualnego metropolitę na zdradzie na rzecz konkurencyjnego wobec niego katolika Zygmunta Kiejstutowicza i kazał po prostu spalić hierarcha na stosie (zdarzyło się to w Witebsku). Byłoby to nie do pomyślenia w Królestwie Polskim z dosyć mocno już wtedy rozwiniętą demokracją szlachecką. Właśnie ten negatywny aspekt despotyzmu decydował o atrakcyjności polskiego partnera, a mowa Polaków urastała do synonimu wolności, ruska zaś - ucisku i samowoli wielkoksiążęcej. Podobnie odbierano również Moskwę - jako państwo jedynowładcze, w którym bojarzyn-szlachcic był równie upodlany przez cara, jak chłop przez tegoż bo-jarzyna. Nikt w dworkach na Litwie nie pragnął znaleźć się pod tamtą władzą, zamiast króla polskiego. A zatem, rosnąca w potęgę Moskwa, coraz napadająca na Litwę i wydzierająca z jej rąk kolejne ziemie, siłą rzeczy wywoływała u Litwinów narastającą chęć połączenia się z Polską. Gdy Iwan Groźny stanął w Połocku, zaowocowało to unią lubelską (1569 rok). Utworzono Rzeczpospolitą Obojga Narodów, która za Batorego wróciła - Litwa z Polską - do Inflant, a za Wazów rozmieściła swój garnizon aż na Kremlu, szykując Władysława IV na tron władcy Wszechrusi. Wyprawa była jednak nie do wygrania, zbyt duży kęs chciano przełknąć. Na szczęście, bo katolicka Rosja — gdyby tak się stało - wnet zdegradowałaby Rzeczpospolitą do poziomu dru-gorzędności, na co bez skrupułów przystałby papieski Rzym.

Białoruś pulsowała w rytm kultury europejskiej (za pośrednictwem polskim). Tego nie da się powiedzieć o Rosji, która nie poznała renesansu, także baroku, nawet oświecenia; jej kultura wybuchła w dobie romantyzmu ledwie, jednakże z nieludzką wprost mocą. Samą białoruskość natomiast zgasił nie tyle pogłębiający się kompleks niższości wobec Polaków, co morderczy najazd moskiewski w czas siedemnastowiecznych szaleństw wojennych (potop szwedzki, powstanie Chmielnickiego). Ruscy wytrzebili wtedy połowę ludności białoruskiej i zagarnęli jej elitę, w tym intelektualną. Po ich najeździe, np. w powiecie witebskim ocalało niecałe dwie setki mieszkańców. Litwa obsiała tylko jakieś 15 procent posiadanego areału ziemi ornej. Odkrywano masowe groby na wzór obecnych Kuropat. W zachowanych rozkazach (pisemnych) dowódców Moskali, niczym refren piosenki powtarza się napomnienie, by osiedla wypalać do tła, motłoch masakrować bez użycia drogiej amunicji, uprzednio wyselekcjonowawszy zeń jednostki cenne pod względem profesji rzemieślniczej lub po prostu zamożne, potrafiące coś ważnego robić w życiu. Wystarczy dopowiedzieć, że zarówno wtedy jak i w następnych stuleciach, nie notowano zbiegostwa chłopów pańszczyźnianych do Moskiewszczyzny, lecz stale odwrotnie. Znane jest żądanie dyplomatów Katarzyny II, by Litwa zwróciła około miliona zbiegów. Na owe czasy była to niebagatelna liczba, jedna czwarta całej populacji Księstwa. W takiej aurze społecznej, kiedy wszystko zło - zniewolenie, nędza, ciemnota, sadyzm - przychodziło stamtąd, Białoruś była wprost skazana na europejskość. Oczywiście dość, marginalną, peryferyjną, ale jednak.

W dobie rozbiorowej Białorusini jako społeczeństwo ostatecznie ulegli amputacji do klasy chłopskiej. Szlachta i mieszczaństwo (nikłe zresztą) definitywnie skatolicyzowały się niemal w całości, więc i spolonizowały, wieś ogarnął uniatyzm (enklawy prawosławia w Słuckiem i na Mohylewszczyźnie). Za kuratorii wileńskiej księcia Czartoryskiego, wskutek upowszechnienia szkolnictwa, polonizm sięgnął “słomianych strzech". Czy było możliwe ogólnolu-dowe samopolonizowanie się jak w przypadku bojarów? Z pewnością nie, bowiem istotą każdej asymilacji jest oferta lepszego losu. W odniesieniu do bojarów taka oferta miała miejsce, ale nigdy wobec wieśniaków. Bo i jak, i za co?!

Wytworzenie się nacji białoruskiej dokonało się w XIX wieku, jako pochodna uwłaszczenia - odpodlenia chłopów pańszczyźnianych, zapadania się feudalizmu i narodzin wolnej gospodarki kapitałowej, pierwocin industrializacji. Pociągnęło to za sobą demokratyzację kultury w ogóle, jej rozlewanie się w nizinach ludowych. Kresowa elitarność polszczyzny szybko słabła, powodując efekt kulturotwórczy w postaci ożywienia wartości autochtonicznych dotychczas zastygłej plemiennej egoetniczności. Już w dobie romantyzmu wykszatłciła się plejada twórców białoruskojęzycznych, że wspomnę Czeczo-ta, Syrokomlę, Dunina-Marcinkiewicza. Piśmienników białoruskich da się wymienić całkiem sporo, lecz wszyscy oni, niczym Aleksander Rypiński, postrzegali Białoruś jako prowincję Polski (Litwa u Mickiewicza), a jej mowę traktowano na poziomie szczególnej odmiany polszczyzny. Pierwszym pisarzem z odrębną białoruską świadomością narodową stał się Franciszek Bahu-szewicz, powstaniec styczniowy, adwokat wileński. Tak się dokonywało duchowe rodzenie się narodu z narodu, białoruskiego z polskiego. W nowoczesnym pojęciu, bez odniesień do prawosławnego średniowiecza, bo i skąd, jeśli zważyć, że w nowej literaturze Białorusinów autorzy wyznania prawosławnego pojawili się nie wcześniej jak po 1905 roku (katolicy jednakowoż dominowali w niej aż po schyłek lat dwudziestych). Miało to swój widomy znak w wyłączności alfabetu łacińskiego w tym piśmiennictwie do 1903 roku, czyli do zaistnienia warstwy inteligencji wiejskiej, wykształconej w uczelniach rosyjskich.

Białoruski europeizm doznał silnego zachwiania w rezultacie przewrotu bolszewickiego w Rosji i utworzenia ZSRR. Przyczyniło się do tego również fiasko idei federacyjnej Piłsudskiego i dokonany w ramach traktatu ryskiego rozbiór Białorusi. Nasycony polonofilstwem ruch białoruski zmienił orientację na prosowiecką, widząc szansę forsownej białorutenizacji w Republice Białoruskiej. Jawiła się ona jako Dom Białoruski. Nie przeczuwano, że okaże się jedynie taktyczną zagrywką celem zakorzenienia komunizmu w Białorusi, w której bolszewicy ciągle uchodzili za ciało obce, a ich jaczejki, nawet w miastach, stanowiły rzadkość.

Nie jest rzeczą przypadku, że okresowe fale -walki z zachodnimi wpływami w ZSRR zawsze uderzały w język białoruski i wytworzoną na jego bazie kulturę, którą niezmiennie postrzegano jako coś “niezupełnie naszego". Szokował jej katolicki rodowód, polskie korzenie w dobie powszechnego formowania się narodów Europy w “stuleciu nacji". O wiele bardziej swojsko odbierano wówczas kulturę ukraińską, w krajobrazie której nie widać zbyt gęsto kościołów, aliści same cerkwie nie tak odpychające nawet te, niezrozumiale unickie w twórczości autorów z Galicji Wschodniej. Mówię o stereotypach, kalkach pojęciowych, myślowym automatyzmie.

Ludzi pochodzenia kościelno-katolickiego w Białorusi uzbiera się około dwóch milionów (w przybliżeniu 20%). W większości są oni zateizowani. Zdumiewająco dużo dzisiejszych działaczy odrodzenia białoruskiego wywodzi się z tego środowiska; okresami osiągając blisko połowę stanu osobowego elit ruchu. Ważnym powodem ich aktywności jest najpewniej większe, niźli u prawosławnych, poczucie obcości względem Rosjan, ich kolonialnej kulturalności przede wszystkim. Na tę okoliczność zwracają uwagę teoretycy rusyfikacji, projektanci wchłonięcia Białorusi przez Rosję, proponując pozostawienie poza bezpośrednią aneksją terytoriów, na których występuje w znaczącej skali ludność białoruska wyznania rzymskokatolickiego. Takie rozwiązanie przypominałoby przedwojenną granicę stołpecką, z wyjątkiem jednolicie prawosławnego do niedawna Polesia (przed rozplenieniem się tam protestantyzmu).

Białoruś, pozostająca do niedawna dwuwyznaniową, prawosławno-katolicką, przeistacza się oto w trójwyznaniową, ze względu właśnie na bardzo szybko rosnącą liczbę wyznawców konfesji protestanckich (głównie baptystów). To swoisty fenomen europejski, gdzie indziej nie zaobserwowany na tak masową skalę. Waga tego zjawiska polega na tym, że protestantyzm, wszakże przynależny chrześcijaństwu zachodniemu, reguluje wschodnie. Młody dynamizm tej świeżej tutaj konfesji, obracającej się właściwie wyłącznie w środowiskach prawosławnych jako słabo zorganizowanych i z niską świadomością wiary, niewątpliwie odniesie wielki sukces. Co to znaczy dla przyszłości Białorusi? Na pewno to, że przechyli się ona mentalnie w stronę chrześcijaństwa zachodniego, radykalnie redukując zatem wpływy wielkorosyjskie.

Zdumiewająco lekkomyślnie nie postrzegamy też zdecydowanie prozachodniej aury w obecnym wybijaniu się Białorusinów na własną tożsamość narodową i państwową. Jest to, oczywiście, rezultatem polsko-zachodnich źródeł wrastania nowoczesnej kultury białoruskiej w owe dziewiętnastowiecze, ów “zachodni wiecier" (w jednym z politycznych wierszy Syrokomli-Kondra-towicza). W całej ówczesnej literaturze białoruskiej występowanie postaci Rosjanina, niczym w Panu Tadeuszu, zawsze jest groteskowe. Polskiego pana dziedzica, zresztą, także. Jedynie chłop-sielanin świeci moralnym prowadzeniem się i zachowaniem, życiową mądrością. Wynikało to nie tylko z modnej wówczas chłopomanii na salonach. Była to bowiem twórczość programowo adresowana do wiejskiego czytelnika, mimo że niewielu na wsi potrafiło sylabizować litery i zdania. Nie bądźmy w tym miejscu zgryźliwi - we dworach i zaściankach szlacheckich również najpoczytniejszą lekturą była książeczka do nabożeństwa; ewentualnie poradnik agronomiczny i hodowlany. Czasami jeno zawleczona tu z miasta gazetka jakowaś. Przełom czytelniczy nastąpił wraz z wysypem pokolenia przepuszczonego przez przeróżne kursy, seminaria, gimnazja, studia uniwersyteckie, w latach walenia się niewolniczej gospodarki dworskiej i -wciskania się pieniądza, niczym pcheł, do najmniejszych zakamarków życia. Nastąpiło cofanie się cywilizacji pola i stodoły na rzecz cywilizacji towaru i “dymiących kominów".

A czy Białorusinom będzie się szczęściło z tym wybijaniem się? Będzie! Proszę pamiętać o samej naturze kultury jako takiej. Zagradzanie dla niej ujścia poprzez wznoszenie śluz niewielki ma sens, bowiem śluza musi mieć wypływ, by nie została zmieciona z powierzchni ziemi. Wypływ coraz obfitszy w miarę spiętrzania się akwenu (cywilizacyjnego) tak, by w końcu utracić swe uzasadnienie techno-polityczne, funkcyjne. Tak rozpłynęła się rusyfikacja Kongresówki. Podobnie skończy rusyfikacja Białorusi - wskutek przyrostu informacji w obiegu ogólnospołecznym oraz nieuniknionego pojawienia się społeczeństw informatycznych. Przy czym szokuje żywotność powstałych kultur, nawet w przypadku zaniku ich bazy etnicznej (zob.: łacińska).

Sokrat Janowicz
Karsnogróda nr 12 (Sejny 2000 r., Fundacja “Pogranicze”)