Aktualny język artykułu: PL

Adam Michnik rozmawia z Aleksandrem Łukaszenką

Wywiad przeprowadzony na kilkanaście godzin przed siłowym rozpędzeniem przez prezydenta Łukaszenkę białoruskiego parlamentu

Aleksander Łukaszenko jest sympatycznym i bezpośrednim rozmówcą. Wygrał ubiegłoroczne wybory prezydenckie, zwyciężając miażdżąco Wiaczesława Kiebicza, kandydata postkomunistycznej nomenklatury. Pokonał również kandydata Białoruskiego Frontu Narodowego.

W kampanii wyborczej wykorzystał swą aktywność parlamentarną w walce z korupcją. Dlatego wielu Białorusinów dostrzegło w nim szansę na rozbicie starych układów.

Dziś dla demokratycznej inteligencji białoruskiej Łukaszenko jest zagrożeniem. Boją się jego populizmu i bliskich związków z Moskwą. Boją się jego wszechsłowiańskich haseł i niechęci do parlamentaryzmu. Wielu bliskich współpracowników Łukaszenki, znanych z poglądów demokratycznych i reformatorskich, złożyło dymisję w ciągu ostatnich miesięcy. Pojawiły się oskarżenia prezydenta o działania antydemokratyczne i jawnie promoskiewskie. Wszyscy jednak przyznają, że znaczna część społeczeństwa białoruskiego popiera Łukaszenkę.

Polskiego rozmówcę opinie Aleksandra Łukaszenki często szokują. Dlatego wolałem słuchać, co sądzi o świecie przywódca sąsiedniego państwa, niż wdawać się z nim w polemikę. Choć język świerzbił...

Adam Michnik: Białoruś jest niepodległym państwem od niedawna. Skąd nagle konflikt w kwestii języka? Skąd pomysł, żeby urzędowym językiem był rosyjski? O co chodzi w sporze wokół narodowej i państwowej symboliki?

- Problem nie leży w tym, że rosyjski ma być językiem państwowym - chodzi o to, jaki ma być jego status. I po drugie - symbolika państwowa. Pan rozumie, że to jest dusza narodu, naród musi ją rozumieć. Ma patrzeć na państwową flagę i czcić ją jak Pana Boga. To samo dotyczy godła państwowego i hymnu.

Ostatnio ze strony określonych kręgów - niestety, również Rady Najwyższej - pojawiła się taka tendencja: precz ze wszystkimi i ze wszystkim. Idźmy z Ameryką, Niemcami, Francją... A ja mówię - nie! Rosja, kraje nadbałtyckie, Polska, Ukraina to nasi sąsiedzi, na nich musimy się orientować! Wzajemne stosunki powinny być przyjazne, dobrosąsiedzkie. A tu pojawiły się problemy z Rosją. Tymczasem to tam sprzedajemy 75 proc. naszej produkcji, a dostajemy od nich 85 proc. surowców i energii. Kiedyś, jeszcze za czasów ZSRR, zbudowano kolosalne przedsiębiorstwa montażowe: MAZ, BIEŁAZ, fabrykę traktorów, do których części dostajemy z 1500 zakładów, głównie z Rosji. Tak wygląda nasza rzeczywistość gospodarcza.

Oczywiście, można powiedzieć, że trzeba przebudowywać gospodarkę, te MAZ-y i BIEŁAZ-y zostawić własnemu losowi i produkować to, co dyktuje rynek. Poprzedni rząd, jak wiadomo, próbował to robić i ostatecznie pogrążył kraj. Naród jest zmęczony. Już nie może wytrzymać nie tylko szokowej reformy typu Balcerowicza, nie może wprost słuchać o reformach.

I w takiej politycznej i ekonomicznej sytuacji odbyły się wybory prezydenckie. Każdy kandydat przedstawił swój program narodowi. Kandydat Łukaszenko wśród innych problemów poruszył też bardzo bolesny dla nas problem języka rosyjskiego.

Ja go umownie nazywam "językiem rosyjskim". To wcale nie jest język rosyjski. To język, który my, Słowianie, stworzyliśmy wszyscy razem. Także Polacy włożyli swoją duszę w ten język. Rosyjski język znad Wołgi ma zupełnie inną wymowę. A ten język - to owoc stworzony przez cały były Związek Radziecki i - jak myśmy go nazywali - obóz socjalizmu.

Na Białorusi zakorzenił się bardzo mocno. Dlatego w swoim czasie Rada Najwyższa przyjęła ustawę o stopniowym wprowadzaniu języka białoruskiego. Wszystko szło normalnie, ale kiedy doszedł do władzy Szuszkiewicz, a z nim ludzie określonej orientacji, próbowano ten proces przyspieszyć na siłę. Nasz naród kocha język białoruski, ale sprzeciwił się tej bezwzględnej białorutenizacji. Na 10 mln mieszkańców mamy 2 mln Rosjan, połowa ludności jest jakoś związana z ludźmi narodowości rosyjskiej. I naród odrzucił tę lawinę języka białoruskiego. Teraz też jej nie przyjmuje. Wszystkie dzieci zaczęto przestawiać na mowę białoruską, a tu brakuje podręczników. Stylistyka, gramatyka języka białoruskiego nie ma terminów fizycznych, chemicznych, biologicznych. Zaczęto gwałtownie odtwarzać język białoruski. I trzeba było go odrodzić - nikt nie był temu przeciwny.

Nadaliśmy białoruskiemu status języka urzędowego. Ale nie należało dyskryminować Rosjan. A jeśli to robić, to nie przy pomocy dwustu deputowanych Rady Najwyższej. O takich rzeczach powinien decydować naród w referendum.

AM: Przecież przez wiele lat język białoruski nie był pełnoprawny. Nie było białoruskich szkół, np. w Mińsku - stolicy Białorusi...

- W Mińsku ich prawie nie było, ale były w obwodach grodzieńskim, brzeskim, nawet mohylewskim. W rejonie, gdzie się urodziłem i wyrosłem, przy granicy z obwodem smoleńskim, były tylko dwie szkoły z rosyjskim. To nieprawda, że na Białorusi nie było białoruskich szkół nawet w czasach tamtej, totalitarnej władzy.

W programie była literatura białoruska, język białoruski, tylko nauki ścisłe wykładano po rosyjsku. Ale już na studiach wyższych w zasadzie uczono tylko po rosyjsku, bo białoruski nie miał odpowiedniej terminologii. Wtedy jechało się na studia do Moskwy, po rosyjsku pisano prace doktorskie.

Ale Łukaszenko nie stawia pytania, czy należy odrzucić język białoruski. Ponieważ obiecałem to ludziom, stawiam w referendum pytanie, czy należy zrównać z nim rosyjski. Czyli białoruski, jak to jest w konstytucji, nadal ma pozostać językiem państwowym. Przecież finansujemy białoruskie książki, państwo przydziela dotacje. Nie ma w ogóle mowy o żadnym prześladowaniu.

Wytworzył się u nas efekt bumerangu: odrzuciliśmy język rosyjski, a skutek okazał się odwrotny. Moja propozycja przeprowadzenia referendum to ratunek dla języka białoruskiego, bo trzeba uspokoić naród, pozwolić, żeby sam się określił i powiedział, w jakim języku chce się uczyć.

Wie pan, do czego zmierzają nasi nacjonaliści w obwodzie grodzieńskim? Żadnych Polaków, żadnych polskich szkół - tylko białoruskie. Przyjeżdżam tam i Polacy mówią mi: Aleksandrze Iwanowiczu, czemu pan nie chce poprzeć Polaków? Odpowiadam: ja was poprę. Jesteście katolikami, chcecie budować kościoły. Już tyle zbudowaliście, że prawosławni zaczęli bić na alarm: katolicyzm idzie do przodu itd. A ja bardzo niedawno oświadczyłem: prawosławni nie mają prawa ograniczać wiary katolickiej, katolicy - prawosławnej. Tę zasadę staram się zachować przy budowie świątyń oraz w sprawie języka.

Dlaczego Polak nie ma uczyć dzieci w takim języku, w jakim chce: po angielsku, po polsku, po rosyjsku? Nie, wszyscy mają się uczyć po białorusku, a resztę zdusimy - takiego rozwiązania państwo nie powinno przyjąć.

Jeśli zaś chodzi o symbolikę, to czy nie możemy mieć godła państwowego innego niż godło Litwy? Nawet Brazauskas niedawno zażartował: zabrałeś sobie nasze godło. Bo różnica jest tylko taka: ten sam jeździec, jedynie miecz bardziej pochylony i ogon konia uniesiony. Niech mi pan powie, po co to?

Teraz sprawa flagi i barw narodowych. Powstał spór między różnymi częściami ludności. Dochodziło nawet do bójek! Jedni idą pod biało-czerwono-białymi sztandarami, inni pod czerwono-zielonymi. Powiedziałem: niezależnie od tego, co myślę, ta biało-czerwono-biała flaga jest prawnie zatwierdzona. A jeśli istnieje spór, to idźmy do narodu, niech naród powie, jaką chce mieć symbolikę, jakie godło, jakie barwy.

AM: Ale Pan chce przywrócić sowiecką symbolikę.

- W narodowym państwie białoruskim tylko kilka miesięcy obowiązywała biało-czerwono-biała flaga i znak Pogoni. A ta druga symbolika przetrwała 70 lat.

AM: Ale to nie była niepodległa Białoruś, tylko jedna z republik totalitarnego ZSRR.

- Jeszcze nie wiadomo, kiedy byliśmy bardziej suwerenni i niepodlegli: wtedy czy teraz.

AM: W jakim sensie?

- Chodzi mi o materialne zabezpieczenie ludzi.

AM: Ale niepodległość to jednak coś innego. To suwerenne państwo.

- Przecież mieliśmy Radę Najwyższą, która uchwalała ustawy, mieliśmy armię i własną milicję. Było też nasze KGB. Zresztą jest i teraz. Mieliśmy granice z Polską, państwami nadbałtyckimi, Ukrainą i Rosją - tu się nic nie zmieniło. Tylko ludzie stali się nędzarzami, więc jeśli pytam, kiedy byliśmy bardziej suwerenni, mam na myśli całokształt.

Dzisiaj nasz naród mówi: lepiej, żebyśmy całe życie byli uzależnieni niż żebyśmy żyli w takiej biedzie. Oczywiście, niezawisłości nie zdobywa się tak łatwo. Ona drogo kosztuje.

Nie sądzę, żeby dzisiejsza Polska była niezawisła od innych państw. Bo nie można znajdować się w środku Europy, tak jak my i wy, i nie zależeć od nikogo. Nasza gospodarka nie jest samowystarczalna, wy też jesteście gospodarczo powiązani ze światem.

AM: Moim zdaniem najważniejsze decyzje o losach Białorusi są podejmowane w Mińsku, a poprzednio o wszystkim decydowano w Moskwie.

- Cokolwiek by chcieli pewni politycy na Ukrainie czy w Polsce, Białoruś nigdy nie będzie rosyjską gubernią i krajem podporządkowanym jakiemuś innemu państwu. To panu mówię jako prezydent Białorusi. Ale to nie ma żadnego związku z językiem. Na Zachodzie są państwa, które mają dwa lub trzy oficjalne języki państwowe, a jednak są to państwa niezawisłe.

Byłem niedawno w Kopenhadze wśród 130 przywódców państwowych. Wychodzi Włoch i wygłasza przemówienie po angielsku. U nas coś takiego traktuje się jak zdradę, wszyscy muszą mówić po białorusku. A jeśli ktoś chce mówić po rosyjsku? Tymczasem mówią mu: nie znasz białoruskiego, wynoś się z urzędu państwowego. Emigruj do Rosji.

AM: A czy to nie wynika z faktu, że ludzie pamiętają, czym był na Białorusi komunizm?

- Wiem, że jest pan nieprzejednanym antykomunistą. Ja w tej kwestii jestem bardziej umiarkowany. I traktuję te sprawy spokojniej. Z uśmiechem. Idea komunizmu... Nie było innej idei, więc właśnie tę trzeba było ludziom narzucić. Dlatego ja nie popieram komunizmu, nie popieram kapitalizmu, nie popieram socjalizmu, tylko normalne życie, normalny system. Nie można mnie nazwać komunistą, chociaż w swoim czasie byłem członkiem partii.

AM: Jak Pan może scharakteryzować dzisiejszą scenę polityczną Białorusi?

- Nie ma u nas takiej wyrazistej partii czy organizacji, jaką w Polsce była "Solidarność". Mamy skrajnie prawicowe skrzydło reprezentowane przez Białoruski Front Narodowy i inne partie nacjonalistyczne, zresztą nieliczne. BFN popiera mniej więcej 10-12 proc. ludności, i to też nie w pełni. Na skrajnym lewym skrzydle jest Partia Komunistyczna Białorusi, w pewnym sensie część tamtej dawnej partii. Działają tam ludzie z dawnego KC i popełniają te same błędy. Centrum nie mamy, choć oczywiście wielu ludzi z obu skrzydeł pretenduje do pozycji centrum. Konflikt przebiega między tymi dwoma siłami. Ale apatia, obojętność wobec konfliktów, jest przerażająca. Partiom wierzy od 5 do 9 proc.; ludność Białorusi jest apolityczna.

AM: Jakie Pan przewiduje wyniki majowych wyborów do Rady Najwyższej?

- Niezależnych kandydatów jest około 2,5 tysiąca, przejdzie zapewne jakieś 40 proc. Absolutnej większości nie zdobędzie ani prawica, ani lewica. Najwyżej 10 proc. zdobędą komuniści i Front też 9,5-10 proc. Dlatego w Radzie Najwyższej będzie wszystkich po trochu. Nie wiem, jak będzie pracować nowa Rada. Ludność ma bardzo chłodny stosunek do wyborów.

AM: W czasie kampanii wyborczej mówił Pan, że jako deputowany głosował w 1991 r. przeciwko decyzjom z Puszczy Białowieskiej o likwidacji Związku Radzieckiego. Czy mógłby Pan wyjaśnić dlaczego? Przecież te układy przyniosły Białorusi niepodległość. Teraz jest Pan jej prezydentem. Jak Pan się czuje w tej paradoksalnej sytuacji?

- Ja tu nie widzę żadnych paradoksów. Głosowałem przeciw układom z Białowieży, czując intuicyjnie, że stało się coś, co będzie miało skrajnie negatywny wpływ na naszą przyszłość. Jak to się wszystko odbywało? W lesie, potajemnie, nie wiadomo dokładnie gdzie, może nawet na terytorium Polski... Podpisano decyzję o losach 300 mln obywateli zamieszkujących Związek Radziecki.

Tak się nie postępuje w cywilizowanych państwach. Pogrzebaliśmy wszystkie nasze więzi gospodarcze z innymi republikami. I teraz rezultaty są takie, że nasza produkcja - która mogłaby znaleźć zbyt na rynkach międzynarodowych, bo jest konkurencyjna - stoi, gdyż kooperanci z Rosji i innych republik nie pracują albo dostarczają nam surowiec i części po horrendalnych cenach. Proszę tylko popatrzeć na naszych ludzi! Jak oni zbiednieli! Tak, potrzebne są nam reformy. Jednak można było reformować znacznie efektywniej, mając na uwadze jednolity kompleks gospodarki narodowej. A dziś, równolegle z tworzeniem i umacnianiem państwowości, musimy przestawiać naszą ekonomikę na nowe tory. Przeczuwałem to wszystko duszą i sercem jako pragmatyk i człowiek od produkcji. Dlatego nie głosowałem za układami, nie z żadnych przyczyn politycznych ani światopoglądowych.

AM: Jak Pan dziś ocenia trzech polityków, którzy podpisali układ z Puszczy Białowieskiej: Jelcyna, Krawczuka i Szuszkiewicza?

- Jeśli chodzi o Jelcyna, zauważyłem u niego jakiś syndrom tej puszczy. Przyjechał niedawno na Białoruś i jakby stale miał się na baczności. Bo przecież musi wiedzieć, że 80 proc. Białorusinów nie popiera tamtych układów. Zobaczyłem, jaki jest spięty, czujny... Czułem, że zna te liczby i z jakimś takim lękiem jechał przez Mińsk. Ale kiedy zobaczył te masy ludzi - cały Mińsk wyszedł na ulice i wszyscy wznosili okrzyki na cześć prezydentów Rosji i Białorusi, którzy razem rozwiążą wszystkie problemy - łzy mu stanęły w oczach. Potem powiedziałem: Borysie Nikołajewiczu, na Białorusi wiedzą, jaka była rola każdego z tych trzech ludzi, którzy podpisali układ z Białowieży.

Jelcyn musiał wtedy decydować, kto będzie miał władzę w Moskwie, gdzie wtedy był Gorbaczow i nie wiadomo, czego chciał. I był Jelcyn, który wdarł się i zburzył ten totalitaryzm. Gorbaczow to były pęta na nogach. Trzeba było decydować. I Jelcyn rozwiązał ten problem. Inna rzecz, że konsekwencje były niedobre. Ale celem Jelcyna nie był rozpad ZSRR. Rosji nie był potrzebny rozpad i Jelcynowi też nie był potrzebny. Chodziło o rozwiązanie problemu władzy i zaprowadzenie porządku w Moskwie.

Krawczuk i Szuszkiewicz z kolei to zaciekli nacjonaliści, którym potrzebne było oddzielenie Ukrainy i Białorusi, rozczłonkowanie ZSRR, zniszczenie tego państwa. I jeden, i drugi ponieśli klęskę. Oceniam działalność tych polityków w zależności od celu, jaki sobie stawiali. Mówię tak o Jelcynie nie dlatego, że ma władzę, tylko dlatego, że miał inny cel niż Szuszkiewicz i Krawczuk.

AM: Jak teraz układają się stosunki białorusko-rosyjskie? Czy między Rosją a Białorusią istnieją jakieś napięcia, konflikty? Czy nie obawia się Pan presji ze strony Moskwy?

- Nie, nie boję się żadnej presji. A wie pan dlaczego? Jeśli rząd Kiebicza tylko w połowie płacił za nośniki energii, więc miał dług wobec Rosji, to ja w ciągu pół roku, nawet w czasie tej strasznej zimy, nie zadłużyłem się nawet na kopiejkę. Odwrotnie, zaczęliśmy spłacać długi poprzedniego rządu. Kiedy poszczególne republiki winne są Rosji tyle pieniędzy, pojawia się zależność.

Pyta pan, czy nie ma konfliktów? Są oczywiście najróżniejsze tarcia. Przecież nasze stosunki opierają się nie na dobrych układach między Łukaszenką a Jelcynem, ale na interesach. W Rosji mamy rynki zbytu, surowce, więc kontakty muszą być intensywne. Chciałbym, żeby nasza ależność od Rosji była mniejsza, ale na razie to niemożliwe. Jesteśmy bardzo związani z Rosją, nie tylko gospodarczo, ale i etnicznie, a nawet moralnie - takie są realia, a polityk nie może ich ignorować. Jak na razie ani Polska, ani Ukraina, ani inne państwa nie obiecały, że w jakimkolwiek stopniu zastąpią Rosję.

Ale nie wszystko idzie gładko, jest bardzo dużo sporów. Na przykład w związku z umową celną czy kwestią wspólnej waluty. Zarzuciliśmy ten pomysł - jesteśmy suwerennym państwem i mamy także suwerenną walutę.

AM: Jako dziennikarza interesuje mnie sytuacja środków masowego przekazu. W Polsce z wielkim zaniepokojeniem traktujemy sygnały nadchodzące z Białorusi.

- A od kogo macie taką informację?

AM: Chociażby z białoruskiej prasy.

- A informacje z otoczenia prezydenta, rządu, MSZ, oficjalnych władz?

AM: Też docierały.

- A ode mnie?

AM: Od Pana osobiście nigdy. Ogarnia mnie niepokój, kiedy się dowiaduję, że zdjęto najpierw jednego redaktora naczelnego, potem drugiego. W niezależnej telewizji w czasie kampanii wyborczej trwa akurat remont...

- Redaktorzy naczelni rzeczywiście zostali zdjęci, pierwszy za machinacje finansowe (właśnie trwa śledztwo), drugi za propagandę przemocy. Czy w Polsce tolerowano by takiego redaktora naczelnego, który by występował z pozycji krwi i przemocy? Nawet w prywatnej gazecie, nie państwowej?!

AM: Gdyby taki redaktor złamał prawo, miałby proces. Jednak w Polsce jest niemożliwe, żeby Wałęsa zdjął redaktora naczelnego. To po prostu...

- ...nie mieści się w głowie? Otóż informuję pana, że Rada Najwyższa, która powinna rozwiązać ten problem, trzykrotnie się nim zajmowała i niczego nie załatwiła. Taki był rozrzut opinii, że uniemożliwiał rozwiązanie problemu. Widząc to, także sądy nie mogły się zdecydować: to sprawa Rady Najwyższej, my się w to nie mieszamy.

Trzeba było zastosować specjalne środki. I prezydent Łukaszenko, który ponosi odpowiedzialność na obecnym zakręcie historii, podjął decyzję. U was to niemożliwe, ponieważ dziś w Polsce nie ma takich zakrętów.

AM: Ale są inne.

- Ale nie takie, jakie my mamy. Państwowy organ masowej informacji. Ogromny, 600-tysięczny nakład. I propaganda tych obrzydliwości. Powiedziałem temu redaktorowi: powiedzmy, że prezydent złamał prawo. Masz możliwość zwrócić się do sądu. Ale on się nie zwrócił.

Dziś znów stanął problem wszczęcia przeciwko niemu śledztwa w sprawie kryminalnej. Kiedy byłem przewodniczącym komisji antykorupcyjnej, badaliśmy działalność tego redaktora. Już wtedy były fakty naruszania dyscypliny finansowej, ale ja widziałem, że atakowano go i chciano usunąć z przyczyn czysto politycznych. I on przyszedł do mnie, żebym go bronił i ja go obroniłem. Ale on się po tym wszystkim wcale nie zmienił. Zaczął chyłkiem podkopywać interesy państwa. Ja, jako gwarant konstytucji, widząc jej naruszanie, podjąłem decyzję zgodną z konstytucją.

AM: Czy był to sygnał dla dziennikarzy: bądźcie konformistami, bo inaczej stracicie pracę?

- Mamy, o ile pamiętam, tylko pięć państwowych gazet, a ponad tysiąc prywatnych i zagranicznych. Co mają pisać dziennikarze, to ich sprawa, jeśli tylko nie naruszają konstytucji.

AM: Chciałbym zapytać konkretnie o Josifa Seredicza z "Narodnej Hazety". Był deputowanym, a deputowanego nie można zwolnić ze stanowiska.

- Według prawa nie można, ale zgodnie z konstytucją ja mogę to zrobić. Zaistniała sprzeczność między prawem a konstytucją i wtedy prawo należy dostosować do ustawy zasadniczej.

AM: O tym, czy konstytucja została naruszona, decyduje Sąd Konstytucyjny, nie prezydent.

- Według konstytucji wasz Wałęsa nie ma takich uprawnień jak prezydent Białorusi. Zdjąłem tego redaktora ze stanowiska zgodnie z artykułem 100, paragraf 1. Gdyby Wałęsa miał takie prawo, też by z niego skorzystał.

AM: Na szczęście nie ma takiego prawa. Pan zaś, Panie prezydencie, powołał radę nadzorującą funkcjonowanie prasy.

- Tak, powołałem. Podobne rady są w wielu krajach zachodnich. Choćby we Francji bez zgody takiej rady - o ile mi wiadomo - nie można mianować redaktora naczelnego prywatnej gazety! Pan mówi, że to jest równoznaczne z cenzurą, a ja twierdzę, że rada nadzorcza zabezpieczy interesy socjalne dziennikarzy, obroni przed strzelaniem do nich w bramach domów i przed wieloma innymi problemami. A pan się boi, że to będzie cenzura?

AM: Gdyby prezydent Wałęsa zrobił coś takiego w Polsce, to bym się rzeczywiście bał.

- A czego się pan boi na przykład we Francji?

AM: Powiem Panu szczerze. We Francji prezydent świetnie wie, jakie są granice jego władzy, a nasza demokracja jest jeszcze bardzo młoda. I nikt tych granic nie umie respektować - ani dziennikarze, ani ministrowie, ani związki zawodowe, ani prezydent...

- A wie pan, jaka jest nasza specyfika? Wie pan, kogo nasz naród obciąża odpowiedzialnością? Radę Najwyższą? Nie. Deputowanych? Nie! Związki zawodowe?! Nie! Obciąża prezydenta.

I co, mam wyjść do narodu i powiedzieć, że to nie ja, że nie mam pełnomocnictw?! Szuszkiewicz ciągle mówił: "Nie mam pełnomocnictw, czego ode mnie chcecie". I naród znienawidził go. Wie pan, jak go nazywali? "Fajtłapa", "Nic nie potrafisz!" Naród chce mieć prawdziwą władzę.

W Moskwie niejednokrotnie słyszałem, że nie ma takiej narodowości jak białoruska. Czym się różni Rosjanin mieszkający w państwie białoruskim od rosyjskojęzycznego Białorusina? - Jest narodowość białoruska, korzenie naszego narodu sięgają bardzo głęboko. Ale w ostatnich czasach tak nas konsolidowano, szczególnie z narodem rosyjskim, że teraz faktycznie trudno się zorientować, kto jest Rosjaninem, a kto rosyjskojęzycznym Białorusinem. Mentalność jest podobna, trudno określić granice. W mojej administracji jest dużo ludzi narodowości rosyjskiej - niejeden jest bardziej oddany idei niezawisłości narodowej i niezależnej państwowości niż Białorusin.

AM: A jaka była Pańska tożsamość narodowa, kiedy był Pan dyrektorem: rosyjska, białoruska czy sowiecka?

- Tak, byłem sowieckim Białorusinem. W istocie jestem internacjonalistą, bardzo kocham inne narody, z szacunkiem traktuję innych ludzi. Nie znoszę, jeśli człowieka dyskryminują ze względu na narodowość. Ale nie znoszę także, kiedy jakieś narody czy narodowości mają nierealne pretensje. Lubię spokój w tej dziedzinie, ponieważ problemy narodowościowe, jeśli je rozdmuchiwać, rzeczywiście prowadzą do wojny domowej.

AM: Co znaczy sformułowanie w Pańskiej deklaracji: "Trzeba wykarczowywać na Białorusi wszystkie nacjonalizmy?" Czy także nacjonalizm wielkorosyjski?

- Dawniej być może trochę nie doceniano naszych narodowych białoruskich korzeni, a zbyt rozdmuchiwano to, co sowieckie. A teraz dzieje się odwrotnie: ma miejsce nie tylko uwypuklanie korzeni, naszych tradycji, ale wprost falsyfikacja. Białorusinom przypisuje się to, czego nigdy nie było.

AM: Na przykład?

- Że Białoruś to pępek świata. Że Polska czy Litwa to tylko dodatki do naszego państwa. Że Smoleńsk i Psków to nasze ziemie. Wileńszczyzna, Białostocczyzna - wszystko nasze! To nienormalne, sprzeczne ze zdrowym rozsądkiem.

AM: Mam dwóch ulubionych białoruskich pisarzy. Jeden, Sokrat Janowicz, mieszka w Polsce. Drugi w Mińsku - nazywa się Wasil Bykau. Kiedy czytam ich książki, czuję, że boją się, iż białoruski naród zniknie, nastąpi jego całkowita asymilacja z Rosją. Czy Pan się tego nigdy nie obawia?

- Wydaje mi się, że nie ma podstaw do obaw. Wasil Bykau jest także jednym z moich ulubionych pisarzy, ale nie podzielam jego poglądów politycznych. Tym bardziej że dziś składa zupełnie fantastyczne oświadczenia. Czytał pan jego ostatnie wystąpienia? To są przepełnione nienawiścią deklaracje polityczne. Niedawno przyłączył się do Białoruskiego Narodowego Frontu, do Paźniaka, i jego obecna ideologia zmierza do nacjonal-faszyzmu. Co się stało z tym utalentowanym pisarzem? A może moglibyśmy razem współpracować, żeby nasza świadomość narodowa nie została pogrzebana? Tego, co narodowe, nie da się pogrzebać. Byłem niedawno w Wietce, w obwodzie homelskim. Jest tam bardzo stare muzeum, pewnie najlepsze w naszej republice. Są ikony, hafty, twórczość ludowa, wyniki prac naszych ludzi. Przemilczano to, nie dostrzegano, czasem próbowano unicestwiać, a to przetrwało. Tylko głupi politycy mogą niszczyć to, co narodowe, własne, swoje korzenie. Ale wynosić się nad inne kultury, w tym także nad polską kulturę - to również absurd.

AM: Czy nie obawia się Pan ekspansji polskiego Kościoła katolickiego na Białorusi?

- Nie dopuszczę do ekspansji żadnego wyznania. Od tego zależy stabilność naszego państwa. Mamy 15 proc. katolików i 80 proc. prawosławnych. Taka jest równowaga, którą władza powinna podtrzymywać. Czego mam się bać? Nie sądzę, żeby Polacy, obywatele naszej republiki, poprzez religię chcieli spowodować destabilizację na Białorusi. Oni się tu urodzili i tu umrą, to jest ich ziemia.

AM: W "Narodnej Hazecie" z 17 listopada Anatol Majsena zadał Panu kilka pytań. Chciałbym je powtórzyć. Po pierwsze: czy zdaje Pan sobie sprawę, że Pańskie starania, aby za wszelką cenę powstrzymać obniżenie poziomu życia ludności w czasie reformowania gospodarki, są nierealne? Że nie da się tego osiągnąć?

- Kiedy faktycznie reformuje się gospodarkę, spadek poziomu życia jest nieunikniony. Ale wszystko ma swoje granice. Chodzi o to, żeby te procesy nie przeniosły się na politykę i nie zdestabilizowały sytuacji społeczno-politycznej, bo to mogłoby doprowadzić do zapaści, rozwalić i władzę, i w ogóle państwo. Dziś, moim zdaniem, osiągnęliśmy już tę granicę, poniżej której zejść nie można.

AM: Następna kwestia. Majsena pisze, że Pan osobiście chce się podobać wszystkim bez wyjątku. Populizm, którego się Pan wypiera, jest obecny we wszystkich Pańskich wypowiedziach.

- Jestem prezydentem i nie ma w tym nic dziwnego, że chcę się podobać możliwie największej części ludności. Ale jestem realistą i rozumiem, że wszyscy nie mogą mnie lubić. Za Wałęsą też nie wszyscy przepadają.

Co zaś się tyczy populizmu, ten w ogóle nie ma do mnie dostępu: podjąłem prawie tyle samo niepopularnych decyzji, ile w swoim czasie Balcerowicz w Polsce. I tylko nasz białoruski naród może mi wybaczyć i znosić to cierpliwie, dlatego że mi wierzy.

AM: Majsena pisze jeszcze, że Pan nie stara się o poparcie partii politycznych. Jego zdaniem prezydent powinien się wreszcie zdecydować, czy chce być głową państwa prawa, czy też chce tylko sprawdzić, czy potrafi utworzyć quasi- -dyktatorski reżim w środku Europy pod koniec XX wieku. Pierwszy wariant to dialog, współpraca i poszukiwanie kompromisu ze wszystkimi politycznymi siłami. Drugi jest całkowitym przeciwieństwem pierwszego.

- Jak już mówiłem, mamy kilka partii-karzełków, które reprezentują wyłącznie poglądy swoich członków i przywódców. Nie widzę żadnej platformy, na której prezydent może współpracować z tą czy inną partią. Ale jeśli czuję, że - powiedzmy - partia republikańska czy ludowa wychodzi naprzeciw prezydentowi i jest gotowa coś robić w interesie państwa, zawsze z nią współpracuję. Ale nie z tymi, które idą na konfrontację.

Wiele razy próbowałem. Zapraszałem do siebie liderów tych partii - to nieprawda, że nie szukałem kompromisu.

AM: Chodzi o wybór jednego z dwóch wariantów...

- O tym to już ja zadecyduję. Bez Majseny, to nie jego sprawa. A żeby zrozumieć tego człowieka... Kiedyś poproszono mnie, żebym mianował go prezesem Państwowej Radiotelewizji. Odmówiłem kategorycznie. Jeśli ktoś nie rozumie polityki prezydenta, to po co pcha się do jego drużyny? Kiedy nie dałem mu kierować radiem i telewizją, Majsena zaczął atak. To jest tego rodzaju przypadek.

AM: Ostatnie pytanie. Jaka, Pana zdaniem, powinna być Polska, Białoruś i Rosja 1 stycznia 2000 roku?

- Bez czołgów, bez uzbrojenia, bez granic...

AM: To niemożliwe. Poproszę o bardziej realistyczną prognozę.

- Chcę, żeby między nami były bardzo dobre stosunki. Żeby było mniej sytuacji, kiedy nie rozumiemy się nawzajem, mniej takich pytań, jakie pan mi zadaje. A jeśli są problemy, to lepiej przyjechać i tak czysto po ludzku, bez złości, je naświetlić. Nie tak, jak niektórzy polscy dziennikarze. W czasie kampanii wyborczej przyjmowałem ich, wszystko opowiadałem. A oni potem spotkali się z naszymi dziennikarzami i wie pan, co mówili? Że Łukaszenko to jakiś obłąkany, nienormalny prezydent.

AM: Ktoś to napisał?

- Nie, oni tak mówili między sobą. Ale, rzecz jasna, zawsze tam byli obecni moi ludzie. Tylko że oni się wcale nie boją, że ja się o wszystkim dowiem.

Atakuje się prezydenta, mówi się, że on jest taki i owaki... A przecież, jaki by nie był, ten dziennikarz przyjechał do mojego domu, mojej republiki i powinien zachowywać się przyzwoicie. Z opanowaniem. Powinien sprzyjać zjednoczeniu, normalnym stosunkom między naszymi narodami. Przecież jesteśmy Słowianami, nie mamy się o co kłócić.

AM: Już któryś raz Pan powtarza: my, Słowianie. Szczerze mówiąc, trochę się boję tego rodzaju retoryki. My, historycy, wiemy, czym był panslawizm. To była ideologia wielkoruskiej mocarstwowości. W panslawizmie nie było miejsca ani dla Ukraińców, ani dla Białorusinów, ani dla Polaków.

- Ja chcę, żeby na progu 2000 roku takich tendencji nie było. Wtedy będziemy normalnie budować swoje życie. Mamy wszystko, co jest potrzebne: żyjemy na urodzajnej ziemi, która może nakarmić nasze narody.

Rozmawiał Adam Michnik, 29.04.1995