Aktualny język artykułu: PL

Białoruś. Kultura narodowa

O kulturze białoruskiej mówi słynny białoruski pisarz. Autor mieszka i tworzy w Krynkach na Białostocczyźnie. Należy do Stowarzyszenia Twórców Białoruskich "Białowieża", od 1970 r. do Związku Literatów Polskich. Za zasługi literackie w 1996 r. otrzymał Krzyż Kawalerski Orderu Odrodzenia Polski. Ten esej ukazał się w Magazynie "Gazety Wyborczej" pod tytułem "Naród z narodu: Białorusini".

Nikogo lub prawie nikogo z Polaków nie trzeba przekonywać o istnieniu języka białoruskiego. Nie tylko dzięki upadkowi Związku Radzieckiego, powszechnie utożsamianego z Rosją, i wyłonieniu się zeń nie przeczuwanego państwa, mianowicie Republiki Białoruś. Jednakże jak długo Mińsk trwał w szoku spowodowanym nagłym uzyskaniem niepodległości i zachowywał się w miarę skromnie i przyzwoicie, niewielu w naszym kraju dowiadywało się o takowej państwowości. W mediach wspominano o niej sporadycznie. Trzeba było pojawienia się osławionego Aleksandra Łukaszenki, pierwszego prezydenta Republiki, aby usłyszało o Białorusi każde dziecko w Polsce. Tak działa prawo psychologii społecznej - wszyscy mówią jeno o skandalach (porządność jest nudna).

W naszych stronach Europy przyzwyczailiśmy się do tego, że państwo koniecznie musi mieć odrębny język: skoro Białoruś - to i białoruski. Na Białorusi jednak formalnie obowiązuje dwujęzyczność, w praktyce zaś - rosyjskojęzyczność. Republika Białoruś jako żywo przypomina jakowyś ocalały fragment ZSRR (z białoruską odmianą wieńcową herbu, czerwoniastej flagi, hymnu z pretensjami do światowej monumentalności). Długo by mówić, dlaczego tak jest. Stały czytelnik prasy sam dobrze to wie.

Wróćmy więc do języka białoruskiego, bo o nim ciągle malutko wiemy.

Dlaczego Mickiewicz nie tworzył po białorusku Adam Mickiewicz w paryskich wykładach o literaturach słowiańskich określił był białoruszczyznę jako najczystszy wykwit ducha Słowian. Po czym wygłosił wielką pochwałę tej mowy, do dziś chętnie cytowaną przez patriotów znad Niemna i Dźwiny.

Mistrz Adam wiedział, co mówi. Urodziwszy się w tym żywiole językowym i stając się wziętym poetą, nasłuchał się również panegiryków na swoją cześć autorstwa białoruskich przyjaciół, m.in. Jana Czeczota, Tomasza Zana. Ukochana Maryla też mu wyśpiewywała: "Nie dau Boh, nie dau Boh, kaho ja chacieła". W wiek po ukazaniu się "Pana Tadeusza" redaktor wileńskiego "Słowa" Cat-Mackiewicz nazwał twórczość Mickiewicza "potężnym wiatrem białoruskim", wydelikacającym dość obcesową polszczyznę, przydającym jej miękkości, łagodności, łaskawości. Ileż to słów z jego poetyckich strof trzeba tłumaczyć dzisiejszemu uczniakowi! - sławetną "dzięcielinę" albo obrzęd dziadów (i czemu w cerkwi unickiej?). W Katowicach słyszałem "wyczyn" pewnej superpatriotycznej pani nauczycielki przeinaczającej pierwsze słowa inwokacji "Litwo, ojczyzno moja" na "Polsko, ojczyzno moja". Sic! Dawna Litwa wszak jest nagminnie mylona z ówczesną Żmudzią. Jakby nikt nie pamiętał ze szkoły wiersza "Litwin w Lublinie" pióra Mikołaja Reja (ojciec piśmiennictwa polskojęzycznego - kwitło także łacińskie - wiernie powtórzył białoruską tyradę bohatera utworu).

Trafiłem kiedyś w bibliotece naukowej w Londynie na autograf Adama Mickiewicza, który zapamiętałem: "Na Bożym sudzie - usim u sraku budzie!". Bez daty owa figlarność, lecz na pewno napisana w latach Wielkiej Emigracji, o czym świadczy imię i nazwisko niegdysiejszego właściciela książki.

Słyszałem kiedyś pytanie: dlaczego więc nie tworzył on po białorusku? Dziwaczne pytanie. Odpowiedzieć na nie można z iście napoleońską lakonicznością: bo czuł się Polakiem! Przy czym miał za sobą polskie studia uniwersyteckie. I po trzecie, będąc co prawda romantykiem, wcale nie był chłopomanem. Interesowała go literatura, a jeśli zamarzył, by jego "księgi trafiły pod strzechy", to przecież nie w charakterze oświatowychbroszurek dla ludu. Bynajmniej!

Język Wielkiego Księstwa

Niezorientowanym białoruski ledwie się kojarzy z historycznym dniem wczorajszym. W rzeczywistości kształtował się on równocześnie z innymi językami na obszarze Słowiańszczyzny, tj. najpóźniej u schyłku trzynastego stulecia. Z początkiem czternastego mamy już Wielkie Księstwo Litewskie, w którym kancelarie książęce posługiwały się wyłącznie zapisem starobiałoruskim (podług aluzji Długosza należy mniemać, że król Władysław Jagiełło nie wyuczył się polszczyzny; jako monarcha nie musiał). Średniowieczna białoruszczyzna formowała się na podłożu dialektu okołostołecznego, czyli nowogródzko-grodzieńskiego. Poświadcza to leksyka ówczesnych oficjalnych dokumentów, których zbiór jest dzisiaj znany pod nazwą Metryki Litewskiej. Ze względu na dominujące w Księstwie prawosławie łaciną posługiwano się co najwyżej w korespondencji dyplomatycznej czy w spisywaniu umów o znaczeniu międzypaństwowym - z Koroną Polską, z Państwem Zakonnym. W miarę zacieśniania się związków z Polakami pojawiły się tłumaczenia hagiograficznych i apokryficznych utworów, popularnych u Lachów: o Trzech Królach, o człowieku bożym Aleksym; interesowano się statutami wiślickimi. Staraniem Kazimierza Jagiellończyka, porządkującego strukturę władzy i życie społeczne Litwy, ułożono "Sudziebnik".

Przed wynalazkiem druku książka "od deski do deski" kosztowała majątek, więc czytelnictwo miało charakter raczej incydentalny. Zwykły szlachcic-bojarzyn, nie mówiąc o kmiotkach, z pewnością pozostawał poza jego zasięgiem; dobrze było, jeśli wyznawał się ino w literach (trafiali się wszak duchowni analfabeci, odprawiający nabożeństwa z pamięci).

Bystry młodzieniec, ojciec renesansu Unia Krewska odegrała przełomową rolę w dalszym rozwoju języka białoruskiego, zwanego wówczas ruskim. Wszechnica Krakowska wtedy, jako najdalej wysunięta na europejski wschód wyższa uczelnia, przyciągała z Litwy młodzież uprzednio nieco podedukowaną w szkółkach przyklasztornych. Najsłynniejszym stamtąd żakiem okazał się Rusin z Połocka Francisco Skorina (Franciszak Skaryna), syn zamożnego kupca, posiadającego faktorię w Poznaniu i trudniącego się zatem handlem kontynentalnym.

Połock nad Dźwiną pojawia się w dziejach nieprzypadkowo. We wczesnym średniowieczu z powodzeniem konkurował z Kijowem i Nowogrodem na prastarym szlaku "z Waregów w Greki", usamodzielniając się państwowo w X w. w oparciu o Bałtyk na wybrzeżu, obecnie ryskim. Stanowił morską potęgę, złamaną potem przez Zakon Kawalerów Mieczowych. Miały miejsce trwałe koligacje dynastyczne tamtejszych władców z suwerenami wikingów - do tego stopnia, że archeolodzy natrafiają na ślady prawosławia na południu Skandynawii. Odnajdywane są wzmianki o ziemi połockiej w pradawnych sagach islandzkich, także w zapisach kronikarskich łacińskiego Zachodu (wczesny termin: Alba Russia vel Alba Rosica). Notowane są związki ze słowiańskim Pomorzem; w tej naddźwińskiej metropolii szarogęsiła się onegdaj niejaka Dobrochna, kaszubska zapewne małżonka jednego z kniaziów.

Ciągle atakowane z teutońskiej Nadbałtyki owo władztwo traciło swe szanse i wnet przystało na sojusz z wykluwającą się w górnym biegu Niemna Litwą, sponsorowaną poniekąd przez rozwijający się i na razie przez nikogo nie zagrożony Nowogródek (Nowohorodok). Bez połockiego jednakowoż wsparcia Wielkie Księstwo Litewskie byłoby niemożliwe. Jak zawsze zadecydowała większa kasa.

Z takiego to miasta pochodził bystry młodzieniec imieniem Franciszek, przyszły ojciec renesansu na tych ziemiach. Doktoryzował się we włoskiej Padwie, gdzie ostatnio wymalowano - dosyć kiczowaty - jego portret w miejscowym uniwersytecie, w galerii sławnych absolwentów. Historycy zaciekle spierają się o rok jego urodzenia, lecz z całą pewnością wkrótce po ukończonych studiach osiadł on w Pradze czeskiej i zabrał się do ruskiego (starobiałoruskie- go) tłumaczenia Biblii. Większość ksiąg wydał drukiem tamże, w latach 1517-1519, wyprzedzając w tym zbożnym dziele nie tylko Polaków.

Wzorem człowieka renesansowego życie prowadził nadzwyczaj ruchliwe - popróbował szczęścia edytorskiego w Wilnie, a przez czas jakiś sekretarzował tamecznej kancelarii biskupiej; uczestniczył w polsko-litewskim poselstwie do króla Danii. Wszędzie go było pełno; dotarł ze swym towarem księgarskim aż do Moskwy, gdzie jednak jego ofertę odebrano jako dzieło Lucyfera, więc salwował się nieprzytomną ucieczką. Z wiekiem słabnąc na zdrowiu, powrócił do Złotej Pragi, gdzie przyjął posadę botanika królewskiego na Hradczanach; tam też pomarł około 1552 roku.

Po nim już nikt nie dorównał mu w rusińskiej Litwie. Wydrukowany dorobek Franciszka Skaryny zachował się (chyba) w całości, dobrze służąc teraz sprawie odrodzenia narodowego Białorusinów.

W dziesięć lat po jego zgonie w umiłowanej przezeń ojczyźnie ujrzała światło dzienne w oficynie nieświeskiej pierwsza książka autorska po białorusku, mianowicie protestancki "Katechizm" pióra Szymona Budnego. Ów Mazur z urodzenia i myśliciel z niemałym rozgłosem, uzdolniony poliglota, w swym białoruskojęzycznym pisarstwie religijnym sporo zaczerpnął z biblijnej terminologii opracowanej przez Franciszka Skarynę (który z kolei żywił się analogiami z czeszczyzny).

Litwa przybiera lechicki koloryt Nieco się cofając do wileńskiej końcówki w życiorysie Skaryny, wartoprzypomnieć wstępną redakcję "Statutu litewskiego" z 1529 roku, który w swej ostatecznej wersji ukazał się w 1588 r. dzięki zabiegom kanclerza Lwa Sapiehy, nieugiętego orędownika suwerenności Wielkiego Księstwa. Wspominam o tym zbiorze praw bynajmniej nie z powodu unikatowości tej inicjatywy na skalę w ogóle Europy - przekładany w wielu krajach, po polsku w Koronie drukowany aż kilkanaście razy. Znamienne są w nim bowiem postanowienia zakazujące nabywania majętności i zajmowania stanowisk przez osoby nie będące Litwinami, a nade wszystko kategoryczny nakaz posługiwania się w dokumentacji urzędniczej wyłącznie mową ruską.

O tym, że polonizacja bojarstwa i mieszczaństwa posunęła się w tym czasie, niestety, daleko, świadczą późniejsze, zwłaszcza siedemnastowieczne sposoby bezpiecznego omijania prawa. Otóż w aktach urzędowych wstępy i zakończenia, mało ważne pod względem merytorycznym, redagowano - jak statut przykazał - po rusku, jednak już sam przedmiot sprawy opisywano po polsku albo w łacinie. Podpisy natomiast sporadycznie jedynie składano "ruskimi literami".

W korespondencji Radziwiłłów spotyka się smutną refleksję: "My, Litwini, już cudzymi idiomami swe myśli i uczucia wyrażamy" (taki sens w streszczeniu). Dumni Radziwiłłowie zawsze popierali odruchy białoruskie, szczególnie ci ze słuckiej linii. Łożyli na prywatne szkółki białoruskie i czasopisma za caratu; księżna Magdalena wyprosiła ze swego pałacu składających jej wizytę oficerów legionowych jako kolejnych okupantów; po powstaniu Białoruskiej Republiki Ludowej w 1918 roku zarządziła przekwalifikowanie się swych oficjalistów z języka rosyjskiego na białoruski w terminie bodajże niecałego miesiąca (nocami wkuwali nową dla nich pisownię). [Białoruscy działacze narodowi 25 marca 1918 roku proklamowali w zajętym wówczas przez Niemców Mińsku niepodległe państwo białoruskie. Po kapitulacji Niemiec bolszewicy powołali jednak własną Białoruską Socjalistyczną Republikę Radziecką. Ostateczny kres tej próbie powołania państwa białoruskiego położył polsko-bolszewicki traktat pokojowy z 1921 roku, w wyniku którego ziemie białoruskie zostały podzielone między Polskę a Rosję Radziecką - przyp. red.].

Aliści tamta refleksja jednego z Radziwiłłów w dobie kontrreformacji prowadzi do wniosku, że polonizowanie się obywatelskiej Litwy trafniej będzie nazwać samopolonizowaniem się, jak to zazwyczaj bywa w zderzeniu kultury słabszej z silniejszą. Jednakowoż zbyt to ogólne stwierdzenie. Zadecydował tu bowiem czynnik nie tyle kulturowy, co konfesyjny.

Prawosławne w większości elity uległy wpierw fascynacji nowinkami religijnymi, czyli protestantyzmem, który szedł z Polski lawinowo i w polskim opakowaniu językowym. Po czym nastała kontrreformacja; pod jej oddziaływaniem nie mogło być powrotu do Cerkwi - choćby unickiej (od 1596 r.). Ponieważ rzymski katolicyzm w wydaniu ruskim nie zaistniał, masy owych podwójnych neofitów znalazły się w propolskich kościołach. Litwini przekształcili się stopniowo w naród polskojęzyczny, a w dalszej konsekwencji w kresową odmianę Polaków, zaś Wielkie Księstwo Litewskie - w sposób nieunikniony zdegenerowało się w podpaństwo polskie, ustawowo wreszcie zlikwidowane na mocy Konstytucji 3 maja. Co miało dalekosiężne skutki również w sferze kultury i języka autochtonicznego.

Piśmiennictwo starobiałoruskie dogorywało wskutek totalnej katolicyzacji majętnych warstw Księstwa i upowszechnienia oświaty w duchu polskim. Ruszczyznę wyprowadzono z urzędów postanowieniem powszechnej konfederacji stanów Rzeczypospolitej Obojga Narodów w 1696 roku. Odtąd posługiwano się nią jedynie pomocniczo; nawet przy korzystaniu z niedawnych akt stosowano praktykę uprzedniego ich przekładania na polski.

Czy trzeba to uważać po prostu za kolejne naciski polonizacyjne na Litwę ze strony Korony? Bynajmniej. Przypomnijmy, iż ów fatalny dla białoruszczyzny rok nastąpił po tzw. potopie i związanej z nim próbie sfederowania się Litwy ze Szwecją; także po powstaniu Chmielnickiego, zakończonym poddaniem lewobrzeżnej Ukrainy carowi; również po wieloletniej wojnie z Moskwą, której wojska dotarły aż na Podlasie, by zgodnie z doktryną Kremla zjednoczyć pod carskim berłem ziemie ruskie.

Zawierając w stanie skrajnego wyczerpania Rzeczypospolitej nieszczęsny w dalszych konsekwencjach rozejm andruszowski z 1667 roku, układająca się z Moskwą delegacja polsko-litewska lekkomyślnie przystała na przyznanie Kremlowi prawa do ingerowania w konflikty na styku prawosławno-katolickim, w Wielkim Księstwie przede wszystkim. Z ówczesnego punktu widzenia Warszawy nie wyglądało to groźnie, lecz ta opieka sąsiada zza Dniepru nad prawosławiem w Rzeczypospolitej mogła oznaczać tylko jedno: niepełną lojalność obywatelską i łatwość rzucania oskarżeń o kontakty antypaństwowe. Jakiż prawosławny szlachcic litewski wytrzymałby taką presję? Broniąc interesów rodziny, kariery i majątku reorientował się więc na katolicyzm wschodni, na razie zachowujący patriotyzm językowy.

Stale występujące zagrożenie rosyjskie wywierało niszczący wpływ na tożsamość Litwy, bo pragnąc odebrać agresorowi argumenty uzasadniające potencjalną aneksję, szlachta litewska starała się wyeliminować wszystko, co tylko do tego agresora mogło ją w sferze kulturowej upodabniać. Przerażona Litwa szybko odbarwiała się, przybierając lechicki koloryt. Jeśli nie chciała znaleźć się w despotii. A nie chciała! O czym świadczył w wiek później słynny gest zdesperowanego Rejtana, posła z Czarnej Rusi.

Ostatnia rusińska księga z Supraśla W początkach saskiego panowania, mniej więcej w momencie śmierci pierwszego imperatora Wszechrosji Piotra I, ukazała się drukiem w monasterskiej oficynie w Supraślu k. Białegostoku ostatnia książka po starobiałorusku, zawierająca pouczenia dla kleru unickiego. Parochowie byli ostoją białoruszczyzny, wygłaszali w niej kazania do swych siermiężnych wiernych, układali rusińskie pieśni religijne, często sami niewiele wyróżniając się z masy kmiotków. W cerkiewce unickiej, nierzadko krytej słomą, zamieszkał Bóg chłopów. Rósł i dojrzewał stereotyp "chłopskiej wiary" w opozycji do "pańskiej wiary". I jako oboczności tych określeń - pojęcie "prostej mowy" wobec mowy "pańskiej" (tj. polskiej).

Obowiązywał bezwzględny zakaz przechodzenia z katolicyzmu rzymskiego na wschodni. Na odwrót natomiast - proszę bardzo! Z tej możliwości korzystali niepańszczyźniani, którym ta zmiana wyznania dawała widoki na lepsze bytowanie; hołota nie była tym naturalnie zainteresowana, a zresztą kto by to finansował. Jak mawiał pewien pleban z Białej Rusi - możesz sobie wierzyć choćby w kozła, chamie, bylebyś płacił należne Kościołowi...

Spore zasługi w formowaniu się w XVIII w. nowego języka literackiego Białorusinów (wciąż jeszcze wtedy nazywanych Litwinami) położyli jezuici z prowincji białoruskiej. W rozbudowanym przez nich szkolnictwie, przez które przepuszczali młódź z dworów i mieszczańską, organizowali teatrzyki uczniowskie z często niebłahym repertuarem. W sztukach tych z lubością kreowano postać chłopka-roztropka, co nie dawał się omamić diabłu, a dyskurs z siłą nieczystą kończył wyłojeniem skóry czartowi. Ów bohater z ludu wygłaszał swe kwestie po białorusku, co nie nastręczało problemów amatorskim aktorom, którzy wszak sami w życiu codziennym nie zawsze posługiwali się polszczyzną, bo dwory, z których pochodzili, stanowiły ledwie wysepki pośród białoruskojęzycznego morza.

Białoruskość odrasta łacinką

Zniknięcie Polski z politycznej mapy Europy w niczym nie zmieniło warunków, w jakich trwała białoruszczyzna. Wręcz nasiliła się polonizacja ziem zabranych. Za liberalnego panowania Aleksandra I były one postrzegane przez Rosjan jako rdzennie polskie, z Uniwersytetem Wileńskim i rozgałęzionym szkolnictwem polskim, z polskojęzyczną administracją, z polskim przekładem Statutu Litewskiego w sądownictwie. Mnożące się szkółki ludowe zapoczątkowały procesy polonizacyjne ludu białoruskiego. Polonizm rzeczywiście sięgnął Osobisty przyjaciel cesarza w Petersburgu, książę Adam Czartoryski został ministrem spraw zagranicznych Imperium Rosyjskiego.

Nad Newą próbowało się też organizować lobby litewskie ze słynnym Michałem Kleofasem Ogińskim, autorem popularnych polonezów (m.in. "Pożegnanie z ojczyzną"). Otrzymał w 1810 roku stanowisko senatora i rok później Ogiński złożył na ręce Aleksandra I projekt restytucji Wielkiego Księstwa Litewskiego pod rządami najjaśniejszego namiestnika w Wilnie. Niestety cesarz Francuzów koncentrował już armię w Wielkim Księstwie Warszawskim do wymarszu na smoleński szlak.

Wtedy to właśnie po raz pierwszy wypłynęła nowoczesna idea narodu białoruskiego. Stało się to jeszcze przed rozgromieniem Prus przez Napoleona, kiedy zachodni okrawek Litwy z ośrodkiem administracyjnym w Białymstoku przynależał do Nowo-Wschodniej Prowincji Pruskiej. W Berlinie połapano się, że region ten leży przecież w przejściu z Europy i do Europy, i trzeba coś robić, by nie ciążył on ku żadnej z zainteresowanych stron - ani ku Rosji, ani ku Polsce. Wystarano się więc u papieża o samodzielne biskupstwo unickie z siedzibą w Supraślu. Młodzi popowicze z obiecującymi zadatkami na uczonych - Bobrowski, Daniłowicz i inni - dokopali się pod warstwami polskości do ruskiej świetności pogrążającej się w zapomnieniu Litwy. W katolicyzmie wschodnim chcieli widzieć narodowe wyznanie przyszłych Białorusinów, odróżniające ich od rzymskich Lachów, prawosławnych Moskali i protestanckich Inflant. Był to jedyny wypadek w nowszej historii Białorusi, gdy jej idea zbiegła się z interesami jednego z mocarstw; w ciągu dziesięciu lat rządów na tym obszarze Prusy znacząco zaangażowały się w stworzenie klina białoruskiego, odgradzającego ich od olbrzyma rosyjskiego i blokującego rozlanie się niezmordowanej Polski na wschód.

Przegrana przez Polaków regularna wojna z Rosją w latach 1830-31, zwana powstaniem listopadowym, sprawiła, że w końcu dostrzegli oni swój interes w popieraniu białoruskości ziem przeznaczonych do rusyfikacji. W 1835 roku w Wilnie ukazała się nieduża książeczka "Karotki zbor chryścijanskaj nawuki", niewątpliwie katolicka, aliści ważna dlatego, że wydano ją w języku nowobiałoruskim i alfabecie łacińskim. Dawna literatura białoruska, nieomal bez wyjątków cyrylicka, trzymała się starocerkiewnych prawideł ortografii i archaicznej leksyki. W XIX w. kultura białoruska, odradzając się na gruncie alfabetu łacińskiego, stała się ekspozycją katolickości, bo animowali ją autorzy szlacheckiego pochodzenia i wychowania - stojący w opozycji do ludzi nie chcianej władzy, wyznających prawosławie. Zaś chłopi i biedota? Nie mieli nawet szans na zdobycie wykształcenia, a przecież to nie analfabeci tworzą literaturę.

Trzeba było dopiero kapitalistycznej demokratyzacji samej Rosji, by w gimnazjach mogli zasiąść synowie i córki wzbogaconych włościan popańszczyźnianych, nawróconych na prawosławie w trakcie odgórnej likwidacji Kościoła greckokatolickiego w 1839 roku przez władze carskie. Pisarze wywodzący się z nurtu prawosławnego objawili się więc w nowoczesnej kulturze białoruskiej dopiero po 1905 roku.

Białoruś u boku powstańczej Polski

Carat szybko zorientował się, jak groźna może być idea białoruska, i wyklął ją jako "intrygę polską". Posypały się liczne zakazy, które z różnym powodzeniem próbowano omijać. Udało się wydrukować po białorusku część "Pana Tadeusza" i gdyby nie nagła wymiana na stanowisku cenzora wileńskiego, nakład poszedłby do sprzedaży.

W drugiej połowie XIX wieku idea białoruska wprost wisiała w powietrzu. Wzrost nastrojów powstaniowych po klęsce Rosji w wojnie krymskiej ożywił zainteresowanie Polaków pisanym słowem białoruskim, bo okazało się ono użyteczne w propagandzie i publicystyce konspiracyjnej. Zwłaszcza obóz "czerwonych", bliski późniejszym narodnikom rosyjskim, stawiał na wciągnięcie prostaczków do "miatieżu".

Na tej fali wydawano niedużą gazetę podziemną "Mużycka Prauda". Redagował ją Konstanty Kalinowski vel "Jaśko, haspadar spad Wilni", niebawem przywódca powstania styczniowego na ziemiach historycznej Litwy. Urodzony w powiecie białostockim ukończył studia prawnicze w Petersburgu, gdzie zetknął się z ideami rewolucji chłopskiej (Bakunin, Czernyszewski, Hercen). Dzielnie sekundował mu w tym Walerian Wróblewski z pobliskiej Sokółki, tamtejszy nauczyciel szkoły leśników, a w roku 1870 generał Komuny Paryskiej, owej bałaganiarskiej rewolty zbiegów i wyrzutków, nie mających pojęcia o prowadzeniu walk ulicznych. Kręcił się potem w otoczeniu Marksa i Engelsa.

Druków nielegalnych po białorusku ukazało się więcej, łącznie z zarządzeniami organów powstańczych. Powstawały powstańcze pieśni po białorusku. W ich komponowaniu celował ponoć Feliks Różański, wywodzący się gdzieś ze środka Czarnej Rusi, czyli Grodzieńszczyzny.

W powstaniu styczniowym walczył też i odniósł ciężkie rany Franciszek Boguszewicz, który przeszedł później do historii jako Franciszak Bahuszewicz, ojciec nowożytnej literatury Białorusi, autor sławetnego zawołania: "Nie porzucajmyż mowy swej białoruskiej, abyśmy nie pomarli!". Bahuszewicz wydawał swe utwory w austriackim Krakowie - u Anczyca, i w niemieckim Poznaniu. Ich kontrabandą zajmowała się organizacja "towarzysza Ziuka", Piłsudskiego, który w więziennych dokumentach przedtem deklarował narodowość białoruską i zachwycająco przemawiał w tym języku (np. w 1919 roku w Mińsku).

Niech się gryzą z Polaczkami

Pod koniec XIX w. polityka wewnętrzna imperium nieco zelżała. W regułach spisu powszechnego ludności dopuszczono wyodrębnienie pojęć "Białorusin" i "narzecze białoruskie". Oczywiście w myśl obowiązującej triady narodu rosyjskiego, składającego się z Wielkorusów, Małorusów, Białorusów. Niemniej coś pękło w narzuconym monolicie. Załamywała się strategia rusyfikacji Prywislańskiego Kraju. Kolejna przegrana wojna, tym razem z Japonią w latach 1904-1905, zatrzęsła podstawami władzy carów i obudziła żądania liberalizacji państwa. Tłamszona dotychczas polszczyzna zaczęła z powrotem rozlewać się po historycznej Litwie. Co z tym fantem zrobić? - głowiono się w Pałacu Zimowym. Wyjście podpowiadał przykład przekształcania się Żmudzi w naród nowolitewski z niesłowiańską mową, przepojony poczuciem zagrożenia ze strony dynamicznych Polaków. Postanowiono więc ustawić również "płot białoruski" - niech się gryzą z Polaczkami!

Zezwolono na ukazywanie się w Wilnie lewicującej "Naszej Doli" i centrowej "Naszej Niwy". Mimo że gramatyka białoruska miała być dopiero napisana i wydana w 1918 roku, a jej twórca Bronisław Taraszkiewicz uczęszczał na razie do gimnazjum i uczestniczył w patriotycznych majówkach romantycznych wyznawczyń i wyznawców cudu zmartwychwstania Polski, podkreślał już swą białoruskość, co nie przysparzało mu powodzenia u egzaltowanych panien. (Gramatyka Taraszkiewicza do dziś zachowuje aktualność, a jej zasad przestrzegają w Republice Białoruś wydawnictwa opozycyjne, sprzeciwiające się bolszewickiej reformie z 1933 roku, upodabniającej pisownię białoruską do rosyjskiej).

"Nasza Dola" - z braku szerszej bazy czytelniczej - upadła. "Nasza Niwa" natomiast nieźle dawała sobie radę, lecz potykała się o problem alfabetu: katolicy woleli czytać ją w łacińskim, prawosławni - w grażdance. Tak też ją wydawano, w dwóch wersjach, chociaż zwiększało to koszty (pismo ratowały zapewne reklamy, chętnie w nim zamieszczane ze względu na sporą poczytność).

Trudno dzisiaj osądzić, która wersja alfabetu przeważała w nakładzie gazety, okresami zbliżającym się ponoć do dziesięciotysięcznego, a więc dużego jak na tamte czasy.

Władze imperium nie dopuszczały jednak do tworzenia szkół białoruskich; za próby ich powołania kilku działaczy narodowych dostało wysokie wyroki, między innymi Konstanty Mickiewicz, początkujący pisarz, który później, po 1920 roku, odegrał olbrzymią rolę w kształtowaniu piśmiennictwa Białorusinów (pseudonim literacki Jakub Kołas).

Między rewolucją światową a mocarstwową Polską

Polonofilstwo, bez reszty dominujące u progu wschodzącego stulecia wśród elit białoruskich, wygasło wraz z zawarciem przez Polskę traktatu ryskiego w 1921 roku, gdy Warszawa podzieliła się Białorusią z Moskwą.

Rosja Sowiecka stworzyła wówczas iluzję Białoruskiego Domu za stołpecką granicą, powołując Białoruską Republikę Sowiecką. Moskiewskie kierownictwo postawiło zadanie: należy stąd wyeliminować wszelkie atrybuty rosyjskości, nawet z formacji wojskowych. Nie o miłość do słowa białoruskiego szło jednak despotom, lecz o podkopanie stabilności w "pańskiej Polszcze". Obowiązywała wszak jeszcze doktryna Trockiego, mówiąca o permanentnej rewolucji światowej. Dopiero później przyszedł Stalin i zabrano się za budowę komunizmu w jednym kraju, centralizując go, niwelując różnice i pozbawiając republiki ich tożsamości.

Zaplątana w mocarstwowość międzywojenna Rzeczpospolita też nie popuściła swym Białorusinom i Ukraińcom. Powrót do tendencji rusyfikacyjnych na Mińszczyźnie zbiegł się z przysięgami wojewodów kresowych w Polsce, że prędzej im włos na dłoni wyrośnie, aniżeli na podległym im terenie utrzyma się choć jedna struktura białoruska.

Dosłownie żadna licząca się orientacja polityczna w Polsce nie uznawała podmiotowości Białorusinów, w najlepszym wypadku postrzegając ich jako źle mówiących po polsku Polaków. I tak zostało właściwie do dziś.Raz ukuty stereotyp można rozwalić jedynie młotem. Na głos - rzecz jasna - nikt się doń nie przyzna.

Polska białoruskość

Białorusini żywią wielki szacunek do języka polskiego i polskiej kultury. Właściwie nie ma u nich takiego literata, który nie potrafiłby, przynajmniej biernie, kontaktować się z duchowością Polaków. Wszak żyliśmy we wspólnocie państwowej przez ponad pół tysiąca lat, od epoki jagiellońskiej. Onegdaj posłowie litewscy wygłaszali swe oracje na walnych sejmach w mowie ojczystej nie tylko dlatego, że nie znali polskiego - ich ruskie gadanie po prostu nikomu nie wadziło, rozumiano się nawzajem.

Dziś Polacy od nowa odkrywają, że na dobrą sprawę język białoruski nie jest dla nich językiem obcym. Mnóstwo słów brzmi identycznie, a już na pewno miękki akcent, wymowa "ć" i "dź", "ś" i "ń"; trochę kłopotów przysparza ruchomy akcent, który w polszczyźnie zastygł na przedostatniej sylabie. Jeśli cytowany Rej zdołał ongiś bezbłędnie przekazać monolog Litwina puszczonego w trąbę przez lubelską kurtyzanę, to czegóż się dziwić, że Mickiewicz poprawiał literówki (białoruskie) w "Niaczyściku" Aleksandra Rypińskiego. Trudno znaleźć dziewiętnastowiecznego pisarza polskiego, który nie miał styczności ze słowem białoruskim.

Adam Zamoyski, amerykański historyk młodego pokolenia, analizując meandry białoruskiego odrodzenia narodowego, zawarł w tytule swej pracy znamienną sentencję: naród z narodu. Szlachecki naród Polaków wchłonął bojarski naród Litwinów, by w "wieku narodowości" wychynął z niego chłopski naród Białorusinów.

Piśmiennictwo tych Białorusinów pączkowało na polskich korzeniach, rozrastając się we własny sad. Charakterystyczny jest w nim brak odniesień do kultury rosyjskiej. Powód tego był banalnie prosty i oczywisty: w warstwach oświeconych dawnej Białorusi nie było Rosjan, z wyjątkiem nasłanych przez władzę zaborczą. Dowodzą tego choćby listy oficerów garnizonów carskich, na gwałt uczących się polskiego, by nie kisić się we własnym sosie i nawiązywać kontakty towarzyskie w okolicy.

Literatura białoruska nieomal od zawsze rozwijała się w Polsce. Tak też jest i dzisiaj, w tej resztówce pamiętnych kresów - w Białostockiem, gdzie żyje parusettysięczna ludność rdzennie białoruska. Miejscowi jej pisarze są znani w przekładach na polski, a ostatnio - na języki zachodnie.

Polska nigdy nie była krajem literatury jednoimiennej. Obecnie drugą jej literaturą własną nadal jest białoruska. W odróżnieniu od sowieckiej białoruskiej można by ją nazwać polską białoruską. Niewątpliwie unikatowe to zjawisko i daj nam Panie Boże dość rozumu, byśmy nie spaprali tego daru niebios, jak to drzewiej już raz się przytrafiło...

Sokrat Janowicz,

Krynki w lipcu 1998 r., źródło “Gazeta Wyborcza”